Lipiec w tym roku nas nie oszczędza. Ale co tam — muzyka potrafi rozgrzać lepiej niż słońce. Ba, a muzyka stworzona pod hiszpańskim słońcem jeszcze bardziej!
Antidotum na lipcowy deszcz i samopoczucie "pod psem" — Manu Chao. Gdy parno, duszno i żółto od promieni, też słucha się świetnie!
Ekspresja, zywiołowośc, radość z muzyki i super zabawa to najprostsza definicja sukcesu tego pochodzącego z Hiszpanii a wychowanego na przedmieściach Paryża chłopca, który podbił świat swoją muzyką. Dla mnie, zakochanej we Francji i gustującej ponad wszystko w klimatach hiszpańskich to idealne połączenie!
Pobawmy się razem!
środa, 27 lipca 2011
czwartek, 21 lipca 2011
Gortat: Szparag z wolą walki
— Zawodnik NBA jest jak żołnierz Legii Cudzoziemskiej — jeśli nie maszeruje, ginie — przyznaje Marcin Gortat, jedyny polski koszykarz grający w NBA.
W telewizji tego nie widać, ale Marcin Gortat na żywo jest co najmniej wzrostu wieży Eiffela! A do tego mocna głowa i przyjazny uśmiech. Pewnie dlatego dzieciaki lgną do niego jak lep na muchy. Pewnie dlatego Marcin prowadzi dla nich treningi "Marcin Gortat Camp".
Wzrost to w koszykówce atut. A w życiu?
— Wiadomo, że każdemu człowiekowi o nietypowych wymiarach — czy to bardzo wysokiemu, czy bardzo niskiemu — nie jest łatwo. Wszystko, co nas otacza, jest dostosowane do ludzi o średnim wzroście. Trudno się temu dziwić, bo przecież takich jest najwięcej. Niby mówi się, że ktoś taki jak statystyczny Polak, który ma na przykład pół kota nie istnieje, ale producenci absolutnie wszystkich dóbr dopasowują je do jak największej liczby klientów, a ci są średniego wzrostu. Kupno ubrań to problem codzienny, ale zakup samochodu, czy budowa domu to już sprawy znacznie poważniejsze. Zwróćmy uwagę choćby na taki detal jak drzwi. Jeśli osoba bardzo wysoka chce mieć w swoim domu drzwi, w których nie będzie musiała się schylać, ale będą to drzwi o standardowej szerokości, wtedy będą one nienaturalnie wąskie. Jeśli będę chciał zachować właściwe proporcje drzwi, będą one miały bardzo dużą powierzchnię i trudno będzie je otwierać. Ale to tylko drzwi... Jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi to bardzo wysocy mają na pewno łatwiej niż ludzie niscy. Wprawdzie jedni i drudzy bywają postrzegani jak dziwolągi, to jednak ludzie wysocy budzą respekt. Człowiekowi niskiemu natomiast ludzie mali klasą, a nie wzrostem mogą nawrzucać od konusów czy kurdupli. Wydaje im się, że ktoś taki będzie się bał w jakikolwiek sposób odgryźć. Oczywiście, zdarza się i to często, że mój wzrost wzbudza zainteresowanie. Na szczęście przejawia się ono w gestach sympatii.
Masz 214 cm wzrostu, więc pewnie nie jest ci łatwo kupić ciuchy na wymiar...
— W Stanach Zjednoczonych, gdzie nie brakuje ludzi wysokich, nie jest to takie trudne. W Polsce pewnie do dziś miałbym z tym problemy... Dla mojej mamy kupienie ciuchów na piętnastoletniego szparaga o wzroście dwóch metrów było heroicznym wyczynem!
Zawodnicy NBA to — jak powiedziałeś w jednym z wywiadów — najdoskonalsze maszyny na świecie. Co więc robisz, aby być ciągle naoliwionym?
— No cóż, można powiedzieć, że robię wszystko to, co każdy człowiek, który chce utrzymać dobrą kondycję. Robię to jednak… o wiele intensywniej. Właściwe odżywianie, zachowanie proporcji między wysiłkiem i odpoczynkiem, odpowiedni trening. Chociaż… „odpowiedni trening”, to może łatwo się mówi, ale człowiek musi ćwiczyć na pełnych obrotach, dawać z siebie wszystko. Ci, którzy utrzymują się w lidze, to właśnie faceci, którzy potrafią wykrzesać z siebie wszystkie siły na treningach. To ci, którzy mają nieprzeciętną motywację do dalszej pracy, do pokonywania samych siebie, do ciągłego przekraczania barier pozornie wydających się być poza zasięgiem. Do tego należy dodać jeszcze jedną rzecz — kwalifikacje zawodnika w NBA są stale weryfikowane. Są setki młodych, utalentowanych, ambitnych zawodników, którzy tylko czekają na to, żeby wskoczyć na miejsce gracza NBA. Nad tym, który ma chwilę słabości, nikt nie będzie biadolił i głaskał go po główce. To trochę tak jak z maksymą żołnierzy Legii Cudzoziemskiej — kto nie maszeruje, ten ginie. Grupa zawodników NBA jest odtwarzana w wyniku niezwykle ostrej selekcji. To dlatego są oni najdoskonalszymi maszynami na świecie.
A na ile ważna jest głowa w sporcie?
— To warunek konieczny do osiągnięcia sukcesu. Na pewno nie wystarczający, ale bez wątpienia konieczny. Iluż to ja widziałem chłopaków, którzy na treningach dawali z siebie wszystko i we wszystkich elementach byli bliscy perfekcji, ale gdy tylko wychodzili na parkiet, całe powietrze z nich uchodziło. Byli cieniami samych siebie. Nie umieli udźwignąć ciężaru gry. To właśnie głowa ich zawodziła. Tu nie chodzi o to, żeby każdy sportowiec miał umysł Alberta Einsteina, lecz o to, żeby wytrzymał psychicznie — miał wolę walki. Powinien być gotów w każdej chwili stanąć do rywalizacji i to z założeniem, że niezależnie od klasy przeciwnika, będzie robił absolutnie wszystko, żeby wbić go w parkiet. Do tego sama fizyczna siła i szybkość nie wystarczą. Tu chodzi o siłę woli, czy wręcz o biologiczny instynkt przetrwania.
Trening czyni mistrza... Sport to uzależnienie?
— Chyba rzeczywiście to uzależnienie, ale na pewno bardzo zdrowe. Już nie raz, po zakończeniu sezonu, mówiłem sobie, że nie dotknę przez jakiś czas piłki. Wytrzymywałem może dwa dni. Może pani nazwać to uzależnieniem, ale jeśli mam do wyboru nałogowe uprawianie sportu, używki, czy hazard, to chyba bez cienia wątpliwości to pierwsze jest zdecydowanie najlepsze. Wydaje mi się, że takim zdrowym uzależnieniem dotknięci są wszyscy zawodnicy, którzy stale pną się w górę. Jesteśmy profesjonalistami i czasami mówi się o takich ludziach, że swoją profesję oddzielają od życia prywatnego. W przypadku koszykarzy to raczej tak nie wygląda. Nie ma czegoś takiego, że po treningu zamykają się za mną drzwi hali sportowej, a koszykówka zostaje za nimi. Pewnie już się pani domyśla, o czym rozmawiam z kolegami koszykarzami, kiedy zdarza nam się wspólnie spędzać wolny czas...
NBA daje sławę... Czy tylko?
— NBA to nie tylko blaski, ale i cienie. Z rzeczy pozytywnych wymieniłbym dwie — pieniądze i poczucie wartości. Powiedzenie, że pieniądze to nie wszystko, na pewno jest prawdziwe. Ale nawet w polskiej komedii pod tym tytułem bohaterowie dopisali jego dalszy ciąg — że bez pieniędzy wszystko to… i tu pada pewne wulgarne słowo. Dzięki dużym pieniądzom, jakie zarabia się w NBA, można sobie pozwolić na mnóstwo rzeczy niedostępnych dla innych ludzi. Ponadto NBA dowartościowuje każdego zawodnika i to bardzo. Choć to truizm, to warto go powtórzyć — zawodnicy NBA to koszykarska elita elit i całe nasze otoczenie daje nam to odczuć na każdym kroku. To poczucie, że osiągnęło się „coś” jest bardzo ważne. Widzimy, że nasz ciężki wysiłek został nagrodzony. NBA oznacza też sławę, ale już ta poza pozytywami ma też niewątpliwie strony negatywne. Czasami zainteresowanie fanów może być po ludzku uciążliwe i męczące. Mówię to nie po to, żeby się skarżyć, ale tak po prostu jest. Z tym muszę się jednak pogodzić.
A jak zmienia życie „sportowe nastawienie”?
— Dla mnie to przede wszystkim chęć rywalizacji i pokonywania barier. Te cechy bardzo przydają się też w życiu. Każdy z nas na pewno spotkał na swojej drodze człowieka, którego określić można mianem tarana, dynamitu, czy wulkanu energii. To ludzie, których każda nowa przeszkoda nie zniechęca, ale motywuje. Wydaje mi się, że właśnie taki zespół cech wytwarza w człowieku też sportowe nastawienie. Myślę, że takim ludziom jest w życiu łatwiej bo oni, w przeciwieństwie do malkontentów, nigdy się nie poddają.
Jak przekonasz malucha, który — mimo iż się stara — cały czas nie może trafić do kosza?
— Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Dziecko to bardzo delikatna konstrukcja psychiczna i łatwo ją uszkodzić. Z jednej strony muszę przekonać dzieci, że koszykówka może być pasjonująca, a wiadomo, że do dzieci najłatwiej jest przemówić zabawą. Z drugiej nie można też dziecku stale powtarzać, żeby się nie przejmowało, bo w ten sposób możemy wykształcić w nim przekonanie, że niczym nie musi się przejmować. Wydaje mi się, że dzieci rozumieją znacznie więcej niż się czasem dorosłym wydaje. Dają sobie wytłumaczyć, że jeśli piłka nie trafia do kosza, to nie jest to wina piłki, kosza, butów, „rąbka u spódnicy”. Wiedzą, że błąd tkwi w nich samych, ale mogą te błędy korygować. I jeśli wszystko wykonają poprawnie, piłka w końcu wpadnie do kosza. Zapewniam, że do dzieci takie tłumaczenie przemawia.
Jakie zdanie powtarzasz dzieciakom podczas każdego z campów?
— Przede wszystkim to, że realizacja ich marzeń zależy w pierwszym rzędzie od nich samych. Przekonuję je, że upór, pracowitość, skrupulatność w wypełnieniu poleceń trenera, mogą je wynieść bardzo wysoko.
W telewizji tego nie widać, ale Marcin Gortat na żywo jest co najmniej wzrostu wieży Eiffela! A do tego mocna głowa i przyjazny uśmiech. Pewnie dlatego dzieciaki lgną do niego jak lep na muchy. Pewnie dlatego Marcin prowadzi dla nich treningi "Marcin Gortat Camp".
Wzrost to w koszykówce atut. A w życiu?
— Wiadomo, że każdemu człowiekowi o nietypowych wymiarach — czy to bardzo wysokiemu, czy bardzo niskiemu — nie jest łatwo. Wszystko, co nas otacza, jest dostosowane do ludzi o średnim wzroście. Trudno się temu dziwić, bo przecież takich jest najwięcej. Niby mówi się, że ktoś taki jak statystyczny Polak, który ma na przykład pół kota nie istnieje, ale producenci absolutnie wszystkich dóbr dopasowują je do jak największej liczby klientów, a ci są średniego wzrostu. Kupno ubrań to problem codzienny, ale zakup samochodu, czy budowa domu to już sprawy znacznie poważniejsze. Zwróćmy uwagę choćby na taki detal jak drzwi. Jeśli osoba bardzo wysoka chce mieć w swoim domu drzwi, w których nie będzie musiała się schylać, ale będą to drzwi o standardowej szerokości, wtedy będą one nienaturalnie wąskie. Jeśli będę chciał zachować właściwe proporcje drzwi, będą one miały bardzo dużą powierzchnię i trudno będzie je otwierać. Ale to tylko drzwi... Jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi to bardzo wysocy mają na pewno łatwiej niż ludzie niscy. Wprawdzie jedni i drudzy bywają postrzegani jak dziwolągi, to jednak ludzie wysocy budzą respekt. Człowiekowi niskiemu natomiast ludzie mali klasą, a nie wzrostem mogą nawrzucać od konusów czy kurdupli. Wydaje im się, że ktoś taki będzie się bał w jakikolwiek sposób odgryźć. Oczywiście, zdarza się i to często, że mój wzrost wzbudza zainteresowanie. Na szczęście przejawia się ono w gestach sympatii.
Masz 214 cm wzrostu, więc pewnie nie jest ci łatwo kupić ciuchy na wymiar...
— W Stanach Zjednoczonych, gdzie nie brakuje ludzi wysokich, nie jest to takie trudne. W Polsce pewnie do dziś miałbym z tym problemy... Dla mojej mamy kupienie ciuchów na piętnastoletniego szparaga o wzroście dwóch metrów było heroicznym wyczynem!
Zawodnicy NBA to — jak powiedziałeś w jednym z wywiadów — najdoskonalsze maszyny na świecie. Co więc robisz, aby być ciągle naoliwionym?
— No cóż, można powiedzieć, że robię wszystko to, co każdy człowiek, który chce utrzymać dobrą kondycję. Robię to jednak… o wiele intensywniej. Właściwe odżywianie, zachowanie proporcji między wysiłkiem i odpoczynkiem, odpowiedni trening. Chociaż… „odpowiedni trening”, to może łatwo się mówi, ale człowiek musi ćwiczyć na pełnych obrotach, dawać z siebie wszystko. Ci, którzy utrzymują się w lidze, to właśnie faceci, którzy potrafią wykrzesać z siebie wszystkie siły na treningach. To ci, którzy mają nieprzeciętną motywację do dalszej pracy, do pokonywania samych siebie, do ciągłego przekraczania barier pozornie wydających się być poza zasięgiem. Do tego należy dodać jeszcze jedną rzecz — kwalifikacje zawodnika w NBA są stale weryfikowane. Są setki młodych, utalentowanych, ambitnych zawodników, którzy tylko czekają na to, żeby wskoczyć na miejsce gracza NBA. Nad tym, który ma chwilę słabości, nikt nie będzie biadolił i głaskał go po główce. To trochę tak jak z maksymą żołnierzy Legii Cudzoziemskiej — kto nie maszeruje, ten ginie. Grupa zawodników NBA jest odtwarzana w wyniku niezwykle ostrej selekcji. To dlatego są oni najdoskonalszymi maszynami na świecie.
A na ile ważna jest głowa w sporcie?
— To warunek konieczny do osiągnięcia sukcesu. Na pewno nie wystarczający, ale bez wątpienia konieczny. Iluż to ja widziałem chłopaków, którzy na treningach dawali z siebie wszystko i we wszystkich elementach byli bliscy perfekcji, ale gdy tylko wychodzili na parkiet, całe powietrze z nich uchodziło. Byli cieniami samych siebie. Nie umieli udźwignąć ciężaru gry. To właśnie głowa ich zawodziła. Tu nie chodzi o to, żeby każdy sportowiec miał umysł Alberta Einsteina, lecz o to, żeby wytrzymał psychicznie — miał wolę walki. Powinien być gotów w każdej chwili stanąć do rywalizacji i to z założeniem, że niezależnie od klasy przeciwnika, będzie robił absolutnie wszystko, żeby wbić go w parkiet. Do tego sama fizyczna siła i szybkość nie wystarczą. Tu chodzi o siłę woli, czy wręcz o biologiczny instynkt przetrwania.
Trening czyni mistrza... Sport to uzależnienie?
— Chyba rzeczywiście to uzależnienie, ale na pewno bardzo zdrowe. Już nie raz, po zakończeniu sezonu, mówiłem sobie, że nie dotknę przez jakiś czas piłki. Wytrzymywałem może dwa dni. Może pani nazwać to uzależnieniem, ale jeśli mam do wyboru nałogowe uprawianie sportu, używki, czy hazard, to chyba bez cienia wątpliwości to pierwsze jest zdecydowanie najlepsze. Wydaje mi się, że takim zdrowym uzależnieniem dotknięci są wszyscy zawodnicy, którzy stale pną się w górę. Jesteśmy profesjonalistami i czasami mówi się o takich ludziach, że swoją profesję oddzielają od życia prywatnego. W przypadku koszykarzy to raczej tak nie wygląda. Nie ma czegoś takiego, że po treningu zamykają się za mną drzwi hali sportowej, a koszykówka zostaje za nimi. Pewnie już się pani domyśla, o czym rozmawiam z kolegami koszykarzami, kiedy zdarza nam się wspólnie spędzać wolny czas...
NBA daje sławę... Czy tylko?
— NBA to nie tylko blaski, ale i cienie. Z rzeczy pozytywnych wymieniłbym dwie — pieniądze i poczucie wartości. Powiedzenie, że pieniądze to nie wszystko, na pewno jest prawdziwe. Ale nawet w polskiej komedii pod tym tytułem bohaterowie dopisali jego dalszy ciąg — że bez pieniędzy wszystko to… i tu pada pewne wulgarne słowo. Dzięki dużym pieniądzom, jakie zarabia się w NBA, można sobie pozwolić na mnóstwo rzeczy niedostępnych dla innych ludzi. Ponadto NBA dowartościowuje każdego zawodnika i to bardzo. Choć to truizm, to warto go powtórzyć — zawodnicy NBA to koszykarska elita elit i całe nasze otoczenie daje nam to odczuć na każdym kroku. To poczucie, że osiągnęło się „coś” jest bardzo ważne. Widzimy, że nasz ciężki wysiłek został nagrodzony. NBA oznacza też sławę, ale już ta poza pozytywami ma też niewątpliwie strony negatywne. Czasami zainteresowanie fanów może być po ludzku uciążliwe i męczące. Mówię to nie po to, żeby się skarżyć, ale tak po prostu jest. Z tym muszę się jednak pogodzić.
A jak zmienia życie „sportowe nastawienie”?
— Dla mnie to przede wszystkim chęć rywalizacji i pokonywania barier. Te cechy bardzo przydają się też w życiu. Każdy z nas na pewno spotkał na swojej drodze człowieka, którego określić można mianem tarana, dynamitu, czy wulkanu energii. To ludzie, których każda nowa przeszkoda nie zniechęca, ale motywuje. Wydaje mi się, że właśnie taki zespół cech wytwarza w człowieku też sportowe nastawienie. Myślę, że takim ludziom jest w życiu łatwiej bo oni, w przeciwieństwie do malkontentów, nigdy się nie poddają.
Jak przekonasz malucha, który — mimo iż się stara — cały czas nie może trafić do kosza?
— Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Dziecko to bardzo delikatna konstrukcja psychiczna i łatwo ją uszkodzić. Z jednej strony muszę przekonać dzieci, że koszykówka może być pasjonująca, a wiadomo, że do dzieci najłatwiej jest przemówić zabawą. Z drugiej nie można też dziecku stale powtarzać, żeby się nie przejmowało, bo w ten sposób możemy wykształcić w nim przekonanie, że niczym nie musi się przejmować. Wydaje mi się, że dzieci rozumieją znacznie więcej niż się czasem dorosłym wydaje. Dają sobie wytłumaczyć, że jeśli piłka nie trafia do kosza, to nie jest to wina piłki, kosza, butów, „rąbka u spódnicy”. Wiedzą, że błąd tkwi w nich samych, ale mogą te błędy korygować. I jeśli wszystko wykonają poprawnie, piłka w końcu wpadnie do kosza. Zapewniam, że do dzieci takie tłumaczenie przemawia.
Jakie zdanie powtarzasz dzieciakom podczas każdego z campów?
— Przede wszystkim to, że realizacja ich marzeń zależy w pierwszym rzędzie od nich samych. Przekonuję je, że upór, pracowitość, skrupulatność w wypełnieniu poleceń trenera, mogą je wynieść bardzo wysoko.
środa, 13 lipca 2011
Przedszkolaki: Rozjechane dziecko po całym dniu
— Dziecko zmęczone jest ledwe i leżące jak placek — o swojej codzienności opowiadają dzieciaki z olsztyńskiego Przedszkola Miejskiego nr 12.
Jak dziecko zaczyna dzień?
— Wstajemy, przeciągamy się i szeroko ziewamy.
— Ja czytam książkę.
— Z samego rana?
— A ja jem śniadanie.
Co lubicie jeść najbardziej?
— Chrupki!
— Każdy ma jakieś ulubione jedzenie.
— Ja jem jajko w majonezie.
— A ja jajecznicę.
— Ja truskawki z bitą śmietaną i to z samego rana!
— Ja makaron.
— A ja tosty albo naleśniki.
— A ja płatki kukurydziane. To są takie chrupki, które wyglądają jak małe chmurki.
Co robicie po jedzeniu?
— Myjemy zęby.
— Szorujemy pastą, szczotką i kubkiem.
— Ty kubkiem szorujesz?
— Nakłada się pastę na szczoteczkę z tubki i fiu!
— Tak jak wodę się leje do kubka, tak z tubki wylewa się pastę na szczoteczkę.
— A potem gramy na komputerze.
W piżamie czy na golasa?
— Ja się ubieram!
— A ja zostaję w piżamie.
— A ja idę do przedszkola, bo tam sprawdzana jest obecność.
— Ja bawię się lalkami, bo mam ich kilka albo rysuję książkę.
— Ja idę do kolegi!
— Na dwór też można wyjść, na plac zabaw albo do przedszkola.
— Tam jemy obiad.
Co najczęściej jecie?
— Hamburgery i frytki.
— Koniecznie z kurczakiem i sałatką.
— Ale hamburgery są niezdrowe!
— Dlatego ja jem owoce, jabłuszko i marchewkę.
— A ja kluski z sosem.
— A ja pieczeń rzymską z buraczkami.
— A po obiedzie idziemy na zajęcia dodatkowe.
A co to są zajęcia dodatkowe?
— To są takie zajęcia, gdzie się ćwiczy.
— Ćwiczymy angielski, tańce, logopedę, rytmikę i korektę.
I pewnie wracacie zmęczeni do domu... Jak wygląda zmęczone dziecko?
— Jest całe spocone i ledwe.
— Jest śpiące i pić mu się chce.
— I znowu by jadł.
— Wszystko go boli — tak właśnie czuje.
— Płakać mu się chce z tego zmęczenia.
— Ja się chyba wypiszę z tej korekty...
— A ja w takim razie z tańców...
— Dziecko zmęczone jest leżące.
— Leżące jak placek.
— Rozkłada materiały i się na nich kładzie. I śpi jak mu się chce spać.
— Albo śpi na cioci.
— Zmęczone dziecko jest rozjechane.
— A jak wypocznie, idzie na kolację.
— Znowu?
— Ja jem jajko w majonezie!
A co robicie po kolacji?
— Różne rzeczy.
— Ja myję zęby.
— A ja jem ser żółty na kolację. A potem serek wiejski.
— Ja rzodkiewkę i kanapkę z wędliną.
— Ja piję wodę.
— A ja „kakało”!
— Ja idę się myć żelem „aktybakteryjnym”.
— Żeby nie śmierdzieć.
— Bo dziecko po całym dniu wydziela różne zapachy.
— A ja idę spać.
Co wam się śni?
— Mi się śni kosmos.
— A mi Barbie, która chodzi po plaży i pływa.
— W moim śnie występują króliki.
— A w moim biegające konie!
— A ja mam zawsze straszny sen. Śni się dużo złych rzeczy i baba jaga.
— Mi też śnią się potwory!
Jak wyglądają potwory?
— Są zielone, czarne i mają trzy oczy.
— Mają aż czterdzieści pięć zębów!
— Potwór jest wielki i ma skrzydło!
— No, jest ogromniasty! I krzyczy do ucha!
— Na twarzy ma oczy!
— A ty gdzie masz oczy?
— O tu.
— A to nie jest twarz?
— Potwór ma krzywe nogi.
— Ma pięć dziurek w nosie.
— I pięćset zębów!
— A nie, bo ma jeden!
— Pięćset! Ja wiem, bo był u mnie we śnie!
— U mnie był z jednym zębem... Ale za to ząb był duży i czarny!
— A mi się śni film, w którym była głowa niemowlaka.
A co myślicie, gdy się obudzicie po takim strasznym śnie?
— Myślimy, że to był bardzo straszny sen.
— Albo że na szczęście to był tylko sen.
— Albo że kolejny dzień przed nami.
— I znowu wszystko to samo.
— I jajko w majonezie na śniadanie!
![]() |
| Fot. Wojtek Benedyktowicz |
Jak dziecko zaczyna dzień?
— Wstajemy, przeciągamy się i szeroko ziewamy.
— Ja czytam książkę.
— Z samego rana?
— A ja jem śniadanie.
Co lubicie jeść najbardziej?
— Chrupki!
— Każdy ma jakieś ulubione jedzenie.
— Ja jem jajko w majonezie.
— A ja jajecznicę.
— Ja truskawki z bitą śmietaną i to z samego rana!
— Ja makaron.
— A ja tosty albo naleśniki.
— A ja płatki kukurydziane. To są takie chrupki, które wyglądają jak małe chmurki.
Co robicie po jedzeniu?
— Myjemy zęby.
— Szorujemy pastą, szczotką i kubkiem.
— Ty kubkiem szorujesz?
— Nakłada się pastę na szczoteczkę z tubki i fiu!
— Tak jak wodę się leje do kubka, tak z tubki wylewa się pastę na szczoteczkę.
— A potem gramy na komputerze.
W piżamie czy na golasa?
— Ja się ubieram!
— A ja zostaję w piżamie.
— A ja idę do przedszkola, bo tam sprawdzana jest obecność.
— Ja bawię się lalkami, bo mam ich kilka albo rysuję książkę.
— Ja idę do kolegi!
— Na dwór też można wyjść, na plac zabaw albo do przedszkola.
— Tam jemy obiad.
Co najczęściej jecie?
— Hamburgery i frytki.
— Koniecznie z kurczakiem i sałatką.
— Ale hamburgery są niezdrowe!
— Dlatego ja jem owoce, jabłuszko i marchewkę.
— A ja kluski z sosem.
— A ja pieczeń rzymską z buraczkami.
— A po obiedzie idziemy na zajęcia dodatkowe.
A co to są zajęcia dodatkowe?
— To są takie zajęcia, gdzie się ćwiczy.
— Ćwiczymy angielski, tańce, logopedę, rytmikę i korektę.
I pewnie wracacie zmęczeni do domu... Jak wygląda zmęczone dziecko?
— Jest całe spocone i ledwe.
— Jest śpiące i pić mu się chce.
— I znowu by jadł.
— Wszystko go boli — tak właśnie czuje.
— Płakać mu się chce z tego zmęczenia.
— Ja się chyba wypiszę z tej korekty...
— A ja w takim razie z tańców...
— Dziecko zmęczone jest leżące.
— Leżące jak placek.
— Rozkłada materiały i się na nich kładzie. I śpi jak mu się chce spać.
— Albo śpi na cioci.
— Zmęczone dziecko jest rozjechane.
— A jak wypocznie, idzie na kolację.
— Znowu?
— Ja jem jajko w majonezie!
A co robicie po kolacji?
— Różne rzeczy.
— Ja myję zęby.
— A ja jem ser żółty na kolację. A potem serek wiejski.
— Ja rzodkiewkę i kanapkę z wędliną.
— Ja piję wodę.
— A ja „kakało”!
— Ja idę się myć żelem „aktybakteryjnym”.
— Żeby nie śmierdzieć.
— Bo dziecko po całym dniu wydziela różne zapachy.
— A ja idę spać.
Co wam się śni?
— Mi się śni kosmos.
— A mi Barbie, która chodzi po plaży i pływa.
— W moim śnie występują króliki.
— A w moim biegające konie!
— A ja mam zawsze straszny sen. Śni się dużo złych rzeczy i baba jaga.
— Mi też śnią się potwory!
Jak wyglądają potwory?
— Są zielone, czarne i mają trzy oczy.
— Mają aż czterdzieści pięć zębów!
— Potwór jest wielki i ma skrzydło!
— No, jest ogromniasty! I krzyczy do ucha!
— Na twarzy ma oczy!
— A ty gdzie masz oczy?
— O tu.
— A to nie jest twarz?
— Potwór ma krzywe nogi.
— Ma pięć dziurek w nosie.
— I pięćset zębów!
— A nie, bo ma jeden!
— Pięćset! Ja wiem, bo był u mnie we śnie!
— U mnie był z jednym zębem... Ale za to ząb był duży i czarny!
— A mi się śni film, w którym była głowa niemowlaka.
A co myślicie, gdy się obudzicie po takim strasznym śnie?
— Myślimy, że to był bardzo straszny sen.
— Albo że na szczęście to był tylko sen.
— Albo że kolejny dzień przed nami.
— I znowu wszystko to samo.
— I jajko w majonezie na śniadanie!
czwartek, 30 czerwca 2011
Bąbel powietrza nad watą cukrową
Można iść z duchem czasu, ale można też lecieć z wiatrem. Balony fascynują ludzi do lat — opierają się technice, szalonej pogoni i pozwalają dostrzec to, co na co dzień nam umyka. A świat widziany z góry zapiera dech w piersiach. To jak, wskakujemy do kosza?
Budzik dzwoni w środku nocy, ale jest to dobra wiadomość. Chwilę po piątej wsiądziemy do balonu, więc warto wstać. Ale najpierw trzeba dojechać do Gałkowa — mazurskiej wsi znanej z hodowli koni. I rzeczywiście — na dzień dobry witają nas rozbrykane konie. I wielki balon wciśnięty między małe chatki. W koszu czekają już na nas Niemcy z aparatami — uczestnicy kursu fotograficznego. Przebiegają nogami i zacierają ręce, bo zapowiada się atrakcyjna podróż! Wskakujemy więc do kosza i wznosimy się w powietrze. Kilka buchów gorącego powietrza i jesteśmy w górze. Nad lasami, polami, jeziorami i liniami dróg. Nad mgłą, która otacza Mazury niczym wata cukrowa. Pięknie jest o poranku!
Bąbel powietrza
Balony fascynują ludzi od dawna. Wzbijają się w powietrze i bezszelestnie przesuwają się po niebie. Jakim więc cudem balon leci?
— Ciepłe powietrze z zewnątrz kreuje inną gęstość powietrza wewnątrz balonu — tłumaczy Dariusz Brzozowski, pilot balonu. — Ciepłe powietrze jest lżejsze i unosi nas nad ziemią. Nie ma niestety możliwości sterowania balonem, bo lecimy z wiatrem. To jest urok latania. Nie wiemy, gdzie wylądujemy, ale w tym tkwi cały urok latania. W tym tkwi adrenalina. Maksymalnie wznosimy się pięćset metrów nad ziemią, a lecimy z prędkością 50 km/h. Nie możemy tego odczuć, bo jesteśmy jak chmura — jak bąbel powietrza, który przesuwa się razem z wiatrem.
Zdziwione krowy
Im więcej ciepłego powietrza, tym wyżej lecimy. Ale mocno wieje, więc trzeba obniżyć lot. Jesteśmy bliżej wierzchołków drzew, leśnych bajorek i gospodarstw domowych. Właśnie na śniadanie wychodzą krowy. Patrzą na nas z ciekawością, wznoszą łby do góry i pewnie nie dowierzają, że dziś chmury wydają się bardziej kolorowe. Jest cisza jak makiem zasiał. Słychać tylko strzały niemieckich migawek i odgłosy zachwytu. Niemcy uwielbiają Mazury — zwłaszcza, gdy patrzą na nie z lotu ptaka. No, z lotu wróbla, bo zniżamy się coraz bardziej. Dolatujemy do polany, gdzie mamy wylądować, ale okazuje się na to za mała. Jednak pilot ma na to sposób. Ociera kosz balonu o wierzchołki drzew, żeby zwolnić. Raptem uderzamy o ziemię. Bum! Przechylamy się na trawę, ale pilot nie daje za wygraną. Kosz się nie przewraca, wszyscy wiwatują. Brawo, pilocie! Okazuje się, że lecieliśmy trzy kwadranse i przemierzyliśmy 30 kilometrów. Aż tak dużo? Na górze nie było czuć tej odległości.
Kredki na początek
Lądowanie wieńczymy lampką szampana — jak na prawdziwych baloniarzy przystało. Wcześniej zwijamy balon i pakujemy go do specjalnego wora. Jesteśmy cali mokrzy od porannej rosy. Przecież wybija dopiero szósta!
— Powłoka waży 330 kilo, a kosz z butlą i palnikami to kolejne 750 kilo — tłumaczy Dariusz Brzozowski. — Balon, którym lecieliśmy, może udźwignąć 16 dorosłych osób i pilota. Ten balon ma na imię Ksenia, bo wszystkie moje balony mają imiona, część od imion dzieci z angielskiego domu dziecka... Gdy na desce kreślarskiej powstał pierwszy balon, dzieci dostały kredki i zaprojektowały jego kolory. Przywieźliśmy im potem gotowy już balon, a matką chrzestną została Catharina, jedna z podopiecznych. Ale nie przypadł jej do gustu balon spakowany w worku. Rozłożyliśmy go i napełniliśmy powietrzem, a wtedy ona obudziła się niczym śpiąca królewna: wow! Bo balony świetnie wyglądają na niebie. Sam, jak zobaczyłem go pierwszy raz w Białymstoku, zakochałem się. I mam tak do dzisiaj.
Budzik dzwoni w środku nocy, ale jest to dobra wiadomość. Chwilę po piątej wsiądziemy do balonu, więc warto wstać. Ale najpierw trzeba dojechać do Gałkowa — mazurskiej wsi znanej z hodowli koni. I rzeczywiście — na dzień dobry witają nas rozbrykane konie. I wielki balon wciśnięty między małe chatki. W koszu czekają już na nas Niemcy z aparatami — uczestnicy kursu fotograficznego. Przebiegają nogami i zacierają ręce, bo zapowiada się atrakcyjna podróż! Wskakujemy więc do kosza i wznosimy się w powietrze. Kilka buchów gorącego powietrza i jesteśmy w górze. Nad lasami, polami, jeziorami i liniami dróg. Nad mgłą, która otacza Mazury niczym wata cukrowa. Pięknie jest o poranku!
Bąbel powietrza
Balony fascynują ludzi od dawna. Wzbijają się w powietrze i bezszelestnie przesuwają się po niebie. Jakim więc cudem balon leci?
— Ciepłe powietrze z zewnątrz kreuje inną gęstość powietrza wewnątrz balonu — tłumaczy Dariusz Brzozowski, pilot balonu. — Ciepłe powietrze jest lżejsze i unosi nas nad ziemią. Nie ma niestety możliwości sterowania balonem, bo lecimy z wiatrem. To jest urok latania. Nie wiemy, gdzie wylądujemy, ale w tym tkwi cały urok latania. W tym tkwi adrenalina. Maksymalnie wznosimy się pięćset metrów nad ziemią, a lecimy z prędkością 50 km/h. Nie możemy tego odczuć, bo jesteśmy jak chmura — jak bąbel powietrza, który przesuwa się razem z wiatrem.
Zdziwione krowy
Im więcej ciepłego powietrza, tym wyżej lecimy. Ale mocno wieje, więc trzeba obniżyć lot. Jesteśmy bliżej wierzchołków drzew, leśnych bajorek i gospodarstw domowych. Właśnie na śniadanie wychodzą krowy. Patrzą na nas z ciekawością, wznoszą łby do góry i pewnie nie dowierzają, że dziś chmury wydają się bardziej kolorowe. Jest cisza jak makiem zasiał. Słychać tylko strzały niemieckich migawek i odgłosy zachwytu. Niemcy uwielbiają Mazury — zwłaszcza, gdy patrzą na nie z lotu ptaka. No, z lotu wróbla, bo zniżamy się coraz bardziej. Dolatujemy do polany, gdzie mamy wylądować, ale okazuje się na to za mała. Jednak pilot ma na to sposób. Ociera kosz balonu o wierzchołki drzew, żeby zwolnić. Raptem uderzamy o ziemię. Bum! Przechylamy się na trawę, ale pilot nie daje za wygraną. Kosz się nie przewraca, wszyscy wiwatują. Brawo, pilocie! Okazuje się, że lecieliśmy trzy kwadranse i przemierzyliśmy 30 kilometrów. Aż tak dużo? Na górze nie było czuć tej odległości.
Kredki na początek
Lądowanie wieńczymy lampką szampana — jak na prawdziwych baloniarzy przystało. Wcześniej zwijamy balon i pakujemy go do specjalnego wora. Jesteśmy cali mokrzy od porannej rosy. Przecież wybija dopiero szósta!
— Powłoka waży 330 kilo, a kosz z butlą i palnikami to kolejne 750 kilo — tłumaczy Dariusz Brzozowski. — Balon, którym lecieliśmy, może udźwignąć 16 dorosłych osób i pilota. Ten balon ma na imię Ksenia, bo wszystkie moje balony mają imiona, część od imion dzieci z angielskiego domu dziecka... Gdy na desce kreślarskiej powstał pierwszy balon, dzieci dostały kredki i zaprojektowały jego kolory. Przywieźliśmy im potem gotowy już balon, a matką chrzestną została Catharina, jedna z podopiecznych. Ale nie przypadł jej do gustu balon spakowany w worku. Rozłożyliśmy go i napełniliśmy powietrzem, a wtedy ona obudziła się niczym śpiąca królewna: wow! Bo balony świetnie wyglądają na niebie. Sam, jak zobaczyłem go pierwszy raz w Białymstoku, zakochałem się. I mam tak do dzisiaj.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Dzień dobry, tu Kamil Bednarek
— Kręci mnie inwestycja w siebie, a nie w panienki i alkohol — przyznaje Kamil Bednarek, wokalista reggae. — Przecież teraz śpiewam przed masą ludzi!
Śpiewający i wygadany młokos. Gdy pojawił się na scenie, czyli spadł jak grom z jasnego nieba, Polska oszalała. Oto i Kamil Bednarek. Tyle tytułem wstępu. Dzień dobry, oto wywiad:
Jesteś chłopakiem z „Mam talent” czy facetem ze Star Guard Muffin?
— E tam, jestem Kamilem Bednarkiem. Po prostu. Jak mnie ludzie poznają na ulicy, też jestem Kamilem Bednarkiem. Jak się kąpię, też jestem Kamil Bednarek, a nie jakaś gruba ryba. Znaczy, że ja cały czas jestem Kamilem Bednarkiem!
Sława nie uderzyła ci do głowy?
— A skąd! Bronię się jak mogę, ale zmieniło się dużo rzeczy. Przede wszystkim mam mało czasu, a na czym cierpi moja rodzina. Tęsknią wszyscy bardzo, ja zresztą też. Cały czas jestem w trasie, ciągle gdzieś mnie gna. Ale to dobrze.
W końcu o tym marzyłeś.
— Po „Mam talent” wszystko się obróciło do góry nogami, ale — jak to się mówi — coś za coś. Kiedyś puknąłbym się w głowę, gdyby ktoś mi powiedział, że Star Guard Muffin zagra na Kortowiadzie przed Gentlemanem! To po Bobie Marley'u mój idol! Kolejne marzenie zaliczone!
A dużo już ci się spełniło?
— Kurczę, już brakuje mi marzeń, bo co i raz się spełniają. Muszę wymyślić sobie nowe, które będę realizował. O, wiem! Chciałbym nagrać płytę na Jamajce i nauczyć się języka patois. Z tym pierwszym będzie trudniej, bo przecież stawiam dopiero pierwsze kroki w reggae. Zainspirowałem się tą muzyką jakieś cztery lata temu, więc cały czas odkrywam te dźwięki. Co do języka, moja w tym głowa, aby się nauczyć. Ode mnie wszystko zależy.
Czasu jednak mało.
— Szukajcie, a znajdziecie. Mogę uczyć się podczas podróży busem. Zamiast liczyć, ile razy głowa mi się kiwa, mogę trzymać książkę na kolanach i zakuwać.
To kiedy zaczynasz?
— No właśnie, kiedy?
A może przeszkodzą ci wino, kobiety i śpiew? To druga strona sławy...
— Nie ze mną te numery! (śmiech) Teraz bardziej kręci mnie inwestycja w siebie, a nie w panienki i alkohol. Chcę się rozwijać, być coraz lepszy na scenie i przy mikrofonie. Przecież teraz śpiewam przed masą ludzi na koncertach! Wiesz, ile ludzi przychodzi? To jest niesamowite, ale też wymagające ogromnego przygotowania. Co z tego, że powiem: „dzień dobry, tu Kamil Bednarek”. Ludzie chcą muzyki.
Śpiewający i wygadany młokos. Gdy pojawił się na scenie, czyli spadł jak grom z jasnego nieba, Polska oszalała. Oto i Kamil Bednarek. Tyle tytułem wstępu. Dzień dobry, oto wywiad:
Jesteś chłopakiem z „Mam talent” czy facetem ze Star Guard Muffin?
— E tam, jestem Kamilem Bednarkiem. Po prostu. Jak mnie ludzie poznają na ulicy, też jestem Kamilem Bednarkiem. Jak się kąpię, też jestem Kamil Bednarek, a nie jakaś gruba ryba. Znaczy, że ja cały czas jestem Kamilem Bednarkiem!
Sława nie uderzyła ci do głowy?
— A skąd! Bronię się jak mogę, ale zmieniło się dużo rzeczy. Przede wszystkim mam mało czasu, a na czym cierpi moja rodzina. Tęsknią wszyscy bardzo, ja zresztą też. Cały czas jestem w trasie, ciągle gdzieś mnie gna. Ale to dobrze.
W końcu o tym marzyłeś.
— Po „Mam talent” wszystko się obróciło do góry nogami, ale — jak to się mówi — coś za coś. Kiedyś puknąłbym się w głowę, gdyby ktoś mi powiedział, że Star Guard Muffin zagra na Kortowiadzie przed Gentlemanem! To po Bobie Marley'u mój idol! Kolejne marzenie zaliczone!
A dużo już ci się spełniło?
— Kurczę, już brakuje mi marzeń, bo co i raz się spełniają. Muszę wymyślić sobie nowe, które będę realizował. O, wiem! Chciałbym nagrać płytę na Jamajce i nauczyć się języka patois. Z tym pierwszym będzie trudniej, bo przecież stawiam dopiero pierwsze kroki w reggae. Zainspirowałem się tą muzyką jakieś cztery lata temu, więc cały czas odkrywam te dźwięki. Co do języka, moja w tym głowa, aby się nauczyć. Ode mnie wszystko zależy.
Czasu jednak mało.
— Szukajcie, a znajdziecie. Mogę uczyć się podczas podróży busem. Zamiast liczyć, ile razy głowa mi się kiwa, mogę trzymać książkę na kolanach i zakuwać.
To kiedy zaczynasz?
— No właśnie, kiedy?
A może przeszkodzą ci wino, kobiety i śpiew? To druga strona sławy...
— Nie ze mną te numery! (śmiech) Teraz bardziej kręci mnie inwestycja w siebie, a nie w panienki i alkohol. Chcę się rozwijać, być coraz lepszy na scenie i przy mikrofonie. Przecież teraz śpiewam przed masą ludzi na koncertach! Wiesz, ile ludzi przychodzi? To jest niesamowite, ale też wymagające ogromnego przygotowania. Co z tego, że powiem: „dzień dobry, tu Kamil Bednarek”. Ludzie chcą muzyki.
sobota, 4 czerwca 2011
Jak spadłam z czterech kilometrów
Upadłam na głowę? Nic z tych rzeczy! W Gryźlinach wyskoczyłam w tandemie ze sprawnego samolotu i leciałam z prędkością wyścigówki. Na ziemię dotarłam cała i zdrowa, ale wrażenia nadal unoszą mnie nad ziemią.
— Przeżyję? — tak zaczynam rozmowę z Grzegorzem „Iwanem” Kucharczykiem, skoczkiem spadochronowym, z którym wyskoczę w tandemie.
— Przeżyjesz, ale tylko w pewnym sensie — uspokaja mnie Iwan. — Po skoku część ciebie urodzi się na nowo. Polecisz na wysokość czterech kilometrów. Potem wyskoczymy z samolotu i będziemy spadali aż do dwóch kilometrów z prędkością 200 km/h. Po minucie otworzymy spadochron i czeka nas jeszcze osiem minut szybowania. Dostaniesz sterówki i sobie posterujesz.
Jak Jennifer Lopez
Zaczynam od ubrania specjalnego uniformu, w którym czuję się jakbym leciała w kosmos. A potem szybkie szkolenie — jak zachować się w powietrzu, jak ułożyć ciało i jak się uśmiechać.
— Teraz zrobimy z ciebie Jennifer Lopez — Iwan zaciska tak uprząż, że jeszcze nigdy tak prosto nie stałam na nogach. — Pierś do przodu, pupa też wyeksponowana. Teraz skoczysz bez obaw!
Prawda, obaw żadnych nie czuję, bo Iwan na to nie pozwala. Facet ma na swoim koncie aż siedem tysięcy skoków — w tym prawie trzy tysiące tandemowych. Skakał w różnych sytuacjach i kombinacjach. Ciekawostką był skok z tandemu paralotniowego w nietypowych warunkach — podczas wyjazdu na snowboard w Alpy austriackie. Skakanie w jego towarzystwie to więc sama przyjemność!
Ready to go!
Silniki samolotu warczą, w środku siedzi kilku palących się do skoku skoczków. Na wysokość czterech kilometrów lecimy szybko. Już po dziesięciu minutach otwierają się drzwi, Iwan przypina się do mnie, a ja wyglądam przez okno. Piękna Warmia pode mną. Kilku obłoków, zieleń i kilka jezior. Ja mam tam skoczyć? W tę przestrzeń? Ale to nie strach tarabani mi w głowie. To ciekawość, bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Skakałam co najwyżej do sklepu po chleb.
Skoczkowie wypadają z samolotu jakby przesiadali się z autobusu na autobus. Pyk i już ich nie widać. Ten widok najbardziej przeraża: faceci są obok mnie, a zaraz porywa ich przestrzeń. W końcu moja kolej. Nie czuję strachu, uśmiecham się i czekam na wrażenia. Iwan puka mnie w ramię: „Ready to go!" Lecimy!
Całusy na wysokościach
Zaraz po wyskoku robimy obrót — taki fikołek w powietrzu. Łapię oddech, rozpościeram ręce i czuję się jak ptak. Wolność jest wokół mnie! Wolność i przestrzeń! Czuję jak pęd powietrza naciąga mi policzki na uszy. Czuję jak spadam, ale to takie przyjemne, że nie myślę o niczym. Czerpię z tej chwili ile mogę, chwytam za ręce Gibu, który filmuje mnie lecąc naprzeciw. Machamy, wysyłamy sobie całusy, wymieniamy się uśmiechami. I pomyśleć, że wszystko dzieje się ponad trzy kilometry nad ziemią! Raptem buch, Iwan otwiera spadochron, zwalniamy w locie i emocje przybierają zupełnie inny smak. Dostaję sterówki, mogę skręcać w prawo, w lewo... Dyndam swobodnie nogami, nic mnie nie ogranicza. Tylko czas, który zbliża mnie do płyty lotniska. Aż nie chce wracać się na ziemię, która mimo iż piękna, serwuje czasem same trudy. A na górze wszystko znika i wyparowuje z głowy. Czy naprawdę musimy lądować?
Skok jak czekolada
Po powrocie na ziemię szumi mi w głowie. Szumi od wiatru i wrażeń. Z niedowierzaniem patrzę w niebo, skąd właśnie wróciłam.
— Ludzie w powietrzu są przezroczyści — mówi Tomasz „Gibu” Grzybowski, skoczek i kamerzysta. — Kiedy spadają, nic nie udają. Albo są przerażeni, albo tryskają radością. Tam, na wysokościach, nie myśli się o kontrolowaniu emocji. Są naturalne. A ty, Ada, śmiałaś się cały czas...
— Skoków nie można z niczym porównać ani nie wiadomo jak je opisać — mówi Iwan. — Bo jak można opowiedzieć komuś o smaku czekolady? Najlepiej samemu spróbować.
Przeczytaj też:
Aż policzki zachodzą za uszy
— Przeżyję? — tak zaczynam rozmowę z Grzegorzem „Iwanem” Kucharczykiem, skoczkiem spadochronowym, z którym wyskoczę w tandemie.
— Przeżyjesz, ale tylko w pewnym sensie — uspokaja mnie Iwan. — Po skoku część ciebie urodzi się na nowo. Polecisz na wysokość czterech kilometrów. Potem wyskoczymy z samolotu i będziemy spadali aż do dwóch kilometrów z prędkością 200 km/h. Po minucie otworzymy spadochron i czeka nas jeszcze osiem minut szybowania. Dostaniesz sterówki i sobie posterujesz.
Jak Jennifer Lopez
Zaczynam od ubrania specjalnego uniformu, w którym czuję się jakbym leciała w kosmos. A potem szybkie szkolenie — jak zachować się w powietrzu, jak ułożyć ciało i jak się uśmiechać.
— Teraz zrobimy z ciebie Jennifer Lopez — Iwan zaciska tak uprząż, że jeszcze nigdy tak prosto nie stałam na nogach. — Pierś do przodu, pupa też wyeksponowana. Teraz skoczysz bez obaw!
Prawda, obaw żadnych nie czuję, bo Iwan na to nie pozwala. Facet ma na swoim koncie aż siedem tysięcy skoków — w tym prawie trzy tysiące tandemowych. Skakał w różnych sytuacjach i kombinacjach. Ciekawostką był skok z tandemu paralotniowego w nietypowych warunkach — podczas wyjazdu na snowboard w Alpy austriackie. Skakanie w jego towarzystwie to więc sama przyjemność!
Ready to go!
Silniki samolotu warczą, w środku siedzi kilku palących się do skoku skoczków. Na wysokość czterech kilometrów lecimy szybko. Już po dziesięciu minutach otwierają się drzwi, Iwan przypina się do mnie, a ja wyglądam przez okno. Piękna Warmia pode mną. Kilku obłoków, zieleń i kilka jezior. Ja mam tam skoczyć? W tę przestrzeń? Ale to nie strach tarabani mi w głowie. To ciekawość, bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Skakałam co najwyżej do sklepu po chleb.
Skoczkowie wypadają z samolotu jakby przesiadali się z autobusu na autobus. Pyk i już ich nie widać. Ten widok najbardziej przeraża: faceci są obok mnie, a zaraz porywa ich przestrzeń. W końcu moja kolej. Nie czuję strachu, uśmiecham się i czekam na wrażenia. Iwan puka mnie w ramię: „Ready to go!" Lecimy!
Całusy na wysokościach
Zaraz po wyskoku robimy obrót — taki fikołek w powietrzu. Łapię oddech, rozpościeram ręce i czuję się jak ptak. Wolność jest wokół mnie! Wolność i przestrzeń! Czuję jak pęd powietrza naciąga mi policzki na uszy. Czuję jak spadam, ale to takie przyjemne, że nie myślę o niczym. Czerpię z tej chwili ile mogę, chwytam za ręce Gibu, który filmuje mnie lecąc naprzeciw. Machamy, wysyłamy sobie całusy, wymieniamy się uśmiechami. I pomyśleć, że wszystko dzieje się ponad trzy kilometry nad ziemią! Raptem buch, Iwan otwiera spadochron, zwalniamy w locie i emocje przybierają zupełnie inny smak. Dostaję sterówki, mogę skręcać w prawo, w lewo... Dyndam swobodnie nogami, nic mnie nie ogranicza. Tylko czas, który zbliża mnie do płyty lotniska. Aż nie chce wracać się na ziemię, która mimo iż piękna, serwuje czasem same trudy. A na górze wszystko znika i wyparowuje z głowy. Czy naprawdę musimy lądować?
Skok jak czekolada
Po powrocie na ziemię szumi mi w głowie. Szumi od wiatru i wrażeń. Z niedowierzaniem patrzę w niebo, skąd właśnie wróciłam.
— Ludzie w powietrzu są przezroczyści — mówi Tomasz „Gibu” Grzybowski, skoczek i kamerzysta. — Kiedy spadają, nic nie udają. Albo są przerażeni, albo tryskają radością. Tam, na wysokościach, nie myśli się o kontrolowaniu emocji. Są naturalne. A ty, Ada, śmiałaś się cały czas...
— Skoków nie można z niczym porównać ani nie wiadomo jak je opisać — mówi Iwan. — Bo jak można opowiedzieć komuś o smaku czekolady? Najlepiej samemu spróbować.
Przeczytaj też:
Aż policzki zachodzą za uszy
wtorek, 31 maja 2011
Jak koszę kosa aparatem
Nie mają do mnie zaufania, mimo iż mieszkają na moim balkonie. A ja nie mam do nich cierpliwości, bo nie chcą mi się pokazać w całości. Mowa o małych kosach, których jestem matką chrzestną. A może poleciałam za daleko?
Z pierwszymi przejawami wiosny w korytku rynny na moim balkonie zamieszkują sobie dwa zakochane kosy. Tulą się do siebie, ćwierkają aż tu raptem wykluwają się im maluchy. I zaczyna się ciężka praca. Co chwilę kosiki wykrzykują: jeść, jeść! A rodzice non stop latają, aby napełnić puste brzuszki i "zapchać" otwarte dziubki.
Mija miesiąc, małe rosną, a rodzice cały czas harują — wstają o piątej rano, a zasypiają o dziewiątej wieczorem. W tym czasie nie mają chwili wytchnienia — cały czas dostarczają posiłki. Małe krzyczą, wydalają i czasami śpią. Rodzice o śnie nie myślą. Myślą o dżdżownicach.
W końcu postanawiam podejrzeć maluchy, ale nie jest to łatwa sprawa. Bo jak to zrobić? Wejść na dach? Daję kosom za wygraną. Wystarczy, że je słyszę... Ale pewnego dnia, gdy wychodzę na balkon, aby napełnić płuca świeżym powietrzem, dostrzegam jeden dziubek. Chwytam więc aparat i czekam, aż mama albo tata nadleci z obiadem (bo jest akurat pora obiadowa). Ale rodzice są sprytni — zamiast do malucha, lecą na dach i obserwują mnie z uwagą. Czekają aż mi się znudzi... Ale ja uparta jestem!
Czas nagli, małe czekają, więc trzeba wybrać mniejsze zło, a właściwie dobro dzieci. Migawka strzela jak opętana!
Co udało mi się złapać w kadrze, z przyjemnością prezentuję. Nie są to jednak dzieła sztuki, ale zwykłe sąsiedzkie fotki. Ale to już coś, prawda? Mam dzikich lokatorów!
PS. Co ten ptak chce mi powiedzieć? "Uważaj mała, bo ci napiórkuję!"
Z pierwszymi przejawami wiosny w korytku rynny na moim balkonie zamieszkują sobie dwa zakochane kosy. Tulą się do siebie, ćwierkają aż tu raptem wykluwają się im maluchy. I zaczyna się ciężka praca. Co chwilę kosiki wykrzykują: jeść, jeść! A rodzice non stop latają, aby napełnić puste brzuszki i "zapchać" otwarte dziubki.
Mija miesiąc, małe rosną, a rodzice cały czas harują — wstają o piątej rano, a zasypiają o dziewiątej wieczorem. W tym czasie nie mają chwili wytchnienia — cały czas dostarczają posiłki. Małe krzyczą, wydalają i czasami śpią. Rodzice o śnie nie myślą. Myślą o dżdżownicach.
W końcu postanawiam podejrzeć maluchy, ale nie jest to łatwa sprawa. Bo jak to zrobić? Wejść na dach? Daję kosom za wygraną. Wystarczy, że je słyszę... Ale pewnego dnia, gdy wychodzę na balkon, aby napełnić płuca świeżym powietrzem, dostrzegam jeden dziubek. Chwytam więc aparat i czekam, aż mama albo tata nadleci z obiadem (bo jest akurat pora obiadowa). Ale rodzice są sprytni — zamiast do malucha, lecą na dach i obserwują mnie z uwagą. Czekają aż mi się znudzi... Ale ja uparta jestem!
Czas nagli, małe czekają, więc trzeba wybrać mniejsze zło, a właściwie dobro dzieci. Migawka strzela jak opętana!
PS. Co ten ptak chce mi powiedzieć? "Uważaj mała, bo ci napiórkuję!"
sobota, 28 maja 2011
Gdzie się podziała ta wielka Ameryka?
Do Warszawy przyjechał Barack Obama, prezydent Stanów Zjednoczonych, więc tematem numer jeden jest wszystko, co amerykańskie. Dlatego w Olsztynie postanowiłam poszukać Ameryki. I szukałam... jak igły w stogu siana.
Barack Obama promuje swój kraj jak tylko może. Nie tylko poraża nas amerykańskim uśmiechem, ale przede wszystkim nosi amerykański zegarek, jeździ amerykańskim samochodem i zawsze na wyjazdach nocuje w amerykańskich hotelach. Pewnie nosi też majtki Calvina Kleina, ale aż tak głęboko w oczy nie będę mu zaglądać. Przyjrzę się za to Olsztynowi i zobaczę, ile Ameryki jest w tym mieście. Od czego więc zacząć? Od śniadania?
Niemiecki kotlet z polskiej krowy
Na dzień dobry serwuję sobie hamburgera i frytki w amerykańskim fast foodzie. I tu już zaczynają się schody, bo smaku Ameryki nie czuć.
— Ziemniaki i mięso pochodzą z Polski — uśmiecha się szeroko pani Wiesia, która podaje mi śniadanie na tacy. Siadam więc przy stoliku, sięgam po prasę, ale nie mam zbyt wielkiego wyboru. Jest tylko firmowe pisemko zachwalające sieć, której akurat jestem gościem. Na pierwszej stronie widnieją apetyczne frytki i informacja: dowiedz się więcej o naszych ziemniakach. Nie muszę długo szukać — już na początku dowiaduję się, że ziemniaki na frytki pochodzą z Lęborka. Mięso na hamburgery też nie przyjeżdża zza oceanu, ale pochodzi z polskiej krowy. A sam hamburger — mimo iż to klasyczna amerykańska potrawa — wywodzi się od befsztyka po hambursku, czyli z kotleta z siekanej wołowiny wprowadzonego do kuchni amerykańskiej przez imigrantów z Niemiec. I tyle amerykańskiego śniadania. Punkt dla mnie!
Ciuchy z Azji
Po jedzeniu czas na zakupy. Idę więc do sklepu, który bije amerykańską nazwą po oczach. Zerkam na metki, ale Stanów Zjednoczonych ze świecą tu szukać. Na wieszakach wisi cała Azja — od Turcji, przez Tajlandię, po Chiny.
— Ale co najciekawsze, jesteśmy firmą niemiecką — wyjaśnia Iwona Jastrzębska, kierowniczka zmiany w sklepie. — A skąd nazwa? Pewnie chodzi o to, aby poczuć się jak nowojorczyk... To nawiązanie do tamtejszych wybiegów mody i trendów.
I tyle z ubierania się po amerykańsku. Punkt dla mnie!
Twarde nóżki z Chin
A może trochę zabawy? Pamiętam czasy, kiedy lalka Barbie była marzeniem każdej dziewczynki. Ja też się wpisałam w ten „american dream”. Pamiętam też swoją radość, kiedy moje marzenie się ziściło. Plastikowa blondynka była wtedy symbolem tego lepszego świata dostępnego tylko w sieci Pewex. Barbie stworzyła Ruth Handler w 1958 roku wzorując się na niemieckiej lalce Bild Lilli. Znów Niemcy górą?
— Dzisiejsze lalki Barbie produkowane są w Anglii — oprowadza mnie po sklepie z zabawkami sprzedawczyni Dorota. — Ale są one inne niż te oryginalne, produkowane w Stanach. Nie mają giętkich nóżek ani rączek, ale i tak dziewczynki chętnie je kupują. Tak jak i inne zabawki, które czerpią z amerykańskich bajek. Mowa o Kubusiu Puchatku, Hannie Montanie, Toy Story, Ben Tenie... Żadna jednak z tych zabawek — mimo aż kipi Stanami Zjednoczonymi — nie została wyprodukowana za oceanem. Prym wiodą Chiny.
Amerykańskiej zabawki nie znalazłam. Punkt dla mnie!
Słabe espresso w filiżance
Czas na kawę. Jaką wybrać? W menu widnieje „americana”, więc ciekawa jestem korzeni tego napoju.
— To zwykłe włoskie espresso z dolewką wody — tłumaczy Marta Przychodzka z kawiarni. — Włosi najlepiej parzą kawę, ale za to można pić ją po amerykańsku. A że Amerykanie nawet piwo piją procentowo słabsze niż reszta świata, więc chętnie rozcieńczają też espresso. Dolewają wody i są zadowoleni — stąd „americana”.
Dla kogo punkt? Dla Włochów. I dla mnie!
Wyjątek potwierdza regułę
W kinie Ameryka bije po oczach. Wystarczy przeczytać repertuar, aby wiedzieć, że tu króluje Hollywood.
— Ludzie najchętniej wybierają amerykańskie filmy — opowiada pracownik kina. — Bo to lekkie kino, więc jeśli ktoś chce się odprężyć po ciężkim i pracowitym dniu, na pewno się nie zawiedzie. Nawet jak bomby lecą na ekranie, film nie przytłacza. Bo takie jest właśnie amerykańskie kino — z efektami! Zupełnie inaczej jest z polskimi produkcjami, które już kilka razy zanudziły widzów. Do polskich filmów podchodzimy więc z dystansem — chyba że są to komediowe hity jak na przykład „Lejdis”. Wtedy nawet amerykańskie kino może czuć się zagrożone! Ale wyjątek potwierdzają regułę.
Punkt dla Stanów Zjednoczonych. W końcu!
Ochraniacz na szczękę i korki
W Olsztynie jest jeszcze jedno miejsce, w którym można zaliczyć wiele punktów. To boisko, na którym trenują fani futbolu amerykańskiego. Sportowcy nazwali się Lakers, co w polskim tłumaczeniu znaczy Jeziorowcy. Zespół powstał niespełna rok temu.
— Żeby rozpocząć treningi trzeba mieć dres, ochraniacz na szczękę i korki. To na początek wystarczy — mówi prezes i jednocześnie zawodnik Lakers. — Naszym marzeniem jest, żeby w zespole była prawdziwa rywalizacja o pierwszy skład. Mam nadzieję, że tak będzie!
Futbol amerykański to sport drużynowy, w którym rywalizują dwa 11-osobowe zespoły. Celem gry jest zdobycie w ustalonym czasie większej liczby punktów od drużyny przeciwnej. Piłkę można przemieszczać, wykopując, niosąc, rzucając lub przekazując z rąk do rąk między zawodnikami.
Punkt dla Ameryki! Ja schodzę już z boiska, ale i tak czuję się zawiedziona. Ameryka niby jest wszechobecna, ale wystarczy się przyjrzeć, aby czar prysnął. A pryska jeszcze bardziej, gdy wysnuwa się wnioski — siła Stanów Zjednoczonych tkwi w innych państwach — zaczynając na Niemczech, a na Chinach kończąc. Tylko że o tym nikt nigdy nie mówi...
Barack Obama promuje swój kraj jak tylko może. Nie tylko poraża nas amerykańskim uśmiechem, ale przede wszystkim nosi amerykański zegarek, jeździ amerykańskim samochodem i zawsze na wyjazdach nocuje w amerykańskich hotelach. Pewnie nosi też majtki Calvina Kleina, ale aż tak głęboko w oczy nie będę mu zaglądać. Przyjrzę się za to Olsztynowi i zobaczę, ile Ameryki jest w tym mieście. Od czego więc zacząć? Od śniadania?
Niemiecki kotlet z polskiej krowy
Na dzień dobry serwuję sobie hamburgera i frytki w amerykańskim fast foodzie. I tu już zaczynają się schody, bo smaku Ameryki nie czuć.
— Ziemniaki i mięso pochodzą z Polski — uśmiecha się szeroko pani Wiesia, która podaje mi śniadanie na tacy. Siadam więc przy stoliku, sięgam po prasę, ale nie mam zbyt wielkiego wyboru. Jest tylko firmowe pisemko zachwalające sieć, której akurat jestem gościem. Na pierwszej stronie widnieją apetyczne frytki i informacja: dowiedz się więcej o naszych ziemniakach. Nie muszę długo szukać — już na początku dowiaduję się, że ziemniaki na frytki pochodzą z Lęborka. Mięso na hamburgery też nie przyjeżdża zza oceanu, ale pochodzi z polskiej krowy. A sam hamburger — mimo iż to klasyczna amerykańska potrawa — wywodzi się od befsztyka po hambursku, czyli z kotleta z siekanej wołowiny wprowadzonego do kuchni amerykańskiej przez imigrantów z Niemiec. I tyle amerykańskiego śniadania. Punkt dla mnie!
Ciuchy z Azji
Po jedzeniu czas na zakupy. Idę więc do sklepu, który bije amerykańską nazwą po oczach. Zerkam na metki, ale Stanów Zjednoczonych ze świecą tu szukać. Na wieszakach wisi cała Azja — od Turcji, przez Tajlandię, po Chiny.
— Ale co najciekawsze, jesteśmy firmą niemiecką — wyjaśnia Iwona Jastrzębska, kierowniczka zmiany w sklepie. — A skąd nazwa? Pewnie chodzi o to, aby poczuć się jak nowojorczyk... To nawiązanie do tamtejszych wybiegów mody i trendów.
I tyle z ubierania się po amerykańsku. Punkt dla mnie!
Twarde nóżki z Chin
A może trochę zabawy? Pamiętam czasy, kiedy lalka Barbie była marzeniem każdej dziewczynki. Ja też się wpisałam w ten „american dream”. Pamiętam też swoją radość, kiedy moje marzenie się ziściło. Plastikowa blondynka była wtedy symbolem tego lepszego świata dostępnego tylko w sieci Pewex. Barbie stworzyła Ruth Handler w 1958 roku wzorując się na niemieckiej lalce Bild Lilli. Znów Niemcy górą?
— Dzisiejsze lalki Barbie produkowane są w Anglii — oprowadza mnie po sklepie z zabawkami sprzedawczyni Dorota. — Ale są one inne niż te oryginalne, produkowane w Stanach. Nie mają giętkich nóżek ani rączek, ale i tak dziewczynki chętnie je kupują. Tak jak i inne zabawki, które czerpią z amerykańskich bajek. Mowa o Kubusiu Puchatku, Hannie Montanie, Toy Story, Ben Tenie... Żadna jednak z tych zabawek — mimo aż kipi Stanami Zjednoczonymi — nie została wyprodukowana za oceanem. Prym wiodą Chiny.
Amerykańskiej zabawki nie znalazłam. Punkt dla mnie!
Słabe espresso w filiżance
Czas na kawę. Jaką wybrać? W menu widnieje „americana”, więc ciekawa jestem korzeni tego napoju.
— To zwykłe włoskie espresso z dolewką wody — tłumaczy Marta Przychodzka z kawiarni. — Włosi najlepiej parzą kawę, ale za to można pić ją po amerykańsku. A że Amerykanie nawet piwo piją procentowo słabsze niż reszta świata, więc chętnie rozcieńczają też espresso. Dolewają wody i są zadowoleni — stąd „americana”.
Dla kogo punkt? Dla Włochów. I dla mnie!
Wyjątek potwierdza regułę
W kinie Ameryka bije po oczach. Wystarczy przeczytać repertuar, aby wiedzieć, że tu króluje Hollywood.
— Ludzie najchętniej wybierają amerykańskie filmy — opowiada pracownik kina. — Bo to lekkie kino, więc jeśli ktoś chce się odprężyć po ciężkim i pracowitym dniu, na pewno się nie zawiedzie. Nawet jak bomby lecą na ekranie, film nie przytłacza. Bo takie jest właśnie amerykańskie kino — z efektami! Zupełnie inaczej jest z polskimi produkcjami, które już kilka razy zanudziły widzów. Do polskich filmów podchodzimy więc z dystansem — chyba że są to komediowe hity jak na przykład „Lejdis”. Wtedy nawet amerykańskie kino może czuć się zagrożone! Ale wyjątek potwierdzają regułę.
Punkt dla Stanów Zjednoczonych. W końcu!
Ochraniacz na szczękę i korki
W Olsztynie jest jeszcze jedno miejsce, w którym można zaliczyć wiele punktów. To boisko, na którym trenują fani futbolu amerykańskiego. Sportowcy nazwali się Lakers, co w polskim tłumaczeniu znaczy Jeziorowcy. Zespół powstał niespełna rok temu.
— Żeby rozpocząć treningi trzeba mieć dres, ochraniacz na szczękę i korki. To na początek wystarczy — mówi prezes i jednocześnie zawodnik Lakers. — Naszym marzeniem jest, żeby w zespole była prawdziwa rywalizacja o pierwszy skład. Mam nadzieję, że tak będzie!
Futbol amerykański to sport drużynowy, w którym rywalizują dwa 11-osobowe zespoły. Celem gry jest zdobycie w ustalonym czasie większej liczby punktów od drużyny przeciwnej. Piłkę można przemieszczać, wykopując, niosąc, rzucając lub przekazując z rąk do rąk między zawodnikami.
Punkt dla Ameryki! Ja schodzę już z boiska, ale i tak czuję się zawiedziona. Ameryka niby jest wszechobecna, ale wystarczy się przyjrzeć, aby czar prysnął. A pryska jeszcze bardziej, gdy wysnuwa się wnioski — siła Stanów Zjednoczonych tkwi w innych państwach — zaczynając na Niemczech, a na Chinach kończąc. Tylko że o tym nikt nigdy nie mówi...
czwartek, 26 maja 2011
Aż policzki zachodzą za uszy...
— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby wyskakiwać ze sprawnego samolotu? — mówi Franciszek Kiapśnia, który został spadochroniarzem w wieku 45 lat. — Uwielbiam fruwać jak ptak. Spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny.
— Wszystko przez żonę! — opowiada Franciszek Kiapśnia, elektryk. — Byliśmy na imprezie: wszyscy od nas młodsi, my najstarsi. Panie zaczęły rozmawiać, że „mojego Ziutka łamie w krzyżu, a mój Józuś taki siwy”. Moja żona wypaliła wtedy, że Franuś chce na spadochronie skakać. Kobiety złapały się za głowę, że to niebezpieczne. Temat więc z mężczyzn zszedł i przeniósł się na skakanie. I ja się wtedy tak napaliłem na spadochrony, że głowa mała! Pojechałem niby na majówkę do Kętrzyna, ale tak naprawdę, aby zrobić badania. Wtedy też pierwszy raz wsiadłem do samolotu. Potem trafiłem pod skrzydła fachowca, który zmienił moje życie.
— Skoki dziś to mój zawód — potwierdza Sylwester Sieńkowski, instruktor spadochronowy. — Skoczyłem już ponad tysiąc razy. A miało być zupełnie inaczej. Miałem latać, ale samolotami. Poszedłem do liceum lotniczego, ale tam spisano mnie na straty. Zacząłem więc skakać w Olsztynie i tak się wciągnąłem, że nie wiem, co innego dziś mógłbym robić. Tej adrenaliny, jaka wytwarza się podczas spadania z prędkością 200 km/h, nie da się niczym zastąpić.
Policzki za uszami
Skoki spadochronowe są jak nałóg. Albo łapie się bakcyla za pierwszym razem, albo nie. To krótka piłka.
— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby skakać ze sprawnego samolotu? — opowiada Franek. — Podczas skoku mózg wszystkiego nie rejestruje. Wszystko się widzi, czuje, ale momentu oderwania od samolotu się nie pamięta. To taka przerwa w życiorysie. Ale ciągnie do chmur. Ciągnie chęć poznania czegoś nowego. Ciągnie kilka minut latania — spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny. Skoczek robi ósemki, kółka. Leci z taka prędkością, że policzki prawie zachodzą za uszy. A widoki? Zapierają dech w piersiach. Dlatego uwielbiam fruwać jak ptak. Tylko na wysokości można poczuć, jak pachnie powietrze — czuć zapach kwiatów i roślinności. Na ziemi nigdy się tego nie wyczuje. Dzięki skokom stałem się zupełnie innym człowiekiem. Mam inne podejście do życia, stare problemy przestały grać pierwsze skrzypce. Stałem się łagodny, bo spadochroniarstwo zmienia charakter. To fakt. A w dodatku to bezpieczny sport. Gdy przechodzi się przez ulicę, więcej może się zdarzyć. Ale pamiętam swój jeden skok, kiedy spadochron mi się nie otworzył. To było nad Elblągiem, leciałem z wysokości 1800 metrów. W połowie nie chciała mi się otworzyć czasza główna. Ale w takich sytuacjach człowiek jest jak automat. Wypiąłem czaszę główną i otworzyłem spadochron zapasowy. Nie myślałem, co się mogło stać. Dopiero, gdy wylądowałem, nadszedł czas na analizy.
Nogi z betonu
Skoczkowie — mimo iż odważni — mają czasami moment załamania.
— Miałem tak przy 27 skoku — opowiada elektryk. — Nogi zrobiły mi się jak z betonu, że aż do samolotu nie mogłem wsiąść. Ale przezwyciężyłem siebie. To potwierdza, że spadochroniarstwo to piękna szkoła życia!
— A dlaczego skoczka łapie strach? Nie można tego wytłumaczyć — potwierdza Sylwester Sieńkowski. — Tak się po prostu dzieje. I to nie jest trzynasty skok — że niby pechowy. Może być pięćdziesiąty. Zmęczenie materiału? Też nie.
— Ale ten jedyny raz skoczkowi nie straszny — stwierdza Franciszek. — Bo przecież spadochrony to najpiękniejsze motyle na niebie.
I właśnie przez tych facetów zachciało mi się wypaść ze sprawnego samolotu... I skoczyłam z czterech kilometrów!
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
— Wszystko przez żonę! — opowiada Franciszek Kiapśnia, elektryk. — Byliśmy na imprezie: wszyscy od nas młodsi, my najstarsi. Panie zaczęły rozmawiać, że „mojego Ziutka łamie w krzyżu, a mój Józuś taki siwy”. Moja żona wypaliła wtedy, że Franuś chce na spadochronie skakać. Kobiety złapały się za głowę, że to niebezpieczne. Temat więc z mężczyzn zszedł i przeniósł się na skakanie. I ja się wtedy tak napaliłem na spadochrony, że głowa mała! Pojechałem niby na majówkę do Kętrzyna, ale tak naprawdę, aby zrobić badania. Wtedy też pierwszy raz wsiadłem do samolotu. Potem trafiłem pod skrzydła fachowca, który zmienił moje życie.
— Skoki dziś to mój zawód — potwierdza Sylwester Sieńkowski, instruktor spadochronowy. — Skoczyłem już ponad tysiąc razy. A miało być zupełnie inaczej. Miałem latać, ale samolotami. Poszedłem do liceum lotniczego, ale tam spisano mnie na straty. Zacząłem więc skakać w Olsztynie i tak się wciągnąłem, że nie wiem, co innego dziś mógłbym robić. Tej adrenaliny, jaka wytwarza się podczas spadania z prędkością 200 km/h, nie da się niczym zastąpić.
Policzki za uszami
Skoki spadochronowe są jak nałóg. Albo łapie się bakcyla za pierwszym razem, albo nie. To krótka piłka.
— Człowiek leci w górę i puka się w głowę: po co? Żeby skakać ze sprawnego samolotu? — opowiada Franek. — Podczas skoku mózg wszystkiego nie rejestruje. Wszystko się widzi, czuje, ale momentu oderwania od samolotu się nie pamięta. To taka przerwa w życiorysie. Ale ciągnie do chmur. Ciągnie chęć poznania czegoś nowego. Ciągnie kilka minut latania — spadochron jest niczym szybowiec bez kabiny. Skoczek robi ósemki, kółka. Leci z taka prędkością, że policzki prawie zachodzą za uszy. A widoki? Zapierają dech w piersiach. Dlatego uwielbiam fruwać jak ptak. Tylko na wysokości można poczuć, jak pachnie powietrze — czuć zapach kwiatów i roślinności. Na ziemi nigdy się tego nie wyczuje. Dzięki skokom stałem się zupełnie innym człowiekiem. Mam inne podejście do życia, stare problemy przestały grać pierwsze skrzypce. Stałem się łagodny, bo spadochroniarstwo zmienia charakter. To fakt. A w dodatku to bezpieczny sport. Gdy przechodzi się przez ulicę, więcej może się zdarzyć. Ale pamiętam swój jeden skok, kiedy spadochron mi się nie otworzył. To było nad Elblągiem, leciałem z wysokości 1800 metrów. W połowie nie chciała mi się otworzyć czasza główna. Ale w takich sytuacjach człowiek jest jak automat. Wypiąłem czaszę główną i otworzyłem spadochron zapasowy. Nie myślałem, co się mogło stać. Dopiero, gdy wylądowałem, nadszedł czas na analizy.
Nogi z betonu
Skoczkowie — mimo iż odważni — mają czasami moment załamania.
— Miałem tak przy 27 skoku — opowiada elektryk. — Nogi zrobiły mi się jak z betonu, że aż do samolotu nie mogłem wsiąść. Ale przezwyciężyłem siebie. To potwierdza, że spadochroniarstwo to piękna szkoła życia!
— A dlaczego skoczka łapie strach? Nie można tego wytłumaczyć — potwierdza Sylwester Sieńkowski. — Tak się po prostu dzieje. I to nie jest trzynasty skok — że niby pechowy. Może być pięćdziesiąty. Zmęczenie materiału? Też nie.
— Ale ten jedyny raz skoczkowi nie straszny — stwierdza Franciszek. — Bo przecież spadochrony to najpiękniejsze motyle na niebie.
I właśnie przez tych facetów zachciało mi się wypaść ze sprawnego samolotu... I skoczyłam z czterech kilometrów!
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
piątek, 13 maja 2011
Kamiński: Biegun pod własnym dachem
— Rodzina jest teraz najważniejsza. Chciałbym, aby moją najdłuższą podróżą była właśnie podróż wokół domu — przyznaje Marek Kamiński, polarnik.
Ach, jak ja uwielbiam tego faceta! Nie tylko za wyczyny, ale przede wszystkim za mądrość. Widać, że w samotności człowiek uczy się życia. Widać, że Marek Kamiński czerpie też ze świata to, co najlepsze. I pewnie dlatego książka "Dotykanie świata" jest jedną z moich ukochanych. Trzeba ją przeczytać. Ale najpierw — jako aperitif — ten wywiad.
Słodzi pan herbatę?
— Nie, nie słodzę, piję gorzką.
A ja myślałam, że cukier krzepi.
— Nie krzepi, nie potrzebuję krzepić się w taki sposób. Pobudzam się inaczej.
Kawa?
— Oj, kawy też nie pijam od dawien dawna. Moją siłą jest moja głowa, bo właśnie dzięki myśleniu człowiek idzie dalej i dochodzi do celu.
A co teraz jest pańskim celem, co jest niezdobytym jeszcze biegunem?
— Rodzina. Mój cel to wychowanie dzieci na porządnych ludzi. Teraz to jest moja najważniejsza podróż. Nie muszę iść gdzie daleko na koniec świata. Nie muszę opowiadać o swoich wyprawach w mediach. Tak, dzięki nim byłem kimś dla świata, a nikim dla rodziny. Lepiej być nikim dla świata, a kimś dla rodziny. Chciałbym, aby moją najdłuższą podróżą była właśnie podróż wokół domu.
I najważniejszą?
— Na pewno. Jedną ważną mam już za sobą. Podróżowałem przez Polskę z moją córką Polą i było to niesamowite doświadczenie. Rozpoczęliśmy u źródeł Wisły, a zakończyliśmy w Gdańsku, z przystankami w drodze: w Kazimierzu, Krakowie, Warszawie i na Kaszubach.
A inne ważne podróże?
— Ważna jest na pewno moja wyprawa na biegun. To było moje przeznaczenie, a nie przypadek, bo w życiu nie ma przypadków. Jak dzisiaj na to patrzę, widzę, że wszystko, co robiłem przedtem, to były przygotowania do wyprawy na bieguny. Czasami mam takie odczucie, że już swoje życie w jakimś sensie przeżyłem, Czuję, że dokonało się jakieś spełnienie. Może dlatego, że zawsze myślałem, że aby dojść na Biegun Północny czy Południowy trzeba całego życia. Że jak wreszcie zdobędę biegun, będę miał na karku pięćdziesiątkę albo i więcej. A tu, wystarczył rok i rozdział zamknięty. Dzięki wyprawom jestem bardziej dojrzały, dużo się we mnie przełamało.
Co na przykład?
— Ważna dla mnie jest podróż z Jaśkiem Melą. Kiedy zaczynaliśmy ją realizować, było to niewątpliwie szalone. Jasiek jest osobą niepełnosprawną i — kto wie — może gdyby był w pełni sił, nie miałby motywacji, żeby podjąć taką próbę. Jasiek poszedł w tę trudną podróż na protezach, bo parę lat wcześniej stracił w wypadku prawą rękę i nogę. Musiałem wczuć się w jego sytuację. Dzięki temu umożliwienie podążania za marzeniami daje ogromną motywację do realizowania celów. A często motywacja jest dużo ważniejsza niż siła fizyczna.
Czego nauczył się pan od Jaśka?
— To niesamowicie pogodny człowiek, dla którego właściwie nie ma barier. One oczywiście są, ale można starać się je pokonywać. On to potrafi i robi to z wielką pogodą ducha. Nauczyłem się od niego właśnie tej siły. Pamiętam, jak zadawano mi pytania, dlaczego wybieramy się w taką trudną podróż, co będzie, jak coś się stanie Jaśkowi? Jego mama odpowiedziała na to trafnie: „Dla mnie trudniej jest patrzeć na syna i myśleć, że on nigdy nie wyjdzie z domu dalej niż na 100 metrów, niż wiedzieć, że o własnych siłach przeszedł setki kilometrów”.
A pamięta pan swoją pierwszą podróż?
— Miałem wtedy siedem lat i postanowiłem jeździć autostopem. Nie przemierzałem oczywiście wielkich odległości, ale miałem wielką radość z moich pierwszych prób poznawania świata. Pierwszą samodzielną i samotną podróż odbyłem pociągiem, gdy miałem osiem lat. Jechałem z Gdańska do Łodzi. Gdy byłem mały, uwielbiałem też bawić się śniegiem, jeździć na sankach i nartach — nie bez powodu ciągnęło mnie na bieguny. Nawet kilka razy zdarzyło mi się wpaść do przerębla. Gdy miałem kilkanaście lat, popłynąłem do Maroka. To było pierwsze zetknięcie z zupełnie inną kulturą. Zachłysnąłem się tą różnorodnością świata i od tego czasu wyprawy stały się ważną częścią mojego życia.
Nie bez powodu mówi się, że podróże kształcą.
— Zawsze wracam z ekspedycji mądrzejszy. Kurt Vonnegut zapytał kiedyś swojego syna: „W czym tkwi sens życia?” Usłyszał: „Jesteśmy na świecie po to, aby sobie wzajemnie pomagać i pokonywać wszelkie możliwe przeszkody”. Pewnie nie zwróciłbym uwagi na to powiedzenie, bo ludzie mówią wiele mądrych rzeczy, ale tam daleko, na śnieżnych przestworzach zrozumiałem znaczenie tej odpowiedzi do końca.
Co pan jeszcze odczuwał „do końca” na końcu świata?
— Ogromne poczucie swobody. Tego się nie da nawet opisać słowami. Czujesz się człowiekiem w taki sposób, w jaki jest to możliwe tylko w miejscu, gdzie jest się naprawdę samemu.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Ach, jak ja uwielbiam tego faceta! Nie tylko za wyczyny, ale przede wszystkim za mądrość. Widać, że w samotności człowiek uczy się życia. Widać, że Marek Kamiński czerpie też ze świata to, co najlepsze. I pewnie dlatego książka "Dotykanie świata" jest jedną z moich ukochanych. Trzeba ją przeczytać. Ale najpierw — jako aperitif — ten wywiad.
Słodzi pan herbatę?
— Nie, nie słodzę, piję gorzką.
A ja myślałam, że cukier krzepi.
— Nie krzepi, nie potrzebuję krzepić się w taki sposób. Pobudzam się inaczej.
Kawa?
— Oj, kawy też nie pijam od dawien dawna. Moją siłą jest moja głowa, bo właśnie dzięki myśleniu człowiek idzie dalej i dochodzi do celu.
A co teraz jest pańskim celem, co jest niezdobytym jeszcze biegunem?
— Rodzina. Mój cel to wychowanie dzieci na porządnych ludzi. Teraz to jest moja najważniejsza podróż. Nie muszę iść gdzie daleko na koniec świata. Nie muszę opowiadać o swoich wyprawach w mediach. Tak, dzięki nim byłem kimś dla świata, a nikim dla rodziny. Lepiej być nikim dla świata, a kimś dla rodziny. Chciałbym, aby moją najdłuższą podróżą była właśnie podróż wokół domu.
I najważniejszą?
— Na pewno. Jedną ważną mam już za sobą. Podróżowałem przez Polskę z moją córką Polą i było to niesamowite doświadczenie. Rozpoczęliśmy u źródeł Wisły, a zakończyliśmy w Gdańsku, z przystankami w drodze: w Kazimierzu, Krakowie, Warszawie i na Kaszubach.
A inne ważne podróże?
— Ważna jest na pewno moja wyprawa na biegun. To było moje przeznaczenie, a nie przypadek, bo w życiu nie ma przypadków. Jak dzisiaj na to patrzę, widzę, że wszystko, co robiłem przedtem, to były przygotowania do wyprawy na bieguny. Czasami mam takie odczucie, że już swoje życie w jakimś sensie przeżyłem, Czuję, że dokonało się jakieś spełnienie. Może dlatego, że zawsze myślałem, że aby dojść na Biegun Północny czy Południowy trzeba całego życia. Że jak wreszcie zdobędę biegun, będę miał na karku pięćdziesiątkę albo i więcej. A tu, wystarczył rok i rozdział zamknięty. Dzięki wyprawom jestem bardziej dojrzały, dużo się we mnie przełamało.
Co na przykład?
— Ważna dla mnie jest podróż z Jaśkiem Melą. Kiedy zaczynaliśmy ją realizować, było to niewątpliwie szalone. Jasiek jest osobą niepełnosprawną i — kto wie — może gdyby był w pełni sił, nie miałby motywacji, żeby podjąć taką próbę. Jasiek poszedł w tę trudną podróż na protezach, bo parę lat wcześniej stracił w wypadku prawą rękę i nogę. Musiałem wczuć się w jego sytuację. Dzięki temu umożliwienie podążania za marzeniami daje ogromną motywację do realizowania celów. A często motywacja jest dużo ważniejsza niż siła fizyczna.
Czego nauczył się pan od Jaśka?
— To niesamowicie pogodny człowiek, dla którego właściwie nie ma barier. One oczywiście są, ale można starać się je pokonywać. On to potrafi i robi to z wielką pogodą ducha. Nauczyłem się od niego właśnie tej siły. Pamiętam, jak zadawano mi pytania, dlaczego wybieramy się w taką trudną podróż, co będzie, jak coś się stanie Jaśkowi? Jego mama odpowiedziała na to trafnie: „Dla mnie trudniej jest patrzeć na syna i myśleć, że on nigdy nie wyjdzie z domu dalej niż na 100 metrów, niż wiedzieć, że o własnych siłach przeszedł setki kilometrów”.
A pamięta pan swoją pierwszą podróż?
— Miałem wtedy siedem lat i postanowiłem jeździć autostopem. Nie przemierzałem oczywiście wielkich odległości, ale miałem wielką radość z moich pierwszych prób poznawania świata. Pierwszą samodzielną i samotną podróż odbyłem pociągiem, gdy miałem osiem lat. Jechałem z Gdańska do Łodzi. Gdy byłem mały, uwielbiałem też bawić się śniegiem, jeździć na sankach i nartach — nie bez powodu ciągnęło mnie na bieguny. Nawet kilka razy zdarzyło mi się wpaść do przerębla. Gdy miałem kilkanaście lat, popłynąłem do Maroka. To było pierwsze zetknięcie z zupełnie inną kulturą. Zachłysnąłem się tą różnorodnością świata i od tego czasu wyprawy stały się ważną częścią mojego życia.
Nie bez powodu mówi się, że podróże kształcą.
— Zawsze wracam z ekspedycji mądrzejszy. Kurt Vonnegut zapytał kiedyś swojego syna: „W czym tkwi sens życia?” Usłyszał: „Jesteśmy na świecie po to, aby sobie wzajemnie pomagać i pokonywać wszelkie możliwe przeszkody”. Pewnie nie zwróciłbym uwagi na to powiedzenie, bo ludzie mówią wiele mądrych rzeczy, ale tam daleko, na śnieżnych przestworzach zrozumiałem znaczenie tej odpowiedzi do końca.
Co pan jeszcze odczuwał „do końca” na końcu świata?
— Ogromne poczucie swobody. Tego się nie da nawet opisać słowami. Czujesz się człowiekiem w taki sposób, w jaki jest to możliwe tylko w miejscu, gdzie jest się naprawdę samemu.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















