piątek, 29 kwietnia 2011

Gaz do dechy w buggy!

Aż czuć piasek między zębami, gdy wciska się gaz do dechy. Taką zabawę zapewnia jazda buggy. Wskoczyłam więc do auta i poczułam się prawie jak na rajdzie Dakar!


Nie siadłam za kółko, ale na fotelu pasażera też można czuć adrenalinę. Ostre wchodzenie w zakręty, warkot silnika i piasek sypiący się spod kół robią swoje. Dla wielbicieli motoryzacji jak znalazł! Co ja zresztą będę gadać — obejrzyjcie filmik:



Co to jest buggy?
To typ lekkiego samochodu rekreacyjnego. Wyposażony jest w duże koła z grubymi oponami, wytrzymałe zawieszenie, otwarte nadwozie oraz odsłonięty silnik umieszczony najczęściej z tyłu autka. Buggy zostały zaprojektowane i na początku służyły do jazdy po wydmach na plażach i pustyniach. Miały zapewnić jak największą wygodę podczas jazdy. Buggy są bezpieczniejsze od quadów. Posiadają czteropunktowe pasy bezpieczeństwa, a nisko położony punkt ciężkości wpływa na stabilność.

niedziela, 24 kwietnia 2011

Przedszkolaki: Na święta rośnie brzuch

— Jajko się maluje, żeby zajączkowi i kurczaczkowi było weselej. Kolorowe jajko jest piękne — twierdzą przedszkolaki z olsztyńskiej „trzynastki”. I mają rację!


Co to jest jajko?
— To taki znak życia.
— To taka owalna kulka.
— Służy do jedzenia. Jak kiedyś ludzie byli biedni i głodowali, gotowali sobie jajka, które uratowały im życie.
— Dlatego to znak życia.
— A strusie jajka są ogromne!
— Są okrągłe inaczej.

Do czego służy jajko?
— Do święcenia w kościele.
— Mały Jezus się nimi bawił i żeby było mu weselej, ludzie malowali je na różne kolory.
— Dlatego jajko służy do malowania.
— Jajko zamienia się wtedy w pisankę.
— Można włożyć je do barwnika spożywczego, a potem wydrapać przeróżne znaki i figurki.
— Albo można zamoczyć je w wosku i potem też wyskrobać różne rzeczy.
— Jajko się maluje, żeby zajączkowi było weselej.
— I kurczaczkowi też. Kolorowe jajko jest piękne.

Jak smakuje jajko?
— Smakuje żółtkiem.
— A jak mi się jajko przegotuje i zrobi się w środku twarde, smakuje jak śmietana. Żółtko trochę ma inny smak, ale ogólnie jest jak śmietana.
— A mi białkiem smakuje cały czas.
— A mi smakuje w ogóle.
— Jajko głodującym ludziom kiedyś życie uratowało!
— Nieważne, jaki miało smak. Ratowało i już!
— Jak się je jajko, trzeba uważać, bo żółtko może wylecieć.
— Jest taka zabawa podczas Wielkanocy, że się bijemy jajkami i wtedy jedno jajko może się zbić i żółtko z niego wyskoczy.
— Żeby nie wyskoczyło, jajko trzeba tak bardzo, bardzo, bardzo mocno ugotować.

Skąd się wzięło jajko?
— Zniosła je kura.
— Z tego jajka wykluła się kolejna kura i tak w kółko się robi, że kurze wychodzi jajko. Każdej kurze!

Skoro każda kura znosi jajko, więc skąd się wzięło pierwsze jajko?
— No właśnie, skąd?
— Pan Bóg je stworzył. Pomyślał, że jajko jest potrzebne na świecie.
— I kura jest potrzebna, żeby potem w kółko powtarzało się to jajko.
— A może ktoś zasadził je w ziemi i potem wyrosło?
— Kosmici je zrzucili.
— Że niby z kosmosu spadło? Przecież żółtko by wyskoczyło podczas upadku.
— No, z takiej wysokości na sto procent by wyskoczyło...
— Na pewno żaden człowiek jajka nie stworzył.
— Stworzył je Bóg, aby ludzie nie głodowali i ratowali sobie życie.
— Stworzył, żeby było na Wielkanoc.

A dlaczego jajka są tak ważne podczas Wielkanocy?
— Bo wiosną budzi się nowe życie. Z jajka właśnie też się budzi.
— Wszystko wiosną się zaczyna.
— Bo Jezus wstał z trumny.
— Jak się zaczyna wiosna, z ziemi wychodzą przebiśniegi.
— Wtedy jest przedwiośnie jak wychodzą!
— Owady się budzą do życia — na przykład pająki i inne różne zwierzęta. Niedźwiedzie się budzą, bobry i bazie wyrastają.
— Pączki na drzewach rosną!

A czy te pączki są takie same, jak te w cukierni?
— Nie, bo od tych z cukierni rośnie brzuch!
— A jak połknąłbym pestkę, to w brzuchu wyrośnie mi kwiat?
— A mi zawsze w święta rośnie brzuch!
— A mi kwiat na stole.

piątek, 15 kwietnia 2011

Nabici w butelkę, czyli co producent pisze małym drukiem

Widziały gały, co brały — tak producenci powinni pisać na opakowaniach. I to wielkimi literami! Bo przecież małych nikt nie czyta. A szkoda, bo okazuje się, że preparatu do czyszczenia felg nie wolno używać do… felg.

Wydawałoby się, że można wierzyć temu, co napisane na etykiecie. Ale ludziom nie wierzę, więc dlaczego mam wierzyć produktom opakowanym w kolorowe kartoniki i folijki? Prym w oszustwach wiodą sery, masła i wędliny. Wystarczy przeczytać skład, aby włosy stanęły dęba. Ale nie o tym chcę pisać, bo tysiące ludzi podejmowało już ten temat. Chcę natomiast nakablować na firmę, która produkuje preparat do czyszczenia felg. Wbrew pozorom do wędlin i serów wcale nie jest mu daleko.

Człowiek zaganiany weźmie wszystko, co ma właściwy napis na etykiecie. A potem? Widziały gały, co brały?

Na przedzie opakowania widać jak byk, że ten preparat służy do czyszczenia felg.


Druga strona mija się już z prawdą. Jak wół jest napisane: UWAGA! NIE UŻYWAĆ DO FELG I ELEMENTÓW CHROMOWANYCH!


W takim razie do czego stosować ten preparat? Do mycia zębów?

piątek, 8 kwietnia 2011

Panie, panowie — szukam dźwięków wiosny!

Przyszła z impetem w głąb? Nie. Przyszła i daje w kość. Wiosna w tym roku zimna i wietrzna. Dlatego trzeba ją rozgrzać dobrą i pocieszną muzyką.

Nie lubię avocado, ale pasta z chlebem razowym w tym zestawieniu wyjątkowo mi smakuje. Aż mam ochotę spróbować! A poza tym avocado ma kolor wiosny.



Ten kawałek nie łączy się za bardzo z pierwszym. Z wiosną też niewiele ma wspólnego — no, chyba że wiosną się zakochujemy, romansujemy i poddajemy wszystkim błogim stanom. Dlatego też ten rytm powinien być hymnem wszystkich pantoflarzy. Bo przecież punkt widzenia zależy od punktu siedzenia!

piątek, 1 kwietnia 2011

Kulej: Chciałem chłopakowi dokopać

— Gdyby nie odpowiedni ludzie, którzy pozwolili mi dorosnąć, byłbym zupełnie innym człowiekiem — przyznaje Jerzy Kulej, bokser. — A ci, co nie wyrośli, zostali albo gangsterami, albo skończyli na stryczku.


To sobie facet poboksował... Jerzy Kulej jest dwukrotnym mistrzem olimpijskim (Tokio 1964 r., Meksyk 1968 r.), trzykrotnym medalistą Mistrzostw Europy, 8-krotnym mistrzem Polski. Wymieniać dalej?

Dotyk... Ma dla pana szczególne znaczenie?
— O dotyku można wiele mówić, bo dotyk nie jest równy dotykowi. Jestem zwolennikiem dotyku pozytywnego — przyjemnego i delikatnego. Pani pytanie brzmi dwuznacznie... Na pewno chce pani rozmawiać o boksie?

O mocnym dotyku...
— Dotyk to przenośnia do wielu tematów rozmów.

Ale też powrót do przeszłości. Gdyby nie Henio, chwyciłby pan za rękawicę?
— Henio był niegrzecznym chłopcem. W ogóle wtedy panowała dramatyczna sytuacja, bo młodzież była doświadczona wojną, co odbijało się na relacjach. Konsekwencją były zderzenia brutalności z brakiem dojrzałości. Każde dziecko wojny bardzo to przeżywało — ja również. Ale Henio brutalny był nad wyraz. Nie tyle był buntownikiem do innych chłopców, ile obłapywał dziewczyny w szatni. To też jest mocny dotyk, prawda? Dziewczynom się to nie podobało i mam nadzieje, że później nie miały kompleksów z powodu tego brutalnego dotyku. Mówi się, że zły dotyk boli całe życie... Chciałem więc chłopakowi dokopać. Za te dziewczyny, za to, że eliminował mnie ze szkolnego boiska i nie pozwalał grać w piłkę. Rozwaliłem mu więc nos w przerwie na drugie śniadanie. I właściwie to on ukierunkował mnie na boks. Wiem, że zostałbym sportowcem, ale czy bokserem? Próbowałem w życiu kilku dyscyplin — pływałem, nurkowałem i nawet wziąłem się za łyżwiarstwo szybkie. Ale w końcu zostałem bokserem.

Czyli może pan Heniowi podziękować.
— Żadna inna dyscyplina nie potrafiła sprostać moim ówczesnym problemom. Dopiero pięści. Jeśli Henio gdzieś jeszcze żyje: dziękuję ci! Może być dumny z tego, że spowodował moje zainteresowanie boksem.

A potem stoczył pan 348 walk — 317 wygranych, sześć zremisowanych i tylko 25 przegranych.
— No tak to wygląda. Jestem dumny ze wszystkiego, co udało mi się osiągnąć.

I nie było większych porażek?
— A kto powiedział, że nie było? Jestem normalnym człowiekiem i mam upadki jak każdy. Jednak to nie one pozwoliły docenić mój sukces. Każdą wygraną smakowałem w momencie jej trwania i doświadczania. Cieszyłem się każdą zwycięską walką i czerpałem z niej jak najwięcej. A kiedy przychodziły gorsze dni, wyciągałem wnioski. W takich momentach myśli się, czy sukces był właściwie odebrany i dobrze wykorzystany. Można tu nawet mówić o filozoficznych rozważaniach. Ale znam też sukcesy, które zabijają — nie tylko metaforycznie, ale też fizycznie. Taki dotyk sukcesu boli najbardziej. Ale dotyk porażki też odczuwa się przez wiele lat.

Mówi pan o swoich wizytach w więzieniu?
— Więźniowie mają potrzebę spotkań. Przyjmuję każde zaproszenie — między innymi byłem w zakładzie w Barczewie na Warmii. Staram się dawać im dobry przykład i pokazywać, że można żyć inaczej. Że ten dotyk pięści nie zawsze musi prowadzić do złego. Odczuwam wielką satysfakcję z tych „widzeń”, bo wielu więźniów spotykam później na wolności. Mówią mi, że jakoś na nich pozytywnie wpłynąłem. Bo wie pani, ja nie idę do nich, aby się pokazać i chwalić. Nie opowiadam im historii z książek, ale własne przeżycia, bo też — jak oni — ocierałem się kiedyś o pewne niebezpieczeństwa. Oni to czują.

Historia z Heniem dowodzi, że ciągnęło pana do bicia.
— Pyta mnie pani, czy szalałem? A czy to coś złego? Szaleństwa młodości można różnie interpretować. Młodość ma swoje prawa — nie wszystko, co się robi, jest zgodne z dobrym wychowaniem. Młodość jest jak szampan — musi się wymusować. A pani nie szalała? Jestem pewien, że kiedyś coś pani zrobiła, co być może pani nie wypadało. Ale bywa, że z tych szaleństw się nie wyrasta. Ci, co nie wyrośli, zostali albo gangsterami, albo skończyli gdzieś na stryczku. Błądzić jest rzeczą ludzką.

Ale trzeba uczyć się na własnych błędach.
— Otóż to. Jak raz z Heniem wygrałem, to już biłem go przy każdej okazji. Nie miałem dla niego litości. Nawet za to bicie miałem areszt domowy! Ale to nic nie dało. W efekcie rodzice zabrali Henia ze szkoły, już go więcej nie widziałem i nie biłem. Na szczęście potem spotkałem ludzi, którzy bardzo mi pomogli. Wychowałem się bez ojca, więc mój pierwszy trener Wiktor Szyiński był dla mnie niezwykle ważnym człowiekiem w życiu. Cóż tu dużo mówić, był mi jak ojciec. A potem pałeczkę — nie tylko szkoleniową, ale też wychowawczą — przejął po nim Feliks Stamm. Wie pani, że on ciągle w moim życiu jest obecny? Już od wielu lat nie żyje, ale ja cały czas czuję, że jest mi bliski. To dzięki niemu zacząłem zdobywać medale, miałem zdrowe sportowe zacięcie i chciałem iść do przodu. Miałem szczęście, prawda? Gdyby nie odpowiedni ludzie, którzy stanęli na mojej drodze, byłbym zupełnie innym człowiekiem. Nie rozmawialibyśmy o dotyku, jakim jest boks. Może o innym, ale na szczęście nie ma powodu.


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

piątek, 25 marca 2011

Stawka większa niż życie


Pielęgniarki wyszły na barykady i walczą o normalne warunki pracy. Nic wskórać nie mogą, a rząd twardy jak ściana, a głową muru nie przebijesz. Może ktoś ma inny pomysł na walkę sióstr z mężczyznami?


Pielęgniarki są ze stali. Są też jak człowiek z żelaza, z marmuru, z krwi i kości. Walczą o swoje prawa, bo mają do tego święte prawo. Ale co tam! Rząd wykombinował, że wszystkie siostry zrezygnują z etatów i będą zapierniczały na kontraktach. Nie tylko te, które chcą, ale wszystkie. Pielęgniarkom to nie w smak — nie chcą pracować ponad siły i bać się nawet myśli: a co będzie, gdy zachorujemy? Praca na kontakcie pozbawia ich jakichkolwiek przywilejów. Ani ciąża, ani choroba, ani urlop nie wchodzą w grę. Albo laba, albo kasa!

Siostry tupnęły ostro nogą: nie zgadzamy się! Chcemy pracować jak człowiek! Jak człowiek z żelaza, z marmuru, z krwi i kości! Nie chcemy się zaharowywać na śmierć tylko dlatego, aby utrzymać nasze dzieci. Chcemy, żeby pociechy miały w domu matki, a nie białą śmierć!

Do rządu te argumenty nie trafiają. Pielęgniarki opanowały gmach sejmu, postanowiły głodować, a koniec protestu „jest uzależniony od mądrości osób rządzących w kraju”.

Ale gdzie ta mądrość? Mam więc pomysł, aby właśnie za mądrość płacić, a nie lewe pomysły. Może wszyscy przejdziemy na kontakty? Proponuję zacząć od góry, czyli od władzy. Zarobki powinny być uzależnione od natężenia pracy, obecności w sejmie — ale nie w budynku, tylko podczas posiedzeń i udzielania głosu na mównicy. Im poseł będzie mówił mądrzej, tym dostanie wyższą stawkę.

To samo powinno tyczyć się senatorów i wszystkich, którzy biorą Polskę w swoje ręce. Prezydent, pani prezydentowa, Biuro Ochrony Rządu i wartownicy przy grobie nieznanego żołnierza też.

Potem niech kontrakty przejdą na sądy, policję, straż pożarną, nauczycieli, służby sprzątające miasto i babcie klozetowe. Dziennikarze też niech wejdą w te szeregi — mimo wierszówek, które zależą przecież od wypisanych liter.

Pielęgniarki wtedy nie będą miały nic do gadania — będą musiały poddać się większości. Dołączą do kolegów lekarzy, który przeskakują z dyżuru na dyżur, aby spłacić kredyt zaciągnięty na dom.

Kominiarze też mogliby pracować na kontraktach. Im więcej kominów zaliczą, tym więcej wpadnie do kieszeni.

Nawet księża niech pozakładają własne działalności gospodarze. Może w ten sposób rozliczą z grzechów fiskusa?

Dzięki takiej mądrości Polska będzie państwem ludzi z żelaza, marmuru, z krwi i kości. Spełnią się wszystkie obiecane cuda, Polska będzie styrana do granic możliwości, nie będzie opływała miodem, ale spływała potem, a od myślenia co niektórym pęknie głowa. Na przykład taki jeden pan na kontrakcie — premierem dziś zwany — obudzi się pewnego ranka z migreną i wykrzyknie: siostro, pomocy!

Przyjdą wtedy wszystkie.

piątek, 18 marca 2011

Wygraj tsunami w konkursie, czyli Ambi Pur wysyła do Japonii

Grunt to trafić w odpowiedni moment. Ambi Pur wystartowało z konkursem „odkrywaj świat dzięki zapachom”. Do wygrania wycieczka do Japonii... gdzie właśnie trwa sprzątanie po wielkim trzęsieniu ziemi i walka z uszkodzoną elektrownią atomową. Gotowy do drogi?


Włosy stają dęba — najpierw oglądam wiadomości na temat tragedii u wybrzeży Honsiu, a zaraz potem spot reklamowy: „odkrywaj świat dzięki zapachom Ambi Pur i wygraj wycieczkę do Japonii”. Zielonej, spokojnej, pełnej radości i zapachu orientu. Ach, to wyczucie chwili! Dziś Japonia nie wygląda jak na reklamie. Dziś Japonia wygląda tak:


Konkurs Ambi Pur ruszył grubo przed tragedią, bo 14 lutego, a trzęsienie ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera nawiedziło Japonię 11 marca. Najsilniejszy wstrząs był poprzedzony serią mniejszych o maksymalnej sile dochodzącej do 7,2 już 9 marca. Trzęsienie ziemi w Japonii, zdaniem naukowców z Narodowego Instytutu Geofizyki i Wulkanologii, przesunęło oś Ziemi o co najmniej 10 cm. Natomiast NASA twierdzi, że skrócił się także dzień o 1,6 mikrosekundy. Trzęsienie ziemi przesunęło też Honsiu o 2,4 m, a płyty tektoniczne obniżyły się o ponad 18 metrów. Przy takich rewelacjach o Ambi Pur można zapomnieć!

Następstwem trzęsienia ziemi była potężna, ponad 10-metrowa fala tsunami, która uderzyła w wybrzeże Japonii, zalewając miasta i osiedla regionu Tōhoku.


W całym kraju na skutek wstrząsów doszło też do automatycznego wyłączenia co najmniej czterech spośród 54 wszystkich japońskich reaktorów jądrowych z 22 elektrowni atomowych. W Fukushimie doszło do serii wypadków jądrowych, które doprowadziły do ogłoszenia alarmu atomowego i ewakuacji ludności z rejonu obiektu.


Czy ktoś ma ochotę na taką wycieczkę?

To nie pierwsza wpadka z półki „marketingowe wyczucie”. W kwietniu 2010 roku głośno było o billboardzie „Spragniony wrażeń? Zimny Lech”, który pojawił się naprzeciwko Wawelu, gdzie pochowano prezydenta Lecha Kaczyńskiego. I sprawa pewnie by przycichła, gdyby nie kolejna reklama w tym miejscu z hasłem „Ożyj i zwyciężaj”. Ale ten slogan jest uniwersalny i świetnie nadawałby się też na japońską walkę z żywiołem.

Kampania Ambi Pur — pewnie dawno już opłacona — tętni życiem w mediach. 17 marca, kiedy widziałam ją w telewizji po wiadomościach, na pewno tętniła... I miała zupełnie inny wydźwięk niż planowano. Ale taki bieg wydarzeń ma też swoje plusy. Dzięki temu można wybić się ponad inne firmy. Bo proponowana podróż do Japonii zwraca uwagę, a przy okazji wyzwala wiele ciętych komentarzy. Teraz Ambi Pur rządzi się prawem: „ma nie ważne jak, byleby mówili”. Jednak czy chciałabym, aby kojarzono mnie z tragedią w Japonii? Żeby mój „zapach świata” kojarzył się z zapachem ruin i śmierci? Na szczęście ja za tę kampanię nie odpowiadam. Gdybym odpowiadała, natychmiast zdjęłabym ją z anteny.

piątek, 11 marca 2011

Bon ton pana Adama

Z kim się zadajesz, takim się stajesz? To powiedzenia nijak się ma do rzeczywistości. Bo im bliżej gwiazdy, tym większe gwiazdorzenie. I rażenie większym światłem niż celebryta, a nawet rażenie piorunem! Tak menadżerowie łatają swoje kompleksy...


Gwiazdorstwo odbija, a najbardziej na tę chorobę zapadają wschodzące gwiazdki. Im mniej potrafią, tym więcej się pompują, nadymają i wymądrzają — mimo iż mają niewiele do powiedzenia. Legendy, czyli starzy wyjadacze, mają wszystko w nosie, bo i mają wiele w kieszeni. Z nimi właściwie można konie kraść. Rozmowa z gwiazdą pełną gębą to wielka przyjemność — zero szpanu, zero żelu. Nie ma tematów tabu, nie ma głupich pytań, bo nie ma też głupich odpowiedzi. Ale są menadżerowie, który służą za pilot do otwierania bramy. Albo umówią na rozmowę, albo odprawią cię z kwitkiem. I tu brylują!

Dziennikarz — jeśli nie ma w swoim kajeciku bezpośredniego kontaktu do gwiazdy — dzwoni najpierw do menadżera. Jasna sprawa — to on odpowiada za kontakty gwiazdy z prasą. I to on wpływa na jej wizerunek. Jeśli trafi się menadżer-przyjaciel — połowa sukcesu. Gorzej, gdy taki pomagier nosi się wyżej niż jego pracodawca i dyktuje warunki. Myśli, że współpraca z celebrytą wynosi go ponad poziomy. Czuje się panem i władcą, Neronem, Cezarem i Napoleonem w jednej osobie. Wiem, bo na kilku takich gagatków natrafiłam. Ale moim ulubieńcem jest pan Adam, który steruje czasem pana Grzegorza, wokalisty legendarnej grupy na P.

Moja ulubiona wymiana zdań ma miejsce tuż przed Dniem Dziadka. Mam pogadać z najbardziej rock'n'rollowym dziadkiem w Polsce, więc walę jak w dym do Adama, pilota do grzegorzowej bramy. I oczy wychodzą mi z orbit, kiedy dostaję odpowiedź:

Zwracam uwagę, że Grzegorz jest także synem, mężem, ojcem i kochankiem, który dał początek nowemu życiu. To może też tematy do wywiadu? A może coś na temat wypróżniania, gdyż je i trawi?

Akurat ta sfera życia Grzegorza mnie nie interesuje. Ale, ale... czyżby Grzegorz wstydził się, że jest dziadkiem? A może pan Adam cierpi na kompleks wieku? Cierpi, nie cierpi — śmiertelnie się na mnie obraził za ten Dzień Dziadka i zarzucił szlaban na wszelakie kontakty. Ale i wystawił sobie fantastyczną laurkę. A Grzegorz? To fajny facet. Wiem, bo kiedyś z nim rozmawiałam. I na pewno nie chciałby rozmawiać o swoich gastrycznych przygodach. Chociaż, może coś więcej powiedziałby o swoim niestrawnym pomagierze?

Internet tak zaś mówi o panu Adamie:

Adam jest facetem, który ma duże poczucie humoru i bardzo lubi się bawić. Dusza towarzystwa.
Kobiety lubi traktować z fasonem, w starym stylu. Jest bardzo szarmancki, daje kwiaty. Jest bardzo gościnny.
Zdecydowanie woli dawać niż brać.
(Jak łyse konie)

Oj, panie Adamie, nie dorasta pan Grzegorzowi do pięt. Żadne obrazy, szlabany i dąsy nie zrobią z pana gwiazdy. Nawet te wspomniane kwiaty dla kobiet. Obsypuje je pan zupełnie innymi kwiatkami... Ale zaśpiewam panu piosenkę, może się panu milej zrobi:

„Nie płacz, Adam, bo tu miejsca brak
Na twe męskie łzy.
Po ulicy miłość hula wiatr
Wśród rozbitych szyb.
Hej, prorocy moi z gniewnych lat
Obrastacie w tłuszcz!
Już was w swoje szpony dopadł szmal,
Zdrada płynie z ust...”

Przeczytaj:
Markowski: Wiek to przekleństwo

wtorek, 8 marca 2011

Czy ktoś widział cukier?

Słodkiego miłego życia? Chyba nastały nam gorzkie czasy, bo cukier znika ze sklepowych półek. Im mniej go w sklepach, tym większą mamy na niego ochotę. Zakazany owoc?


Cukier drożeje i rośnie też apetyt na niego. A teraz niby wszystkiego mamy pod dostatkiem. Tylko dlaczego dzisiejsze czasy przypominają mi te sprzed lat? Wszystkim ma być po równo — sklepy wprowadzają ograniczenia zakupowe. Bo ludzie z obawy przed suszą cukrową rzucają się jak hieny — wynoszą ze sklepów ile mogą. Szlaban! Nie kupisz więc już worka cukru... Nawet jeśli masz pieniądze. Chociaż — te pieniądze też topnieją jak cukier w herbacie, bo ceny słodkiego rosną, oj rosną.

I wzrost, i pustki na półkach skomentuję krótko. O tak:

sobota, 26 lutego 2011

Farben Lehre: Albo muzyka, albo fabryka

— Jeden lubi blondynki, inny brunetki, a ja akurat lubię Kubusia Puchatka — przyznaje Wojtek Wojda, frontmanem Farben Lehre.


Gdyby zapytać przypadkowych ludzi, z czym kojarzy im się punk, pewnie odpowiedzieliby, że z żulerią, tanim winem, spodniami w paski, tłustymi włosami i żebrami na ulicy. Ale punk punkowi nie równy. Farben Lehre to faceci, którzy grają muzykę, tęsknią za wolnością i nie cierpią stereotypów.

Podobno powstaliście z zamiłowania do Sex Pistols i Kubusia Puchatka – rajcuje mnie miś... Co ma wspólnego z punkiem?
— Nic nie ma i to nie prawda, że powstaliśmy z zamiłowania Puchatkiem. Ja jestem wielbicielem Kubusia Puchatka, ale nie miał on wpływu na zespół. Każdy coś lubi — jeden lubi blondynki, inny brunetki, a ja akurat Kubusia Puchatka, ale tego starszego — nie takiego jak wszyscy znają. Tak po prostu lubię i już. A Sex Pistols to był najważniejszy element muzyczny w okresie, gdy Farben Lehre powstawało.

A podobno twoja ulubiona kreskówka to „Wilk i zając” — wschodnia alternatywa dla miodolubnego misia?
— Też lubię. I Kubusia Puchatka, i wilka i zająca. Każdy ma jakieś ulubione kreskówki.

Miś misiem... Twój ulubiony film polski to „Miś” właśnie!
— Tak, bardzo lubię „Misia”, bo jakoś tak misie się przejawiają u mnie. A ten film to świetna komedia.

Farben Lehre ma sporo lat na karku, więc gra dla dwóch pokoleń. Dla młodych, dla misiów... Widzicie dziś jakieś inne podejście w odbiorze muzyki?
— Ja bym powiedział, że gramy dla pięciu pokoleń, bo dla mnie pokolenia zmieniają się właśnie co pięć lat. Człowiek zaczyna słuchać muzyki według starej nomenklatury po podstawówce. Jego gust krystalizuje się do początku studiów i dlatego te pokolenia zmieniają się częściej. A zdarza się tak — owszem — że gramy dla córek i synów tych, dla których graliśmy kiedyś. Jednak to nie człowiek się zmienia, ale czasy. Kiedyś zalewała nas cenzura i system komunistyczny. Mieliśmy wtedy trudniejszy dostęp do wszystkiego — nie tylko do muzyki, ale i do instrumentów nawet. Grało się więc inaczej. A dzisiejsze czasy też wpływają na mentalność. Teraz oglądamy się za Ameryką, a kiedyś dzieliła nas od niej żelazna kurtyna. Byliśmy krajem ubezwłasnowolnionym.

A jak ci się dzisiaj żyje?
— Myślę, że historia zatoczyła koło. Kiedyś były podsłuchy, układy i teraz też są. Wystarczy włączyć telewizor i posłuchać. Kiedyś bałem się podsłuchów i dziś nie jest inaczej. Osoby, które kiedyś mówiły coś przeciw, były zaliczane do komitetu ochrony przestępców. I ja też zaliczam się do tego komitetu! Zespół Farben Lehre wydając pierwszą swoją płytę, nazwał ją „Bez pokory” i tego trzymamy się do tej pory. Nie ma dla nas żadnych kompromisów.

Śpiewasz, że wszystko przemija. Co już nie powróci z Farben Lehre sprzed lat?
— Myślę, że Farben Lehre nie zmienia się. Mogę to powiedzieć ze swojej perspektywy, bo jestem w zespole od samego początku. Jeśli już chodzi o jakieś zmiany, to jestem bardziej doświadczony, a fizycznie starszy. I tylko tyle.

Żyjecie tylko z muzyki, czy zajmujecie się czymś poza nią?
— Żeby robić muzykę i sztukę , trzeba się jej poświęcić na całego. Powiedziałem kiedyś, że albo muzyka, albo fabryka. Nie można robić muzyki, gdy traci się siły i energię w fabryce. Ale tak jest też na odwrót — nie można pracować dobrze w fabryce, gdy coś innego zajmuje człowieka. Ale to tylko teoria. Wiadomo, że rzeczywistość jest inna, więc większość z nas gdzieś pracuje i dorabia sobie.

Nieźle – muzyk Fabren Lehre w biurze.
— Akurat w biurze pracuje tylko jeden z nas!

Czyli nie lubisz krabatów. Jaka przydarzyła ci się najdziwniejsza głupota w życiu?
— Trudno o jakiejś mówić, bo głupota mnie otacza i nic już mnie nie dziwi. Panuje więc ogólna głupota! Jestem zażenowany dzisiejszą rzeczywistością. Z pewnością nie jestem zachwycony, że żyję w takich czasach. A dzisiejsze czasy to... paradoks.