— Lot w kosmos był jak wygrana w totka — przyrównuje Mirosław Hermaszewski, pierwszy i jedyny Polak, który odbył lot w kosmos.
Nam dane tylko patrzenie w gwiazdy, gdy bezchmurne niebo... A Mirosław Hermaszewski mógł te gwiazdy prawie dotknąć. Jako jedyny Polak odbył podróż w kosmos. Było to lata temu, ale w jego oczach ta niewyobrażalna przez nas rzeczywistość jest wciąż piękna. Bo nie odbiła mu ani woda sodowa, ani palma, a stał się przecież bohaterem narodowym zanim wybrano Polaka papieżem.
Kręciło się panu w głowie w kosmosie?
— Czy kręciło? Ja tam przeżywałem pewien rodzaj choroby morskiej. W stanie nieważkości błędnik nie rozumie, w jakiej sytuacji się znajduje. Przez pierwsze dni musiałem przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Wykonywałem powolne ruchy głową, żeby właśnie tego kręcenia czuć jak najmniej. Kiedy już się przyzwyczaiłem, było mi absolutnie fajnie.
Wszystkie grubasy czułyby się świetnie w kosmosie!
— Gdyby tak było, grubasy latałyby w kosmos! (śmiech) Ale rzeczywiście, w kosmosie nie odczuwa się ciężkości ciała. Pewną namiastką tego jest pływanie w wodzie o dużym zasoleniu, kiedy wypór jest duży i nie czuje się tej naszej codziennej wagi.
Woda w kosmosie jest na wagę złota. Odzyskiwał ją pan... z własnego potu.
— Nie tylko z potu, a nawet z wydychanego powietrza! Specjalne wentylatory przepuszczały powietrze przez system rurek chłodzących, na których osadzała się para wodna. To tak jakby chuchnąć na lustro... Woda ta spływała przez mikrootwory, potem była transportowana przez miniaturowe pompy do specjalnego zbiornika, gdzie była destylowana, czyli oczyszczana. A potem była wzbogacana solami mineralnymi i taką wodę piłem, przyrządzałem z niej herbatę i kawę.
A przy kawie najlepiej się czyta. Zabrał pan ze sobą pierwsze strony ulubionych książek...
— Podczas lotu nie było czasu na czytanie! A książki, jakie wziąłem, były pewną symboliką. Leciałem w określonym celu naukowym, ale wiedziałem, że będzie mi miło mieć te książki przy sobie. Nie były to może moje ulubione lektury, ale takie, które miałem w domu w zasięgu ręki. To było coś Josepha Conrada, „Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego i „Ziemia, planetę ludzi” Antoina de Saint-Exupérego, którego bardzo cenię. Ten tytuł był akurat bardzo na temat. Obserwując ziemię z rakiety, widzi się w każdej sekundzie inne widoki. Ale oprócz tego piękna, człowiek zaczyna zastanawiać się nad sobą, zaczyna filozofować. Widziałem Ziemię, nicość, gwiazdy i wtedy zadawałem sobie pytania: kim jest człowiek?
Wzruszył się pan wtedy?
— Człowiek jest małym pyłkiem we wszechświecie. Ale pyłkiem myślącym, który musi zmierzyć się ze skałą i ją pokonać. A czy się wzruszyłem? Były takie momenty. Zwłaszcza fakt, że tam jestem i że wszyscy na dole o tym wiedzą... Miałem też niezwykle wzruszającą rozmowę z mamą, która próbowała mi powiedzieć, że jestem bohaterem. A ja ją skontrowałem, bo uważam, że to ona jest bohaterką. Potrafiła z nicości utrzymać nas przy życiu, wychować i pięknie kochać. Moja mama to kobieta, która była zapracowana przez całe życie. Poświęciła się dzieciom, ale nigdy nie powiedziała, że jest zmęczona. Zawsze znalazła czas, aby pogłaskać po główce, przytulić... Ale gdy trzeba było, potrafiła też zdzielić ściereczką po tyłku.
Życie może być jak kosmos?
— To przeciwność wielkiego kalibru. Tu, na dole, też trzeba zetknąć się z niewiadomymi i jak najwięcej zapamiętać na przyszłość. Pojemność naszego umysłu jest jak komputer — wiele rzeczy postrzegamy, ale wiele też zapominamy. Jednak, o dziwo, każdy dzień mojej wyprawy w kosmos pamiętam doskonale. Swoją podróż mogę podzielić na godziny, na minuty, a nawet na sekundy. Tak głęboko kosmos został w mojej pamięci... Ten film cały czas w głowie jest zarejestrowany i oglądam go w pamięci, kiedy tylko mogę. Śni mi się nawet...
Tęskni pan za podróżą?
— Skoro mi się śni, więc tęsknię. Wszystko z tej podróży było interesujące i bardzo niezwykłe. Nie można cieszyć się widokiem Ziemi, kiedy nie przeżyje się startu. Nie można o tym opowiadać, jeśli szczęśliwie się nie wróci. Wszystko skleja się w jedną całość, w jeden wielki łańcuch zdarzeń. Ogniw jest tak wiele, że gdyby jedno puściło, cały łańcuch się rozwala. Nie ma nic. Kiedy jadę samochodem i coś mi się popsuje, mogę zjechać na pobocze, wyjść i przyjrzeć się silnikowi. Mogę złapać stopa albo po prosu się przejść. W kosmosie na taki spacer nie mógłbym sobie pozwolić. To absolutnie inny wymiar — w sposobie myślenia, postępowania, odczuwania. Nawet w sposobie czucia się bezpiecznym.
Leciał pan 8 km na sekundę — jak kula wylatująca z pistoletu. Jak odczuwa się taką prędkość?
— To 28 tysięcy km/h... Odczucie prędkości jest zawsze nierzeczywiste. Kiedy lecimy samolotem rejsowym z prędkością niemalże 1000 km/h, też tego nie odczuwamy. Ale już przy starcie odczuwa się tę prędkość. Wciska mocno w fotel. W rakiecie to zdecydowanie lepiej się odczuwa — to taka jazda z adrenaliną.
A potem piękne widoki.
— Przyznam, że sam nie wierzyłem w to, co widziałem. To było tak fantastyczne, że mogłem tylko złapać się za głowę. Bo czułem, że to nierealne — zupełnie tak, jak wygrana w totka 28 milionów złotych. Chociaż to jest bardziej możliwe niż lot w kosmos, bo co i raz ktoś trafia szóstkę. Oczywiście lot w kosmos to nie hazard. Żeby polecieć musiałem długo się przygotowywać i mieć pewne predyspozycje. Teraz, kawał czasu po powrocie, z przyjemnością o swoich przeżyciach opowiadam.
Zmienił się pan „po kosmosie”?
— Nie mogę uogólniać. Może jestem bardziej dokładny... Myślę, że chyba jednak życie jest bardziej ciekawsze od kosmosu. Ono nie szczędzi różnych niespodzianek. Nauczyłem się wybierać i cenić pozytywy. Bo niedobrych rzeczy staram się nie rozpamiętywać. Życie jest naprawdę piękne... A jeszcze wzbogacone o doświadczenia kosmosu...
wtorek, 21 września 2010
czwartek, 16 września 2010
Vive la France: Nicea
Nice is nice — to przychodzi mi do głowy, gdy myślę o Nicei. I jeszcze turkusowe morze, zlane słońcem wzgórza i świetlista noc. Bez wiatru, bez problemu, bez kontekstów. I bez Sławomira Mrożka.
Najlepiej spało mi się w Nicei. Wszechobecne wzgórza tworzą tu mikroklimat — bezwietrzny i w sam raz na sen. A co mi się śniło? Chyba to, że mogłabym oddychać Niceą bez końca. Nie dziwię się więc, że tu właśnie wyemigrował Sławomir Mrożek. Nigdzie jednak pana Sławka nie spotkałam. Nie spacerował, nie kupował bagietek, nie chodził nawet z psem — o ile takiego ma. Chętnie bym to sprawdziła, chętnie bym pana, panie Sławku, odwiedziła — wpadła na herbatę, zamieszała łyżeczką herbatę, namieszała trochę w pana życiu i zatańczyła tango bez podtekstów. Ale nie znam pańskiego adresu!
Nicea od zawsze jest idealnym miejscem dla myślicieli i artystów. Tu tworzyli Friedrich Nietzsche, Aleksander Dumas, Lew Tołstoj i Antoni Czechow. Ten podobno w tej części Francji ukończył „Trzy siostry”.
Ale nie samą sztuką człowiek żyje. Na poniższym obrazku nie znajduje się nicejski przysmak pisaladiere — cienki placek z duszoną cebulką, oliwkami i anchois. Nie jest to też sałatka nicejska, ale... smakuje prawie jak ona. I proszę mi nie mówić, że "prawie" robi wielką różnicę!
Po pseudoazjatyckim posiłku czas na spacer. Po zupce trochę suszy, więc najlepiej chodzi się nad wodą. Port jachtowy zachwyca mnie geometryczną precyzją.
I tym, że cumuje tu statek ochrzczony moim imieniem. "Mój ci on!"
W Polsce różowe elewacje mnie rażą, a we Francji cieszą oko. Ot, paradoks. Na Côte d'Azur nie muszę zakładać różowych okularów. Bo i po co?
Lubię francuskie rogaliki. Lubię też francuskie piosenki. Ale kręcą mnie najbardziej stare samochody. Francuskie, niemieckie, te z duszą. Są jak wino?
Mniej kręcą mnie skutery, ale lubię czuć wiatr we włosach. Niestety jazda w kasku obowiązkowa.
Przeczytaj też:
Vive la France: Saint-Tropez
Vive la France: Cannes
Najlepiej spało mi się w Nicei. Wszechobecne wzgórza tworzą tu mikroklimat — bezwietrzny i w sam raz na sen. A co mi się śniło? Chyba to, że mogłabym oddychać Niceą bez końca. Nie dziwię się więc, że tu właśnie wyemigrował Sławomir Mrożek. Nigdzie jednak pana Sławka nie spotkałam. Nie spacerował, nie kupował bagietek, nie chodził nawet z psem — o ile takiego ma. Chętnie bym to sprawdziła, chętnie bym pana, panie Sławku, odwiedziła — wpadła na herbatę, zamieszała łyżeczką herbatę, namieszała trochę w pana życiu i zatańczyła tango bez podtekstów. Ale nie znam pańskiego adresu!
Nicea od zawsze jest idealnym miejscem dla myślicieli i artystów. Tu tworzyli Friedrich Nietzsche, Aleksander Dumas, Lew Tołstoj i Antoni Czechow. Ten podobno w tej części Francji ukończył „Trzy siostry”.
Ale nie samą sztuką człowiek żyje. Na poniższym obrazku nie znajduje się nicejski przysmak pisaladiere — cienki placek z duszoną cebulką, oliwkami i anchois. Nie jest to też sałatka nicejska, ale... smakuje prawie jak ona. I proszę mi nie mówić, że "prawie" robi wielką różnicę!
Po pseudoazjatyckim posiłku czas na spacer. Po zupce trochę suszy, więc najlepiej chodzi się nad wodą. Port jachtowy zachwyca mnie geometryczną precyzją.
I tym, że cumuje tu statek ochrzczony moim imieniem. "Mój ci on!"
W Polsce różowe elewacje mnie rażą, a we Francji cieszą oko. Ot, paradoks. Na Côte d'Azur nie muszę zakładać różowych okularów. Bo i po co?
Lubię francuskie rogaliki. Lubię też francuskie piosenki. Ale kręcą mnie najbardziej stare samochody. Francuskie, niemieckie, te z duszą. Są jak wino?
Mniej kręcą mnie skutery, ale lubię czuć wiatr we włosach. Niestety jazda w kasku obowiązkowa.
Przeczytaj też:
Vive la France: Saint-Tropez
Vive la France: Cannes
wtorek, 14 września 2010
Vive la France: Cannes
Tu można się poczuć jak gwiazda filmowa. Oby tylko nasz portfel tak się nie poczuł, bo Cannes potrafi zrujnować. Na pierwszy rzut oka widać, że to nie jest tanie miasto. Bo tu nawet… pogoda jest dla bogaczy.
Dziś nikt nie słyszałby o Cannes, gdyby nie Henry Brougham. Ten Brytyjczyk trafił tu przypadkiem, uciekając przed cholerą szalejącą w Nicei. W 1835 roku Cannes było malowniczą wioską rybacką. Brougham kupił tu ziemię i wybudował na Lazurowym Wybrzeżu zimową rezydencję. Jego śladem poszli inni angielscy arystokraci i tak się zaczęło. Miejscowość zaczęła rosnąć w siłę, ryby z kutrów przemieniły się w grube ryby i tym sposobem Cannes stało się europejskim kurortem.
Cannes zdobyło sławę dzięki Międzynarodowemu Festiwalowi Filmowemu, podczas którego przyznawane są Złote Palmy. Jedynymi polskimi produkcjami, które otrzymały tę nagrodę, są „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy oraz „Pianista” Romana Polańskiego. Podobno zwykły śmiertelnik nie ma możliwości dostania się na pokazy filmowe, odbywające się w kilkunastu salach pałacu festiwalowego. Ale co tam kino… ja swoją złotą palmę już znalazłam!
Nasz samochód ma nawet kilka palemek. Też złotych.
Skoro Cannes to miasto filmów, więc zrobiłam sobie zdjęcie z gwiazdą filmową.
Przy brzegu i plaży, przy sławnym bulwar de la Croisette z palmami, stoją wspaniałe hotele, rezydencje i drogie restauracje. Nie brakuje też jachtów. Jeden stoi na drugim...
A na niektórych statkach można nawet pobiegać...
Na szczęście w cieniu bogaczy też można czuć się dobrze. Wystarczy chcieć, prawda?
Przeczytaj też:
Vive la France: Saint-Tropez
Vive la France: Nicea
Dziś nikt nie słyszałby o Cannes, gdyby nie Henry Brougham. Ten Brytyjczyk trafił tu przypadkiem, uciekając przed cholerą szalejącą w Nicei. W 1835 roku Cannes było malowniczą wioską rybacką. Brougham kupił tu ziemię i wybudował na Lazurowym Wybrzeżu zimową rezydencję. Jego śladem poszli inni angielscy arystokraci i tak się zaczęło. Miejscowość zaczęła rosnąć w siłę, ryby z kutrów przemieniły się w grube ryby i tym sposobem Cannes stało się europejskim kurortem.
Cannes zdobyło sławę dzięki Międzynarodowemu Festiwalowi Filmowemu, podczas którego przyznawane są Złote Palmy. Jedynymi polskimi produkcjami, które otrzymały tę nagrodę, są „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy oraz „Pianista” Romana Polańskiego. Podobno zwykły śmiertelnik nie ma możliwości dostania się na pokazy filmowe, odbywające się w kilkunastu salach pałacu festiwalowego. Ale co tam kino… ja swoją złotą palmę już znalazłam!
Nasz samochód ma nawet kilka palemek. Też złotych.
Skoro Cannes to miasto filmów, więc zrobiłam sobie zdjęcie z gwiazdą filmową.
Przy brzegu i plaży, przy sławnym bulwar de la Croisette z palmami, stoją wspaniałe hotele, rezydencje i drogie restauracje. Nie brakuje też jachtów. Jeden stoi na drugim...
A na niektórych statkach można nawet pobiegać...
Na szczęście w cieniu bogaczy też można czuć się dobrze. Wystarczy chcieć, prawda?
Przeczytaj też:
Vive la France: Saint-Tropez
Vive la France: Nicea
wtorek, 7 września 2010
Vive la France: Saint-Tropez
Wszystkiemu winien Ludovic Cruchot… Słynny żandarm z Saint-Tropez podsuwa pomysł na urlop — poznać Lazurowe Wybrzeże i zobaczyć miejsce, gdzie powstawała słynna francuska komedia. Brzmi gorąco, prawda? Bo jest gorąco.
Każdy chce się przejść się nabrzeżem portu Saint-Tropez, zerknąć na bogaczy jedzących obiad na swych ogromnych jachtach albo wypoczywających na plaży w Zatoce Milionerów. Podobno w okolicy można też wytropić znaną gwiazdę filmową.
Podobno gwiazdy dość mają Saint-Tropez.. I dobrze, celebryci mi nie potrzebni. Liczy się błękit nieba i cudowna atmosfera miasteczka. Bo ja kocham Francję i każda wizyta „u żabojadów” mnie w tym utwierdza.
Latem nadbrzeże pełne jest malarzy próbujących zdobyć trochę miejsca dla swoich sztalug. Bo obrazy kiedyś malowane w okolicy, a wystawiane w Nicei i Paryżu, szybko ściągnęły do miasteczka paryską burżuazję.
Dziwi mnie to, że miasto nie wykorzystuje niesłabnącej popularności Louisa de Funèsa. Komisariat znany z "Żandarma z Saint-Tropez" z jednej strony przypomina kadry z filmu, a z drugiej... ruderę. Kto wie, może niedługo zostanie wzburzony? Tuż za rogiem buduje się gigantyczny hotel, więc pieniądze będą dyktować warunki. A może jednak turyści? Tych nie brakuje — fotografują się pod ”gandarmerie nationale”, wspominają i pokazują palcami. I pewnie dziwią się, że żandarm w Saint-Tropez dawno nie żyje. Jedynie w pobliskiej galeryjce z pamiątkami można kupić obrzydliwą, pokraczną figurkę żandarma. Ależ bym zrobiła pieniądze na giętkim Cruchocie! W komisariacie zrobiłabym muzeum filmu, sprzedawałabym czapki żandarma, a nawet woziła zielonym wozikiem (tak, tym znanym z filmu) po okolicy. Takie taxi z jajem…
W Saint-Tropez nakręcono też film „I Bóg stworzył kobietę” z Brigitte Bardot w roli głównej.
Ale kino kinem, a życie życiem. Jak parkuje się samochody w Saint-Tropez? Na igłę.
Co jada się w Saint-Tropez?
A co widzi się podczas spacerów? Śliczne kamieniczki.
Przeczytaj też:
Vive la France: Cannes
Vive la France: Nicea
Każdy chce się przejść się nabrzeżem portu Saint-Tropez, zerknąć na bogaczy jedzących obiad na swych ogromnych jachtach albo wypoczywających na plaży w Zatoce Milionerów. Podobno w okolicy można też wytropić znaną gwiazdę filmową.
Podobno gwiazdy dość mają Saint-Tropez.. I dobrze, celebryci mi nie potrzebni. Liczy się błękit nieba i cudowna atmosfera miasteczka. Bo ja kocham Francję i każda wizyta „u żabojadów” mnie w tym utwierdza.
Latem nadbrzeże pełne jest malarzy próbujących zdobyć trochę miejsca dla swoich sztalug. Bo obrazy kiedyś malowane w okolicy, a wystawiane w Nicei i Paryżu, szybko ściągnęły do miasteczka paryską burżuazję.
Dziwi mnie to, że miasto nie wykorzystuje niesłabnącej popularności Louisa de Funèsa. Komisariat znany z "Żandarma z Saint-Tropez" z jednej strony przypomina kadry z filmu, a z drugiej... ruderę. Kto wie, może niedługo zostanie wzburzony? Tuż za rogiem buduje się gigantyczny hotel, więc pieniądze będą dyktować warunki. A może jednak turyści? Tych nie brakuje — fotografują się pod ”gandarmerie nationale”, wspominają i pokazują palcami. I pewnie dziwią się, że żandarm w Saint-Tropez dawno nie żyje. Jedynie w pobliskiej galeryjce z pamiątkami można kupić obrzydliwą, pokraczną figurkę żandarma. Ależ bym zrobiła pieniądze na giętkim Cruchocie! W komisariacie zrobiłabym muzeum filmu, sprzedawałabym czapki żandarma, a nawet woziła zielonym wozikiem (tak, tym znanym z filmu) po okolicy. Takie taxi z jajem…
W Saint-Tropez nakręcono też film „I Bóg stworzył kobietę” z Brigitte Bardot w roli głównej.
Ale kino kinem, a życie życiem. Jak parkuje się samochody w Saint-Tropez? Na igłę.
Co jada się w Saint-Tropez?
A co widzi się podczas spacerów? Śliczne kamieniczki.
Przeczytaj też:
Vive la France: Cannes
Vive la France: Nicea
niedziela, 29 sierpnia 2010
Jak czas płynie na Łynie
Spływaj! — tak mówi mi wiatr, gdy płynę sama kajakiem po Łynie. Nie daję się, wiosłuję i wiem, że Łyna to rzeka, na której nie można się nudzić. Po co więc szukać atrakcji, po co wbijać się na zatłoczoną Krutynię? Na Łynie czas tak samo płynie!
Wieje, strasznie wieje. Słońca niewiele, niebo zasłonięte chmurami. Pogoda pod psem — tylko deszczu brakuje, ale na szczęście nie pada. Jeszcze? Pojawiam się w umówionym miejscu — na moście w Bartągu. Zaraz dziesiąta, mam dołączyć się do grupy płynącej z Rusi. Ale niestety następuje szybka zmiana planów, bo grupa nie płynie. Mam sama wiosłować?
Kajak przywozi pan Adam, który tłumaczy, jak zachować się na wodzie. — Jak będzie pani miała dość na Brzezinach, proszę dać znać — mówi z uśmiechem. — Przyjadę, wyłowię.
Mam mieć dość? Nigdy w życiu! Łyna to nie Amazonka, więc muszę dać radę — mimo iż to mój pierwszy kajakowy raz na rzece. Wcześniej wiosłowałam tylko po jeziorach i zawsze w towarzystwie — na cztery ręce, na dwa wiosła.
Walka z wiatrem
Wsiadam w dwuosobowy kajak i ruszam. Trzciny szumią, woda płynie w miarę spokojnie. Gdyby nie wiatr, usłyszałabym śpiew ptaków. Po prawej mijam jakieś gospodarstwo i wpływam między pola i łąki. I tu zaczynają się schody. Nic mnie nie osłania — żadne drzewo, żaden dom. Nic! Wiatr daje mi popalić i ściąga kajak w bok. Ale nie daję się, zaciskam zęby i wiosłuję ile sił w rękach. Raz mi się udaje, innym razem powiew jest na tyle silny, że wpływam w trzciny — a to bokiem kajaka, a to dziobem. I tu zaczynają się schody, bo wiatr hula tak bardzo, że obraca mnie tyłem do nurtu. Muszę się jakoś „postawić do pionu” — znów zaciskam zęby i manewruję wiosłami. Już wiem jak don Kichot walczył z wiatrakami... Jestem jednak lepsza — udaje mi się! Znów płynę do przodu!
Wodna serpentyna
Wiatr wchodzi w zmowę z zakolami rzeki, których do Brzezin jest wiele. Ciągle zawijasy — w lewo, w prawo. Łyna to serpentyna! I już jestem w ogródku na Brzezinach, już witam się z gąską, a tu kolejny „zakręt”. Ile mi zajmuje przepłynięcie zaledwie 3,5 km? W takich warunkach grubo ponad godzinę... Ale za to widoki piękne — malownicze drzewa, lasy w oddali — o Warmio moja miła! Natrafiam też na zatopiony telewizor w całkowicie bezludnym miejscu. Kto go tu wyrzucił? A może nurt Łyny go tu przywiódł? Potem wpadam kajakiem na martwego dzika, który — na moje oko — nie nie mógł wyjść z rzeki i tak został. W tym miejscu — przy pięknym drzewie — nurt szalenie ściąga w bok. Dlatego nie dziwię się, że ląduję w trzcinach. Obok pana dzika...
Na leżąco
Dobijam do Brzezin. Tam czeka na mnie Paweł, fotoreporter. — Co tak długo? — dziwi się. — Czekam na ciebie i czekam. Nie masz dość?
Nie mam, płynę dalej. Tym bardziej, że przestaje wiać, bo przecież wokół domy i drzewa. Spokojnie dobijam do centrum Olsztyna — mijam most na Tuwima, a potem na Obrońców Tobruku. Tu niespodzianka, bo tuż za mostem ciągnie się bardzo nisko osadzony ciepłociąg. Trzeba położyć się w kajaku, aby nie nabić sobie guza. Potem płynę między brzegami zasypanymi przez butelki i śmieci. Oj, nie jest ładnie. Drodzy olsztyniacy, do śmietnika za daleko? Łyna nie rozpuszcza śmieci... chociaż mogłaby. Jak się wpływa do miasta, woda staje się mętna, a momentami brzydko pachnie. To za sprawą cwanych odpływów ścieków, które co jakiś czas rzucają się w oczy. Fu!
Łapak na koniec
Paweł ma mnie łapać na starówce, ale jestem od niego szybsza. Dziwi się, kiedy dzwonię spod mostu na Niepodległości. — Już dopłynęłaś? A co tak szybko? Zwolnij trochę!
Zwalniam, bo jest na co popatrzeć. Starówka widziana z koryta rzeki charakteryzuje się powykręcanymi konarami i przebijającymi się przez korony drzew zabytkami. I napisem na betonowym stoku przed mostem świętego Jana: FANY — META. I ludźmi, którzy patrzą na mnie jak na zjawę: o, kajak na Łynie! Fakt, to niecodzienny widok — Łyna nie jest aż tak modna jak mazurska Krutynia. Ale cudze chwalicie, swego nie znacie.
Spływ kończę w łapaku do kajaków usytuowanym na lewym brzegu rzeki — tuż przy zamku. Bilans: przepłynęłam 9 kilometrów, walczyłam z wiatrem, zwiałam Pawłowi i... nawet nie spłynęłam potem. A w dodatku to był mój pierwszy raz na Łynie!
Wieje, strasznie wieje. Słońca niewiele, niebo zasłonięte chmurami. Pogoda pod psem — tylko deszczu brakuje, ale na szczęście nie pada. Jeszcze? Pojawiam się w umówionym miejscu — na moście w Bartągu. Zaraz dziesiąta, mam dołączyć się do grupy płynącej z Rusi. Ale niestety następuje szybka zmiana planów, bo grupa nie płynie. Mam sama wiosłować?
Kajak przywozi pan Adam, który tłumaczy, jak zachować się na wodzie. — Jak będzie pani miała dość na Brzezinach, proszę dać znać — mówi z uśmiechem. — Przyjadę, wyłowię.
Mam mieć dość? Nigdy w życiu! Łyna to nie Amazonka, więc muszę dać radę — mimo iż to mój pierwszy kajakowy raz na rzece. Wcześniej wiosłowałam tylko po jeziorach i zawsze w towarzystwie — na cztery ręce, na dwa wiosła.
Walka z wiatrem
Wsiadam w dwuosobowy kajak i ruszam. Trzciny szumią, woda płynie w miarę spokojnie. Gdyby nie wiatr, usłyszałabym śpiew ptaków. Po prawej mijam jakieś gospodarstwo i wpływam między pola i łąki. I tu zaczynają się schody. Nic mnie nie osłania — żadne drzewo, żaden dom. Nic! Wiatr daje mi popalić i ściąga kajak w bok. Ale nie daję się, zaciskam zęby i wiosłuję ile sił w rękach. Raz mi się udaje, innym razem powiew jest na tyle silny, że wpływam w trzciny — a to bokiem kajaka, a to dziobem. I tu zaczynają się schody, bo wiatr hula tak bardzo, że obraca mnie tyłem do nurtu. Muszę się jakoś „postawić do pionu” — znów zaciskam zęby i manewruję wiosłami. Już wiem jak don Kichot walczył z wiatrakami... Jestem jednak lepsza — udaje mi się! Znów płynę do przodu!
Wodna serpentyna
Wiatr wchodzi w zmowę z zakolami rzeki, których do Brzezin jest wiele. Ciągle zawijasy — w lewo, w prawo. Łyna to serpentyna! I już jestem w ogródku na Brzezinach, już witam się z gąską, a tu kolejny „zakręt”. Ile mi zajmuje przepłynięcie zaledwie 3,5 km? W takich warunkach grubo ponad godzinę... Ale za to widoki piękne — malownicze drzewa, lasy w oddali — o Warmio moja miła! Natrafiam też na zatopiony telewizor w całkowicie bezludnym miejscu. Kto go tu wyrzucił? A może nurt Łyny go tu przywiódł? Potem wpadam kajakiem na martwego dzika, który — na moje oko — nie nie mógł wyjść z rzeki i tak został. W tym miejscu — przy pięknym drzewie — nurt szalenie ściąga w bok. Dlatego nie dziwię się, że ląduję w trzcinach. Obok pana dzika...
Na leżąco
Dobijam do Brzezin. Tam czeka na mnie Paweł, fotoreporter. — Co tak długo? — dziwi się. — Czekam na ciebie i czekam. Nie masz dość?
Nie mam, płynę dalej. Tym bardziej, że przestaje wiać, bo przecież wokół domy i drzewa. Spokojnie dobijam do centrum Olsztyna — mijam most na Tuwima, a potem na Obrońców Tobruku. Tu niespodzianka, bo tuż za mostem ciągnie się bardzo nisko osadzony ciepłociąg. Trzeba położyć się w kajaku, aby nie nabić sobie guza. Potem płynę między brzegami zasypanymi przez butelki i śmieci. Oj, nie jest ładnie. Drodzy olsztyniacy, do śmietnika za daleko? Łyna nie rozpuszcza śmieci... chociaż mogłaby. Jak się wpływa do miasta, woda staje się mętna, a momentami brzydko pachnie. To za sprawą cwanych odpływów ścieków, które co jakiś czas rzucają się w oczy. Fu!
Łapak na koniec
Paweł ma mnie łapać na starówce, ale jestem od niego szybsza. Dziwi się, kiedy dzwonię spod mostu na Niepodległości. — Już dopłynęłaś? A co tak szybko? Zwolnij trochę!
Zwalniam, bo jest na co popatrzeć. Starówka widziana z koryta rzeki charakteryzuje się powykręcanymi konarami i przebijającymi się przez korony drzew zabytkami. I napisem na betonowym stoku przed mostem świętego Jana: FANY — META. I ludźmi, którzy patrzą na mnie jak na zjawę: o, kajak na Łynie! Fakt, to niecodzienny widok — Łyna nie jest aż tak modna jak mazurska Krutynia. Ale cudze chwalicie, swego nie znacie.
Spływ kończę w łapaku do kajaków usytuowanym na lewym brzegu rzeki — tuż przy zamku. Bilans: przepłynęłam 9 kilometrów, walczyłam z wiatrem, zwiałam Pawłowi i... nawet nie spłynęłam potem. A w dodatku to był mój pierwszy raz na Łynie!
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Ani Mru Mru: Gruba ryba w siatce
— Częściej gram w nogę, w siatkówkę rzadziej, bo mam mało znajomych, którzy grają. Ale jak przychodzi lato, zacieram ręce, bo można łupać w siatkówkę plażową — przyznaje Marcin Wójcik z Ani Mru Mru.
Z jednymi gadka nie idzie, z innymi można rozmawiać godzinami. A jeszcze z innymi wchodzi się na taki kaliber wymiany zdań, że do absurdu to tylko krok. I tak właśnie jest z Marcinem Wojcikiem. Kabareciarz zawodowo i prywatnie. Ta rozmowa temu dowodzi.
Wyciągnęłam cię z masażu...
— Byłem, leżałem, masowano mnie, ale się skończyło. Trzeba jakoś z życia korzystać. A tak szczerze — grałem przez cały dzień w golfa i plecy mnie bolały. Nie dałbym rady żyć z takim bólem — musiałem oddać się w ręce masażysty. To są ręce, które leczą. Ale jestem też najlepszym siatkarzem świata.
A co cię wyróżnia?
— Wszystko. Mam nienaganną postawę, smukły tors, piękne kolana i dobrze wyglądam na boisku. Ale ja w ogóle jestem genialnym sportowcem. Czego się nie dotknę, zamienia się w złoto.
A skąd miłość do siatkówki?
— Z ulicy. Szedłem sobie drogą i wracałem ze sklepu. Pamiętam to jak dziś, że byłem w sklepie, ale nie pamiętam w jakim. Ale idę sobie ulicą, patrzę, a tu leży siatka. Taka plastikowa, normalna. Wziąłem ją, gdy nikt nie patrzył, zwinąłem w kulkę, zacząłem podrzucać i odbijać główką. Okazało się, że jednak ktoś mnie wtedy widział... I był to trener polskiej kadry w odbijaniu siatki górną częścią czoła. Zachwycił się moją taktyką.
I powiedział: biorę cię!
— I mnie wziął. Ale powiedziałem mu najpierw, że musi się spotkać z moim menedżerem, bo ja tani chłopak nie jestem. Papiery muszą być podpisane — dopiero potem główka będzie pracowała. Dogadaliśmy się, grube pieniądze poszły w ruch, a ja zostałem grubą rybą w siatce.
A potem zdobywałeś medale, puchary, kobiety.
— Kobiety w pierwszej kolejności, a potem złote wisiory i kielichy. I zjeździłem kawał świata. Ale największy sukces w odbijaniu siatki głową odniosłem w Boliwii. Był to turniej towarzyski, ale wszystkich powaliłem na kolana. Tam udało mi się odbić górną częścią czoła aż cztery razy siatkę.
Brawo, ja potrafię tylko trzy razy!
— Na tym właśnie polega różnica, że trzy razy każdy głupi odbija.
Dzięki...
— Ale to tylko powiedzenie, wcale tak o tobie nie myślę. Wyznaję solidarność sportowców tej samej dziedziny.
Ale cztery razy... Nie nabawiłeś się siniaków?
— Jestem profesjonalistą, dużo trenuję, więc nie obawiam się żadnych kontuzji. Złego licho nie bierze, nie ma obaw. Wiesz, jak ktoś zaczyna, to może sobie kilka guzów nabić. A poza tym na początku kariery nie skacze się na głęboką wodę ani nie zjeżdża na nartach ze stromej góry. Trzeba przygotować organizm do ekstremum. Czasem, owszem, nadwerężę sobie naskórek, ale na takie przygody mam specjalne metody. Nie zdradzę ich jednak za darmo.
Zapłacę w naturze.
— Wow, w naturze?
Dam mleko prosto od krowy. Naturalne!
— O właśnie mleka mi brakuje, więc zgoda — umowa stoi. To jakie sposoby mam podać?
Wszystkie!
— Trzeba naoliwić głowę specjalną oliwą. Można też nałożyć krem na czoło, który nie tyle chroni skórę, ile powoduje genialną przyczepność siatki. Mam też patent na guzy — nie martwić się o nie. Na razie nie wykryłem u siebie żadnych, więc... może ten krem też na nie działa?
To masz szczęście... Ja sobie guza nabiłam.
— Od siatki? A może próbowałaś przebić głową mur? Pamiętaj — głową muru nie przebijesz.
Grasz w siatkę na hali czy na plaży?
— Różnie, ale wolę na plaży. Powiew wiatru mnie mobilizuje. Zresztą mistrz siatki zawsze gra w siatkę. Chętnie zwija w kulkę profesjonalną siatkę i próbuje. Siatka musi mieć kolor mleczny.
Czyli ciągnie cię do mleka, do krowy...
— W dalszym ciągu nie zapłaciłaś mi w naturze! Czekam! Zaraz zsiadłe się zrobi, a ja wolę świeże.
A szczerze — grasz w siatkówkę?
— Częściej gram w nogę, w siatkówkę rzadziej, bo mam mało znajomych, którzy grają. Ale jak przychodzi lato, zacieram ręce, bo można łupać w siatkówkę plażową. Kiedyś, kiedy byłem w Kenii, grałem nawet w jednym zespole z oryginalnym Masajem. Wyjątkowo wysoko skakał, bo jest wysoki, więc natura go dobrze wyposażyła. Grałem z Masajem i graliśmy przeciwko Holendrowi i Niemcowi.
Kto wygrał?
— A mogę prosić o inny zestaw pytań?
Jakie sobie upodobałeś plaże do grania w siatkę plażową?
— Lubię polskie plaże, ale nie ma na nich wiele miejsca. Zawsze się boję, że kogoś nadepnę, a tego bym nie chciał. Leży człowiek przy człowieku, a gdzie boisko? Nie ma. W tym roku byłem w Chorwacji i próbowałem grać w siatkę plażową, ale ciężko było. Przeszkadzały kamienie, które wbijały się w stopy. Dlatego staram się być coraz lepszy w golfa — kręci mnie ten sport. Ale siatka też jest niezła...
Występujesz w stroju siatkarza?
— To beznadziejne przebranie i nie do twarzy mi będzie. Niski chłopak jestem i załamałem się kiedyś... Jechałem raz windą z czterema siatkarzami AZS Olsztyn. Chłopy jak dęby! Sięgałem im do pasa.
Ale mogłeś przyjrzeć się ich pępkom.
— Wszyscy mieli na sobie kożuchy, więc brzuchy mieli zakryte. O, a może będę występował w kożuchu? Na pewno będę rzucał się w oczy. Bo jako mistrz muszę rzucać się w oczy.
Przeczytaj też:
Ani Mru Mru: Szykuj się Waldek!
Z jednymi gadka nie idzie, z innymi można rozmawiać godzinami. A jeszcze z innymi wchodzi się na taki kaliber wymiany zdań, że do absurdu to tylko krok. I tak właśnie jest z Marcinem Wojcikiem. Kabareciarz zawodowo i prywatnie. Ta rozmowa temu dowodzi.
Wyciągnęłam cię z masażu...
— Byłem, leżałem, masowano mnie, ale się skończyło. Trzeba jakoś z życia korzystać. A tak szczerze — grałem przez cały dzień w golfa i plecy mnie bolały. Nie dałbym rady żyć z takim bólem — musiałem oddać się w ręce masażysty. To są ręce, które leczą. Ale jestem też najlepszym siatkarzem świata.
A co cię wyróżnia?
— Wszystko. Mam nienaganną postawę, smukły tors, piękne kolana i dobrze wyglądam na boisku. Ale ja w ogóle jestem genialnym sportowcem. Czego się nie dotknę, zamienia się w złoto.
A skąd miłość do siatkówki?
— Z ulicy. Szedłem sobie drogą i wracałem ze sklepu. Pamiętam to jak dziś, że byłem w sklepie, ale nie pamiętam w jakim. Ale idę sobie ulicą, patrzę, a tu leży siatka. Taka plastikowa, normalna. Wziąłem ją, gdy nikt nie patrzył, zwinąłem w kulkę, zacząłem podrzucać i odbijać główką. Okazało się, że jednak ktoś mnie wtedy widział... I był to trener polskiej kadry w odbijaniu siatki górną częścią czoła. Zachwycił się moją taktyką.
I powiedział: biorę cię!
— I mnie wziął. Ale powiedziałem mu najpierw, że musi się spotkać z moim menedżerem, bo ja tani chłopak nie jestem. Papiery muszą być podpisane — dopiero potem główka będzie pracowała. Dogadaliśmy się, grube pieniądze poszły w ruch, a ja zostałem grubą rybą w siatce.
A potem zdobywałeś medale, puchary, kobiety.
— Kobiety w pierwszej kolejności, a potem złote wisiory i kielichy. I zjeździłem kawał świata. Ale największy sukces w odbijaniu siatki głową odniosłem w Boliwii. Był to turniej towarzyski, ale wszystkich powaliłem na kolana. Tam udało mi się odbić górną częścią czoła aż cztery razy siatkę.
Brawo, ja potrafię tylko trzy razy!
— Na tym właśnie polega różnica, że trzy razy każdy głupi odbija.
Dzięki...
— Ale to tylko powiedzenie, wcale tak o tobie nie myślę. Wyznaję solidarność sportowców tej samej dziedziny.
Ale cztery razy... Nie nabawiłeś się siniaków?
— Jestem profesjonalistą, dużo trenuję, więc nie obawiam się żadnych kontuzji. Złego licho nie bierze, nie ma obaw. Wiesz, jak ktoś zaczyna, to może sobie kilka guzów nabić. A poza tym na początku kariery nie skacze się na głęboką wodę ani nie zjeżdża na nartach ze stromej góry. Trzeba przygotować organizm do ekstremum. Czasem, owszem, nadwerężę sobie naskórek, ale na takie przygody mam specjalne metody. Nie zdradzę ich jednak za darmo.
Zapłacę w naturze.
— Wow, w naturze?
Dam mleko prosto od krowy. Naturalne!
— O właśnie mleka mi brakuje, więc zgoda — umowa stoi. To jakie sposoby mam podać?
Wszystkie!
— Trzeba naoliwić głowę specjalną oliwą. Można też nałożyć krem na czoło, który nie tyle chroni skórę, ile powoduje genialną przyczepność siatki. Mam też patent na guzy — nie martwić się o nie. Na razie nie wykryłem u siebie żadnych, więc... może ten krem też na nie działa?
To masz szczęście... Ja sobie guza nabiłam.
— Od siatki? A może próbowałaś przebić głową mur? Pamiętaj — głową muru nie przebijesz.
Grasz w siatkę na hali czy na plaży?
— Różnie, ale wolę na plaży. Powiew wiatru mnie mobilizuje. Zresztą mistrz siatki zawsze gra w siatkę. Chętnie zwija w kulkę profesjonalną siatkę i próbuje. Siatka musi mieć kolor mleczny.
Czyli ciągnie cię do mleka, do krowy...
— W dalszym ciągu nie zapłaciłaś mi w naturze! Czekam! Zaraz zsiadłe się zrobi, a ja wolę świeże.
A szczerze — grasz w siatkówkę?
— Częściej gram w nogę, w siatkówkę rzadziej, bo mam mało znajomych, którzy grają. Ale jak przychodzi lato, zacieram ręce, bo można łupać w siatkówkę plażową. Kiedyś, kiedy byłem w Kenii, grałem nawet w jednym zespole z oryginalnym Masajem. Wyjątkowo wysoko skakał, bo jest wysoki, więc natura go dobrze wyposażyła. Grałem z Masajem i graliśmy przeciwko Holendrowi i Niemcowi.
Kto wygrał?
— A mogę prosić o inny zestaw pytań?
Jakie sobie upodobałeś plaże do grania w siatkę plażową?
— Lubię polskie plaże, ale nie ma na nich wiele miejsca. Zawsze się boję, że kogoś nadepnę, a tego bym nie chciał. Leży człowiek przy człowieku, a gdzie boisko? Nie ma. W tym roku byłem w Chorwacji i próbowałem grać w siatkę plażową, ale ciężko było. Przeszkadzały kamienie, które wbijały się w stopy. Dlatego staram się być coraz lepszy w golfa — kręci mnie ten sport. Ale siatka też jest niezła...
Występujesz w stroju siatkarza?
— To beznadziejne przebranie i nie do twarzy mi będzie. Niski chłopak jestem i załamałem się kiedyś... Jechałem raz windą z czterema siatkarzami AZS Olsztyn. Chłopy jak dęby! Sięgałem im do pasa.
Ale mogłeś przyjrzeć się ich pępkom.
— Wszyscy mieli na sobie kożuchy, więc brzuchy mieli zakryte. O, a może będę występował w kożuchu? Na pewno będę rzucał się w oczy. Bo jako mistrz muszę rzucać się w oczy.
Przeczytaj też:
Ani Mru Mru: Szykuj się Waldek!
niedziela, 22 sierpnia 2010
Przygoda w Olsztynie... zaliczona
Co Niedźwiedź robi w Australii? Co to jest wheelsurf? Szukajcie odpowiedzi, a znajdziecie — na starówce w Olsztynie. Naprawdę.
Jest niedziela, słońce w zenicie, wędruję na starówkę, bo trwa Festiwal "Strefa Przygody". Póki jest lato, miasto stara się, aby powyciągać ludzi z domu. Ale inaczej nie może być — impreza stawia na podróżowanie i wszystko, co z wędrówkami się kojarzy. Nawet tymi w czasie i w przestrzeni.
Pech, bo dinozaur nie chce opowiadać o swoich upodobaniach. Stoi, ma otwarte oko, paszczę i strzeże porządku. Ma szansę na etat w straży miejskiej? Chyba nie, tam stawiają na młodych i prężnych.
Wędrować można w różny sposób: wyobraźnią, rowerem, pociągiem, a nawet wheelsulfem — jednym z najciekawszych gadżetów, jakim można przewieść cztery litery. Ten brazylijski jednokołowiec należy do najbardziej osobliwych pojazdów na świecie. Kosztujący 2500 dolarów pojazd może zrewolucjonizować rynek pojazdów jednośladowych. Może straż miejska kupi? A może nawet policja? Nie radzę, monocykl rozpędza go do prędkości 35km/h...
Wolę jednak stare wozy. Wiem, że nie mają klimatyzacji, ale jazda takim wozem podwozi temperaturę w innym stopniu. Chętnie bym się przejechała takim cackiem — nie mam jednak kluczyków do tego rolls royc'a.
W Olsztynie na imprezie zjawia się też radiowy klasyk (żeby nie powiedzieć dinozaur) — Marek Niedźwiecki, wielbiciel podróży do Australii.
Rozmawiałam z nim przed imprezą, wiec uprzejmie donoszę, co ma do powiedzenia. Na zdjęciu widać, jak Marek zerka na ten wywiad... Znaczy, że prawdę mówię!
Rwie pana do świata...
— Moje podróże wzięły się z radia. Pierwszy wyjazd do Australii był w 1995 roku na zaproszenie tamtejszych czterech stacji radiowych. Od tamtej pory byłem już jedenaście razy.
Ale na pana mapie leży nie tylko Australia.
— No tak, trochę zwiedziłem! Dziś jednak już coraz mniej lubię latać. Chętnie podróżuję do Ameryki, bo tam zawsze kupuję płyty. Lubię też latać po Europie, aby odwiedzić moje ulubione miejsca. Byłem raz w Afryce i nie wiem, czy raz jeszcze polecę.
Za ciepło?
— Chyba lubię wracać w miejsca, które lubię. W tej kwestii jestem sentymentalny. Jak coś mnie nie zachwyci, nie wracam tam. Na Korsyce byłem ponad dziesięć razy, a nigdy nie byłem w Hiszpanii, bo mnie nie ciągnie. Nie byłem też nigdy w Ameryce Południowej, bo nic mnie tam nie interesuje. Raz byłem w Meksyku i nie wiem, czy tam wrócę... Nie mam potrzeby zaliczania. Nie chcę się chwalić: tu byłem, tu byłem i tu byłem. Wracam tam, gdzie jest mi dobrze.
Wrócił pan też do Trójki.
— Tak wyszło. Musiałem odejść na chwilę. Odczekałem trochę i jestem znowu.
A gdzie teraz pan wyrusza?
— Niewykluczone, że pod koniec sierpnia będę w Amsterdamie, a we wrześniu w Chicago. 11 września jest tam koncert trzech wielkich piosenkarzy — Michaela McDonalda, Donalda Fagena i Boza Scaggsa. Oni pewnie nigdy już w tym składzie nie pojawią się w Europie, więc warto tam polecieć.
Mówi pan o świecie... Cudze chwalicie, a swego nie znacie?
— Nie o to mi chodzi, że ciągle latam do Australii... Jednym z moich ulubionych miejsc są Góry Izerskie, gdzie kupiłem sobie nawet kawałek ziemi z myślą, że może kiedyś tam osiądę. A Polska? Mam taki cykl na swoim blogu, gdzie opisuję miasta na daną literę. Po wizycie w Olsztynie znajdzie się też wpis na „O”. Przyznam, że lubię łazić po nieznanych mi miejscach. W Olsztynie byłem w latach osiemdziesiątych.
Warmię i Mazury też omija pan szerokim łukiem?
— Augustowa nie omijam, bo tam Trójka ma swoją letnią stolicę. Tych rejonów jednak nie znam za dobrze, bo boję się komarów. Ale mam nadzieję, że w Olsztynie mnie nie pokąsają, bo nawet mucha Trójki słucha! Chociaż... muchy ostatnio w Augustowie do mnie ciągnęły. Ale to pewnie dlatego, że mam srebrne włosy, więc wyglądałem jak lampa.
PS. Szukacie odpowiedzi na pytania zawarte w lidzie i nie znajdujecie? Za późno, następny festiwal już za rok. Oczywiście w Olsztynie.
Przeczytaj też:
Festiwal Strefa Przygody 2009
Jest niedziela, słońce w zenicie, wędruję na starówkę, bo trwa Festiwal "Strefa Przygody". Póki jest lato, miasto stara się, aby powyciągać ludzi z domu. Ale inaczej nie może być — impreza stawia na podróżowanie i wszystko, co z wędrówkami się kojarzy. Nawet tymi w czasie i w przestrzeni.
Pech, bo dinozaur nie chce opowiadać o swoich upodobaniach. Stoi, ma otwarte oko, paszczę i strzeże porządku. Ma szansę na etat w straży miejskiej? Chyba nie, tam stawiają na młodych i prężnych.
Wędrować można w różny sposób: wyobraźnią, rowerem, pociągiem, a nawet wheelsulfem — jednym z najciekawszych gadżetów, jakim można przewieść cztery litery. Ten brazylijski jednokołowiec należy do najbardziej osobliwych pojazdów na świecie. Kosztujący 2500 dolarów pojazd może zrewolucjonizować rynek pojazdów jednośladowych. Może straż miejska kupi? A może nawet policja? Nie radzę, monocykl rozpędza go do prędkości 35km/h...
Wolę jednak stare wozy. Wiem, że nie mają klimatyzacji, ale jazda takim wozem podwozi temperaturę w innym stopniu. Chętnie bym się przejechała takim cackiem — nie mam jednak kluczyków do tego rolls royc'a.
W Olsztynie na imprezie zjawia się też radiowy klasyk (żeby nie powiedzieć dinozaur) — Marek Niedźwiecki, wielbiciel podróży do Australii.
Rozmawiałam z nim przed imprezą, wiec uprzejmie donoszę, co ma do powiedzenia. Na zdjęciu widać, jak Marek zerka na ten wywiad... Znaczy, że prawdę mówię!
Rwie pana do świata...
— Moje podróże wzięły się z radia. Pierwszy wyjazd do Australii był w 1995 roku na zaproszenie tamtejszych czterech stacji radiowych. Od tamtej pory byłem już jedenaście razy.
Ale na pana mapie leży nie tylko Australia.
— No tak, trochę zwiedziłem! Dziś jednak już coraz mniej lubię latać. Chętnie podróżuję do Ameryki, bo tam zawsze kupuję płyty. Lubię też latać po Europie, aby odwiedzić moje ulubione miejsca. Byłem raz w Afryce i nie wiem, czy raz jeszcze polecę.
Za ciepło?
— Chyba lubię wracać w miejsca, które lubię. W tej kwestii jestem sentymentalny. Jak coś mnie nie zachwyci, nie wracam tam. Na Korsyce byłem ponad dziesięć razy, a nigdy nie byłem w Hiszpanii, bo mnie nie ciągnie. Nie byłem też nigdy w Ameryce Południowej, bo nic mnie tam nie interesuje. Raz byłem w Meksyku i nie wiem, czy tam wrócę... Nie mam potrzeby zaliczania. Nie chcę się chwalić: tu byłem, tu byłem i tu byłem. Wracam tam, gdzie jest mi dobrze.
Wrócił pan też do Trójki.
— Tak wyszło. Musiałem odejść na chwilę. Odczekałem trochę i jestem znowu.
A gdzie teraz pan wyrusza?
— Niewykluczone, że pod koniec sierpnia będę w Amsterdamie, a we wrześniu w Chicago. 11 września jest tam koncert trzech wielkich piosenkarzy — Michaela McDonalda, Donalda Fagena i Boza Scaggsa. Oni pewnie nigdy już w tym składzie nie pojawią się w Europie, więc warto tam polecieć.
Mówi pan o świecie... Cudze chwalicie, a swego nie znacie?
— Nie o to mi chodzi, że ciągle latam do Australii... Jednym z moich ulubionych miejsc są Góry Izerskie, gdzie kupiłem sobie nawet kawałek ziemi z myślą, że może kiedyś tam osiądę. A Polska? Mam taki cykl na swoim blogu, gdzie opisuję miasta na daną literę. Po wizycie w Olsztynie znajdzie się też wpis na „O”. Przyznam, że lubię łazić po nieznanych mi miejscach. W Olsztynie byłem w latach osiemdziesiątych.
Warmię i Mazury też omija pan szerokim łukiem?
— Augustowa nie omijam, bo tam Trójka ma swoją letnią stolicę. Tych rejonów jednak nie znam za dobrze, bo boję się komarów. Ale mam nadzieję, że w Olsztynie mnie nie pokąsają, bo nawet mucha Trójki słucha! Chociaż... muchy ostatnio w Augustowie do mnie ciągnęły. Ale to pewnie dlatego, że mam srebrne włosy, więc wyglądałem jak lampa.
PS. Szukacie odpowiedzi na pytania zawarte w lidzie i nie znajdujecie? Za późno, następny festiwal już za rok. Oczywiście w Olsztynie.
Przeczytaj też:
Festiwal Strefa Przygody 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)





