piątek, 6 listopada 2009

Groniec: Każda trąbka na wagę złota

— Wolę jak burczy mi niż się przelewa. Z pełnym brzuchem dużo gorzej się śpiewa — przyznaje Kasia Groniec.


Muszę coś pisać o Kasi Groniec? No dobrze, niech będzie. Cenię babkę, oj cenię. Po pierwsze za to, jaka jest na scenie. Dopiero później chwalę ją za płyty. To w moim odczuciu jedyna artystka w Polsce, która jest niesamowita na żywo.

Często bywa pani w Olsztynie i znowu pani tu zawita...
— Ojoj, czy to aby nie zarzut?

Ależ nie! Radość!
— Staram się raz w roku przyjechać do Olsztyna z nowym projektem. Czasem bywam częściej — przy okazji letnich spotkań zamkowych „Śpiewajmy poezję”. Miło wspominam te koncerty, panuje na nich niesamowita atmosfera. Mam nadzieję, że i teraz będzie przyjemnie.

I romantycznie, bo o miłości.
— Przedstawię materiał prezentujący moją najnowszą płytę „Listy Julii”, ale w wersji kameralnej, czyli z dwójką muzyków.

Czyli nie będzie z panią siedmiu muzyków jak na innych koncertach?

— Niestety nie. Przyznam, że koncert z siedmioma muzykami jest kosztowny i nie wszędzie udaje się zagrać w tym składzie. Poza siedmioma muzykami jest też ósmy człowiek, który obsługuje wizualizacje, dziewiąty — od świateł, dziesiąty — od nagłośnienia, jedenasty — od organizacji i dwunasty — od śpiewania. Będzie dwóch muzyków, dziesiąty, jedenasty i dwunasty. Czyli pięcioro nas.

A tak się nastawiałam...
— I tak będzie pięknie. Chociaż musi się pani trochę odstawić! (śmiech) Dlaczego? Niewielki ośrodek, który organizuje ten koncert, dysponuje niewielkim budżetem. Nas niestety nie stać na to, żeby przyjechać całym zespołem. Bardzo chciałabym grać jak najwięcej i najczęściej w dużym składzie, ale niestety życie nas nie rozpieszcza.

Czyli nie będzie pani kibolem na scenie...
— Nigdy kibolem nie jestem! Kibol, czyli ja ucharakteryzowana na kibola, jest wyświetlany na scenie. Oczywiście tylko wtedy, kiedy jest pan od multimediów. Ale zawsze można kupić płytę i zobaczyć zdjęcia, które przedstawiają postaci piszące do Julii, czyli mnie w różnych odsłonach. Fotografie wydane są w formie pocztówek razem z tekstami piosenek. To bardzo piękne wydanie. Ale wracając do koncertu — zaprezentuję przemieszany materiał. Zaśpiewam kilka piosenek z „Listów Julii”. Nie wszystkie niestety da się zagrać w kameralnej wersji. Będą też starsze utwory z poprzednich płyt i piosenki kabaretowe, więc zapraszam.

Pani nowa płyta bazuje na krążku „The Juliet Letters” Elvisa Costello inspirowanym listami pisanymi do Julii ze słynnego balkonu w Weronie. Była pani w tym kultowym miejscu?
— Ja nawet nigdy nie byłam we Włoszech! Widzi pani, jakie mam zaległości? Byłam na Syberii, ale do Włoch nie udało mi się pojechać.

Opowie mi pani o Syberii?
— Zachwyciły mnie cudowne przestrzenie i to, że jest na nich tak mało ludzi.

Pojechała pani, aby odpocząć?
— Dokładnie. Byłam tam w sierpniu, dwa lata temu. W tym roku czułam, że muszę wygrzać się na słońcu. Bardzo mi tego brakowało. Ale kto wie, może w przyszłym roku pojadę znowu na Syberię? Tęsknię za tamtym specyficznym krajobrazem, stepem, Bajkałem. To jednak robi wrażenie i bardzo dystansuje do wielu rzeczy.

Czyli?
— Do życia, do kłopotów, które stają się raptem mniejsze. Jak się pobędzie z daleka od nich, to i one się oddalają. Człowiek się zamartwia, a potem dziwi się jak bardzo nie są tego warte.

A może w przyszłym roku przyjedzie pani w mazurskie przestrzenie?
— Może przyjadę... Ale przyznam, że rzadko bywam i bywałam na Mazurach. To nie jest moje miejsce. Gdy byłam dzieckiem, jeździłam bardzo intensywnie nad morze — i to na wiele tygodni. Jeździłam tam właściwie trochę przymusowo, bo byłam chorowita i to był sposób leczenia. Ten bardziej przyjemny oczywiście. I w związku z tym Bałtyk jest mi najbliższy jeśli chodzi o wakacje w Polsce.

I stawiała pani babki z piasku?
— Babki? To byłoby zbyt prozaiczne! Budowałam z piasku całe konstrukcje, rzeźbiłam psy, koty, krokodyle. Wszystko, co przyszło mi do głowy! Co roku bywałam nad morzem przez prawie dwa miesiące, więc na plaży spędzałam wiele czasu. Miałam ogromną wprawę w budowaniu piaskowych stworów.

A może uciekła pani na Syberię, by zmienić klimat?

— Ależ nie, uciekłam z potrzeby serca!

A propos „Listów Julii” — dzisiaj ludzie listów nie piszą. Pani kiedyś pisała?
— Pisałam, ale niechętnie. Dzisiaj wszystko załatwia się smsem. Wystarczy napisać krótką informację: „Ok, będę” i już wszystko załatwione.

A pocztówki pani wysyłała?
— Jak byłam mała, wysyłałam kartki, ale teraz czasy mamy inne. Pocztówki są miłe, kiedy się je dostaje — jako pamiątkę z wakacji albo ciekawego wyjazdu. To przyjemny gest. Gorzej z wysyłaniem! Zazwyczaj bywa tak, że kartki wracają w torbie i są albo doręczane osobiście, albo wysyłane na poczcie w Warszawie. Zawsze się zapomina — mimo iż na początku jest dużo czasu, ale on tak szybko ucieka, że nagle go brak.

11 listopada wystąpi pani w Olecku. To ciekawy sposób na spędzenie Święta Niepodległości.
— Jestem akurat w trasie i ta data wpisuje się w plan moich koncertów...

...które są nabite dzień po dniu.

— Taka trasa na pewno jest uciążliwa i wymaga dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Moje życie — poza śpiewaniem — polega wtedy na pakowaniu i rozpakowywaniu. Bywa ciężko, ale koncerty rekompensują tę uciążliwość.

I pewnie dużo kawy pani wypija.
— I jem bardzo nieregularnie w przypadkowych miejscach. Zdarza się, że dzień zaczynam od kawy na stacji benzynowej, a nawet — jak już jest jakaś straszna bieda — kupuję sobie hot-doga. Ale bywa też tak, że nie jem przez cały dzień, bo przed koncertem nie mogę jeść. A potem na noc najadam się jak bąk.

I nie burczy pani w brzuchu podczas koncertu?

— Wolę jak mi burczy niż jak się przelewa. Z pełnym brzuchem dużo gorzej się śpiewa.

Ale z drugiej strony — kiedy występuje pani w okrojonym składzie — dodatkowa trąbka z pustego brzucha nie zaszkodzi.
— Pewnie! Przynajmniej mamy dodatkowy instrument! Gdy nas niedużo na scenie, każdy instrument jest na wagę złota.

czwartek, 5 listopada 2009

Najdroższa pupa w Polsce

Edyta Górniak pokaże się w magazynie dla panów za grubą kasę. Co odkryje? Pępek czy rąbek tajemnicy?


Złapałam się za głowę, gdy dowiedziałam się, że Edyta Górniak rozbierze się za 400 tysięcy złotych dla „Playboya”. Rany boskie! Przecież za taką kasę mieszkanie można kupić! Wierzyć tej plotce, czy nie wierzyć?

Statystyczna Polka przez całe życie tyle nie zarobi. Edyta zgarnie zaś kupę szmalu za kilka chwil z fotoreporterem. Pozazdrościć tak cennego ciała...

Edyta pobiła rekord. Żadna babka w Polsce nie rozebrała się dotychczas za takie pieniądze. Wszystkie były tańsze — brały i tak wysokie sumy z pocałowaniem ręki. Z Edytą sprawa jednak wyglądała inaczej.

A być może było tak:

Przychodzi „Playboy” do Edyty i mówi: idzie zima, trzeba rozgrzać polskich mężczyzn. Masz, Edyto, ciało gorące, więc pokaż je w naszym cudownym i kultowym piśmie za 150 tysiaków.

Edyta język wystawia: za tyle to ja sobie mogę w nosie podłubać.

„Playboy” wzdycha, ale zima zapowiada się sroga, więc nie daje za wygraną. Dorzuca trochę grosza, ale i tak Edycie mało: za więcej to ja sobie mogę w uchu pogrzebać.

„Playboy” już z sił opada, ale zerka do portfela — jeszcze trochę w nim zostało. Dorzuca kilka monet.

Edyta strzela focha: za tyle to ja sobie mogę palec w oko wsadzić!

„Playboy” łapie się za głowę, wyrywa pierwszy siwy włos i dokłada jedno zero.

Edyta śmieje się w głos: za tyle to ja sobie mogę sama Photoshopa kupić!

W końcu staje na 400 tysiakach. Edyta zastrzega jednak, że całej pupy nie pokaże. Będzie pozować w bieliźnie, by udowodnić, że to nie ona była Ewą.

Edyta im starsza, tym droższa. Dziś cennik przedstawia się tak:

Palec Edyty: 10 000 zł
Łydka Edyty: 45 000 zł
Łokieć Edyty: 15 000 zł
Pięta Edyty: 20 000 zł
Podbródek Edyty: 4 000 zł
Źrenica Edyty: 50 000 zł
Kolano Edyty: 500 000 zł
Nos Edyty: 25 000 zł
Ucho Edyty: 13 000 zł
Ząb Edyty: 7 000 zł
Plomba Edyty: 100 zł
Rzęsa Edyty: 50 zł
Pupa Edyty: 100 000 zł
Pierś Edyty: 90 000 zł
Sutek Edyty: 50 000 zł
Warga Edyty: 100 000 zł
Pępek Edyty: 60 000 zł

wtorek, 3 listopada 2009

Halama: W panu Józku jest cząstka mnie

— Polacy nie myślą — zauważa Grzegorz Halama, kabareciarz. — Kiedy występuję na scenie i patrzę na ich twarze, dostrzegam, że jesteśmy przeciętniakami. Nasz naród nie jest ani szczególnie inteligentny, ani też specjalnie głupi. Ot, średnia krajowa.

Grzegorz Halama to człowiek zagadkowy. Podczas wywiadów nie przypomina kabareciarza ni w ząb! Nie dowcipkuje, nie żartuje — zamyśla się wręcz i stęka...

Co kabareciarz robi po przebudzeniu?
— Co robi przeciętny kabareciarz? Nie mam szczegółowych danych na ten temat, ale wiem, co ja robię po przebudzeniu. Wstaję, robię sobie kawę, piję i palę papierosa. Kawa musi być bialuśka i słodziutka. Taką lubię.

Co pan robi przed snem?
— Oglądam jeden odcinek jakiegoś serialu i idę spać. Kawy nie piję.

A w nocy?
— Właśnie w nocy idę spać! A potem śpię i nic mi się nie śni. Chociaż pewnie coś mi się śni, ale nie pamiętam. Żałuję, bo byłaby to ciekawa pożywka i przygoda dla głowy kabareciarza. A może nie żałuję? Tyle się dzieje dookoła, że w nocy odpoczywam. Bóg zapłać więc, że nie pamiętam tego, co się dzieje. Co więc robię w nocy? Śpię i chyba nie śnię.

Czyli nie śni się panu Józek...

— Nie pamiętam! Może się śni?

Pan Józek to kawałek pana, prawda? Ciągnie swój do swego?

— Tak, przyznaję się, że w panu Józku jest jakaś cząstka mnie. We mnie natomiast jest jakaś cząstka pana Józka. Ten kawałeczek jest wzięty pod wielki mikroskop, więc jest mocno wyolbrzmiony, ubarwiony i bardzo świadomie wzmocniony. A dowód tego jest taki, że ja nigdy nie wiem, co Józek powie! Czasem nawet samego mnie bawią słowa, jakie mówi Józek. Zaskakują mnie jego skojarzenia, skróty myślowe, a przede wszystkim sposób widzenia świata. On zawsze odstaje od wszystkich. Pan Józek to improwizacja. Bywało tak, że pisałem teksty dla niego, ale Józek nie chciał nimi gadać. Nie słucha się i już. Dziwny ma ten system zachowań, ale co ja na to poradzę? Józek to Józek! To takie lusterko nie tylko mnie, ale każdego z nas.

Aż strach pomyśleć, jacy jesteśmy.

— Pewnie, że strach, ale po co myśleć? Większość i tak nie myśli. Kiedy występuję na scenie i patrzę na twarze Polaków, dostrzegam, że jesteśmy przeciętniakami. Nasz naród nie jest ani szczególnie inteligentny, ani też specjalnie głupi. Ot, średnia krajowa. A widzi się to bardzo dokładnie, gdy staje się w obliczu przypadkowych osób. Wiadomo, że człowiek postrzega świat przez pryzmat siebie i swoich przyjaciół. Ale kiedy zostanie się wrzucony w przypadkowe towarzystwo, czasem nie wie się, o czym z nim rozmawiać. Jak byłem w wojsku, czułem się nieswojo. Właściwie nie miałem do kogo gęby otworzyć. Znalazłem może ze trzy osoby, z którymi znalazłem wspólny język. Ale na Boga, w jednostce, która miała ze trzy tysiące chłopa, to ewenement! Tych trzech kolesi było cudem! A może to świadczy o mnie, że nie potrafiłem się z nikim dogadać? Ale była to zasadnicza służba wojskowa, a nie oficerska, czyli trochę z wyższej półki. Trafiłem więc na ludzi trochę z niższej półki.

Ale jaka to skarbnica skeczów dla kabareciarza.
— Hmmm. To tak jakby z własnej woli pójść na dwa lata do więzienia, by poznać poczucie humoru więźniów. To taki urlop za kratkami.

Ale wolny czas można spędzać inaczej. Pan Józek ma plany wyjazdowe?
— Kto wie, może wyślę go do Egiptu? Nigdy nie był w ciepłych krajach, więc się ucieszy. Ale wiem, że będzie się non stop kłócił z Arabami — że mu reszty za mało wydali. Ten typ tak niestety ma!

Grzegorz Halama też zahaczy o Egipt?

— By się kłócić z Arabami? Jadę do Holandii z rodziną. Bardzo się cieszę i mam wielką frajdę, gdy myślę o tym. Palce lizać. Pana Józka nie będzie ze mną. Nie chcę mieć go na ogonie.

A podobno mama śledziła pana w drodze do szkoły.

— Bo nauczyciele powiedzieli jej, że przychodzę brudny do podstawówki. Mama się podłamała, bo z domu wychodziłem czyściutki! Nie mogła wpaść na to, jakim cudem doznawałem drastycznego zabrudzenia się. Postanowiła więc mnie śledzić. I co się okazało? Miałem dziwny nawyk, że szedłem przy ścianach budynków, a nie jak każdy dzieciak, po krawężnikach. I jeszcze przelatywałem ręką po gzymsach i witrynach sklepowych. Dlatego przychodziłem do szkoły cały uświniony. A co najlepsze — nie miałem świadomości, że tak się ocieram. Dziś już się nie brudzę. Ale trwało to bardzo długo — nawet w szkole średniej zdarzało mi się coś takiego robić.

W maturalnej klasie siedział pan na własne życzenie...

— Bo poszedłem wcześniej do szkoły i nie chciałem odstawać. Podjąłem taką decyzję i udało mi się jej dotrzymać. Serio! Chciałem skończyć szkołę z rówieśnikami, ale też miałem kiepski okres w swoim życiu. Dręczyły mnie depresyjne tematy, więc postanowiłem poprawić sobie humor. Myślałem: kurczę, do matury trzeba się uczyć... powtórzę klasę i za rok będę się martwił. No i wyszło!

Pewnie denerwował pan nauczycieli, ale potem wkurzył też pan Czesława Niemena.

— Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że robię parodię jego kawałka. Była to piosenka „Dziwny jest ten flak”. On powiedział: wykluczone! Groźny się zrobił.

Na scenie wciela się pan nie tylko w Pana Józka...

— Czasem pojawia się też Czesław Skandal. Pan Józek kłóci się przecież z Arabami... Czesław zrodził się przy boku Tymona Tymańskiego, podczas pracy nad filmem „Polskie gówno”. Tam właśnie gram Czesława.

A kim jest Czesław Skandal?
— To taki typ faceta, co ma wąsiska, nażelowane włosy, nosi kurtałkę „pedałkę” i przy boku saszetę na pieniądze. Obyczajowo jest odważniejszy od innych facetów. Nie unika kobiet, a nawet często odbywa z nimi stosunki seksualne. Czesław — gdy pojawia się na scenie — łowi kobiety na seks i zawsze ma jakąś ofiarę upatrzoną. Taki typ z niego. Ale liczy się zabawa, prawda?

poniedziałek, 2 listopada 2009

Bajki na kółkach

Starsze panie nie są z techniką za pan brat. Trzeba im wyłożyć kawę na ławę. Gdzie? Na straganie! Tu można iść z duchem czasu. Tu sprzedawca wytłumaczy, tu sprzedawca pomoże.


Idę i patrzę, a tu stragan z filmami na DVD za 2 zł. Zawiesiłam oko i wybrałam „Życie ukryte w słowach”. Skoro wzruszyłam się w kinie, więc pewnie i w domu łzę wytoczę. Chcę płacić, ale przede mną stoi starsza pani w polarze i kapeluszu. Wybrała dwie bajki, czyli DVD opakowane w kartoniki. Dla wnuczka. Ja wybrałam film w pudełku. Babcia patrzy na mnie, na pudełko i wypala do sprzedawcy:
— To są jeszcze bajki w takich dużych eleganckich opakowaniach?
— Są.
— Pewnie te bajki są dłuższe, co?
— Nie, proszę pani, to są takie same kółka, ale w innych pudełkach!

sobota, 31 października 2009

Michael Jackson: This Is It

Ile uszu, tyle opinii o „This Is It”. Ile oczu, tyle kontrowersji. A ja jestem zachwycona zapisem ostatnich prób Michaela Jacksona. To wydarzenie nie tyle filmowe, ile muzyczne. I to słuchać! A czy zostało coś ukryte? Nie wnikam. Michael zawsze chciał bawić ludzi i to mu się udało.


Co napisać o „This Is It”? Byłam, widziałam, więc warto nakreślić słówko. Siadam do pisania, a tu puk puk w plecy. Odwracam się, patrzę i oczom nie wierzę. Sam Michael Jackson! Rany boskie! To Michael żyje? Nie, jednak nie żyje. To duch mnie nawiedził, odwiedził. Król-duch. Przyszedł w Halloween i mówi: chcesz pisać o „This Is It”? Z tyloma gwiazdami wywiady robiłaś, więc może teraz ze mną pogadasz? Nie pisz nudnej recenzji, pytaj śmiało.

Michael, jesteś jedynym facetem, któremu wybaczam białe skarpetki i przykrótkie spodnie.
— Mam się cieszyć, czy płakać?

Szkoda łez, cały świat jeszcze za tobą płacze.
— Zaczyna mnie to już nudzić. Bo ile można? Ludzie cały czas lamentują, że umarłem.

Bo umarłeś.
— A nie mogłem?

Mogłeś, ale miałeś dać 50 koncertów. Człowieku, ludzie bilety kupili, a przede wszystkim ekipa „This Is It” strasznie harowała!
— Ba, pieniądze z nieba nie spadają.

Film zaczyna się od wyznań tancerzy. Mówią, że złapali Pana Boga za nogi, że taniec z tobą na scenie to ich spełnienie marzeń. Jeden nawet zdradza, że po przebudzeniu nie myśli o śniadaniu, ale tańczy do twoich kawałków. Ty też o jedzeniu chyba nie myślałeś, bo chudy jesteś jak patyk.
— A widziałaś mnie kiedyś z brzuszkiem? Zawsze byłem chudy, więc się nie czepiaj. Na filmie widać, jak liżę lizaka, więc bądź wyrozumiała. Gdybym spasł się jak Elvis, też byłoby gadanie.

Fakt, jesteś jak niekończąca się opowieść. Pamiętam żarty, że nos ci odpadł na koncercie.
— Nos mam mały, ciasny, ale własny.

Ciuchy też miałeś własne? Strasznie mnie wkurzałeś w za dużej srebrnej marynarce. Pierwsze kadry filmu to ty w czerwonych spodniach i w tej szkaradzie na sobie. Pozostałości po czasach świetności?
— Aż taka zła ta marynarka?

Sorry, ale wyglądasz w niej jak ciota z lat osiemdziesiątych.
— Ciota? Nie wyobrażaj sobie, z królem popu gadasz!

Fakt, królem lwem nie jesteś.
— Nie jestem księżną Dianą, która licytowała swoje kiecki na aukcjach charytatywnych. Moje koncertowe kreacje zalegały w garderobie. A ty poszłabyś na próby w kalesonach? Otworzyłem szafę i patrzę — wiszą wspomnienia, więc trzeba je ożywić. To taki kop emocjonalny — w starych ciuchach poczułem się znowu młodo. Ale kilka razy byłem też w dresach, a nawet nie goliłem się codziennie! Wściekły jestem na reżysera Ortegę, że to wkleił do filmu. Wiesz, ile nerwów kosztowały mnie te próby?

Nie wiem, na filmie tego nie widać.
— Bo to typowy american dream.

Typowy? „Earth song” śpiewasz żenująco. Aż uszy chciałam zatkać!
— Trzeba było. Oszczędzałem głos i nawet kilka razy to powiedziałem. Aż tak uszy zatykałaś? Czekało mnie przecież te pięćdziesiąt koncertów, na których musiałem dobrze wypaść. Umarłbym, gdybym piał jak kogut. Wstyd! Król popu, a pieje jak stara fujara.

Ale na „I just can’t stop loving You” dałeś czadu.
— Bo śpiewałem ze świetna dziewczyną. Nakręciła mnie. Kurczę, widziałaś ten moment, jak chcę złapać ją za pierś?

Widziałam też, jak łapiesz się za krok. Nakręciłeś tym tak tancerzy, że wszyscy — jak jeden mąż — złapali się za jaja. Oj facet, masz ty siłę przebicia.
— Wszyscy się złapali? Nie widziałem tego!

Bo byłeś jak w amoku! Z tym swoim popisowym gestem poszedłeś na całość. Oj, na „Billie Jeanie” kręciłeś bioderkami… Ale tylko pod koniec tego kawałka byłeś erotyczny.
— Ludzie tak lubią, a ja wiem, co lubią. Gdybym na każdym kawałku łapał się za krok, przejadłoby się to jak „Moda na sukces”.

Ale i tak siłą tego koncertu są efekty specjalne i muzyka. Dostałeś świetnych instrumentalistów, genialnych tancerzy i speców od wizualizacji. Na „Smooth criminal” odpadłam.
— Jak mój nos? (śmiech) A ja czułem się, jak podczas kręcenia klipu do tego kawałka.

Nie miałeś zadyszki?
— Miałem, ale wiele wycięli. Nie mogłem przecież sapać na ekranie, tak? Myślisz, że ludzie chcieliby oglądać pot Michaela na ekranie? Miał być american dream.

Miał być hołd dla ciebie.

— Ale jest hołd dla ludzi, którzy ze mną pracowali. Da tych gitarzystów, bębniarzy, chórków, klawiszowców… Dla wszystkich technicznych. Mam nadzieję, że moje nazwisko ich wywinduje. Koncert jest świetnie zmontowany, więc świetnie się ogląda. Sama fikałaś w kinie, widziałem! Jako król-duch wszystko widzę! Ale nie będę ci wytykał tego palcami…

No właśnie, zawsze mnie zastanawiało... Dlaczego masz plastry na palcach?
— Hmmm, to przez cholerne obcinanie skórek. Czasem je wyrywam i leje się krew. Wtedy zaklejam, by nie wdała się infekcja.

No tak, bo ty taki delikatny. Zresztą cała ekipa obchodzi się z tobą jak z jajkiem.
— Ale na twardo czy na miękko?

Z szacunkiem. I ja też, Michael, dzięki za muzykę. Świetnie się bawiłam na „This Is It”.
— Ja też… Siedziałem w ostatnim rzędzie.

Co jeszcze napisałam o Michaelu?
Michael Jackson still alive
Michael Jackson nie żyje





Bonus:

Kiedy „This Is It” miało premierę, w Polsce koncertowało Porcupine Tree. Znasz?
— Oni tańczą?

Nie, rockują.
— A dobrze rockują? Wolę jednak tańczących chłopaków. Takich jak ja.

Fakt, to bardziej introwertycy, niż ekstrawertycy.
— Ale pozdrawiam. Następnym razem wpadnę na ich koncert. Będziesz?

czwartek, 29 października 2009

Porcupine Tree: hello Wrocław!

Babcia zawsze mi powtarza: młodość musi się wyszumieć. Coś w tym jest, bo po koncercie Porcupine Tree szumi mi w głowie. Ale szum ten jest na tyle fantastyczny, że nawet hotelowa lodówka powinna się wstydzić. Chłopaki dali czadu, oj dali!


Początek był żenujący — na scenę wyszła rzępoląca Rose Kemp. Ludzie złapali się za uszy, jedno dziewczę nawet uszy zatkało, a jakiś chłopak grał w grę na komórce. Na szczęście Emily Rose — bo tak nazywam dla potrzeb własnych ten talent gitarowo-wokalny — wyła niespełna pół godziny. Potem na scenie pojawił się już Steven Wilson z ekipą, by zejść z niej niepokonany.


Koncert składał się z dwóch części — pierwsza promowała najnowszy album „The Incident”, druga składała się z największych hitów. Tracklisty nie podam, bo pamięć z powodu pokoncertowego szumu w głowie zawodzi. Jeśli ktoś zna — będę wdzięczna za podanie w komentarzu.


Klimat? Szkoda, że Steven — mimo iż artysta z niego genialny — nie złapał kontaktu z publicznością. Książki takie wyjście w tłumy nazywają charyzmą. Steven zaś zasłonił się gęstwiną swoich włosów, wyśpiewywał songi i zmieniał co i raz gitary. Nie obyło się bez kilku klawiszowych przygód, co dowodzi, że lider PT (nazywany przeze mnie cudownym chłopcem vel Harrym Potterem) jest muzycznym poliglotą. Bardzo ładnie, a nawet jeszcze ładniej. Ale tej wspomnianej charyzmy brakowało, więc i szaleństw na widowni jakby za mało. Niektórzy tylko główkami kiwali, nóżką przytupywali. Ale były momenty, że raptem z publiki wyrastał las rąk. Konewką były oczekiwane przez wszystkich hity, a największe korzenie zapuścił oczywiście kawałek „Trains”. Zagrali go na koniec — to taka wisienka na torcie. Na smak.


Porcupine Tree są świetni instrumentalnie. Genialni! I nie to, że zgrani są ze sobą, to jeszcze z wizualizacją, jaka urozmaicała „dzianie się” na scenie. Z każdym uderzeniem w bębny, szarpnięciem w struny gitar, obrazy zmieniały się jak za klaśnięciem w dłonie. Tak, chłopaki mieli dopracowany każdy szczegół.


Przepraszam, ale więcej pisać mi się nie chce. Koncert był fantastyczny i fenomenalny. Film jest na to żywym dowodem. Hmmm, ale Porcupine Tree to i tak zespół nieśmiertelny. Ave!



Porcupine Tree zagrało we wrocławskiej Orbicie 28 października 2009 roku. Kropka.

> Zobacz więcej zdjęć z wrocławskiego koncertu
> Relacja z rockmetal.pl

środa, 28 października 2009

Dyjak: Nie piję i łowię ryby

— Moje opowieści będą zawsze alkoholowe — twierdzi Marek Dyjak, bard. — Nie ma znaczenia, że nie będę pił jakiś czas, a może nawet do końca życia nie tknę butelki. Wódką jestem tak przesiąknięty.


Szalenie cenię szczerość. I cenię też, gdy ludzie potrafią szczerze opowiadać. Widać, że życiowe doświadczenie odkrywa wszystkie karty i... dodaje skrzydeł? Taki jest właśnie Marek Dyjak, który wlewał w siebie trzy litry wódki dziennie aż postanowił skończyć ze sobą. Lekarz stwierdził zgon, ale on otworzył oczy — i to tak szeroko otworzył, że przestał pić, a wrócił do piosenki. Bo kiedyś śpiewał i zdobywał szereg festiwalowych wyróżnień. Dziś talent się odrodził.

Ten wywiad zapowiadał koncert Dyjaka w Olsztynie. Gdy z nim rozmawiałam, akurat siedział z wędką nad wodą.

Mówią o panu: polski Tom Waits, bo wódka, ulica i śpiew.
— Jestem jednym z naczelnych pijaków i barowych meneli w Polsce. Odsłoniłem karty swojego życia i zrobiło się o mnie głośno. A przecież takich ludzi jak ja, jest bardzo dużo. Wódka zaprowadziła mnie tam, gdzie zaprowadziła — były w tym dobre rzeczy, ale były też śmiertelne.

Powiesił się pan na drzewie blisko domu.
— Ale przeżyłem, wywinąłem się śmierci. Nie jest jednak to moja zasługa. Linę odcięła żona... Nie jestem wierzący i nie wierzę w żadnego wymyślonego przez ludzi boga. Mój bóg się nie przedstawił, ale wiem, że jest, bo zwrócił mnie w całości. Ale nie chodzę po kościołach, nie robię żadnej nagonki, nie nawracam, bo nie wiem, jak ten mój bóg się nazywa. Może jest kobietą?

A może ma pan anioła stróża?
— Jakiś kontakt na pewno jest, bo ja go wyczuwam.

Kiedy pojawił się w pana życiu alkohol?
— Byłem dzieciakiem, ale udzieliłem już tylu wywiadów na temat alkoholizmu, że nie chcę już o sobie i alkoholizmie opowiadać. To jest banalne. Wystarczy przejść się na pierwszy lepszy mityng alkoholowy i wszystko można usłyszeć. Moja historia nie różni się od historii innych ludzi. Ja się jednak podniosłem.

I to jest pana siła.
— Byłem w ostatniej fazie chronicznego uzależnienia i miałem wszystkie punkty, przez jakie alkoholik przechodzi. Stanąłem przed ostatnim — przed śmiercią. Podniosłem się, ale to nie jest moja zasługa. Przeszedłem wszystkie terapie, ale one gówno są warte. Można tylko spędzić czas z alkoholikami, tyle. Niczym się nie różnię od żebrzącego pana spod budki z piwem. Moja choroba jest nieuleczalna, więc w każdej chwili mogę mieć nawrót.

A muzyka? Pomaga utrzymać się na powierzchni?
— Muzyka ma szanse uzasadniać stan, w którym się znajduję. To wyraz głębokiego żalu, a ja miałem różne historie — krzywdziłem i byłem krzywdzony. Moje opowieści będą zawsze alkoholowe. Nie ma znaczenia, że nie będę pił jakiś czas, a może nawet do końca życia nie tknę butelki. Wódką jestem tak przesiąknięty, że to fatum będzie zawsze we mnie. Załatwiłem się na tyle, że pewnie pociągnę z jeszcze kilka lat, może z dychę — jak będę się starał. Dlatego wódka zawsze będzie w mojej muzyce. Zacząłem pić jako młody chłopak. Miałem dwadzieścia lat i piłem do teraz. To jest moja pierwsza przerwa i pierwsze uderzenie. Wszystkie detoksy, na jakich bywałem, to żart. Dostawałem padaczki, wpadałem na leczenie, czułem się lepiej i piłem od nowa. W końcu umarłem.

I zaczął pan mówić o swojej słabości...
— Ale nie mam potrzeby publicznej spowiedzi. Nie chodzę na żadne mityngi i nie mówię pani tego wszystkiego po to, by było mi lepiej. Jest mi dobrze — siedzę sobie na rybach i patrzę się w spławik. Są gorsze rzeczy jak alkoholizm. Siedzę dokładnie w miejscu, gdzie kilka miesięcy temu prosiłem kolegę wędkarza, by poszedł się odtruć. Mówiłem, że załatwię, pomogę... Dwa tygodnie temu zniknął z tego miejsca... Później był jego pogrzeb. Dlatego moje gadanie o wychodzeniu z nałogu jest bez sensu. Mamy na to niewielki wpływ. Nawet jak chcemy — my, alkoholicy — to w tym państwie jest tak, że trudno się dostać na dobrowolną terapię. Trzeba czekać, mieć układy, pieniądze. 99,9 procent alkoholików nie ma szans, by stanąć na nogi. A przecież akcyza na wódkę kosztuje tyle i tyle. Wystarczyłoby przeznaczyć z tej puli 10 procent na leczenie. Jestem stuprocentowym gazerem uzależnionym od wódki, ale nie czuję się przywódcą stada, by cokolwiek mówić na ten temat. Zacznę się popisywać, a za tydzień napiję się i wyjdę na kretyna. Nawroty są tak silne, że człowiek jest w stanie wszystko zrobić, by nie zwariować.

Zaciska pan zęby?
— To moja tajemnica. Każdy ma inny sposób na niepicie. Lepiej pomówmy o koncercie w Olsztynie. Przyjeżdżam z zespołem i będziemy promować płytę „Jeszcze raz Dyjak”. Niestety nie będzie pani Stanisławy Celińskiej ze mną, bo trudno mi ściągać ją do jednej piosenki. Nie będzie też Włodzimierza Nahornego, z którym nagrałem „Jej portret”. Rzadko się zdarza, aby sam kompozytor zagrał na czyjejś płycie, ale na mojej się zgodził. Bo to jest też facet po przejściach — niepijący alkoholik. Pani Stanisława też ponad dwadzieścia lat nie pije. Tak wyszło, tak się zgraliśmy.

Olsztyn też nie jest panu obcy.
— Najpierw byłem tu na detoksie, który jest najbardziej chujowym detoksem na świecie. Nawet nie chodzi mi o to, że papieru toaletowego tu nie ma. Wyobraża sobie pani, że na detoksie w Olsztynie można kupić za 5 zł setkę denaturatu z colą? I to od pielęgniarki! Ale w Olsztynie czuję się jak u siebie. Jestem takim łazęgą, że właściwie wszędzie jestem jak u siebie. Kloszardem będę zawsze! W Olsztynie jednak mam od cholery przyjaciół, a Janusz Cichoń to mój wybitny przyjaciel i serdeczny człowiek. W czasach mojego głębokiego alkoholizmu ratował mnie, pomagał. To człowiek wielkiej klasy. Bardzo gorąco go pozdrawiam! No i macie jeziora, a ja lubię łowić ryby. Moja żona ma działkę niedaleko Olsztyna i czasami przyjeżdżam tam z wędką. Mieszkam teraz na Śląsku, ale dwa kilometry od domu mam piękne łowisko — rzekę Wartę i jestem zwarty.

Pana żona to złota kobieta...
— Nie da się ukryć. To kobieta, która kiedyś odcięła mnie od liny i przeżyła wszystkie moje najgorsze stany. Nie wiem, jak mam to powiedzieć... Love is blindness?

Śpiewa pan dla niej?

— Nie. Zawsze wkurzali mnie faceci, którzy mówili, że uratowała ich miłość. Gdy to słyszałem, mroziło mnie i miałem ochotę puścić pawia. Ale muszę szczerze powiedzieć, że tak było! Myślenie o żonie było jednym z powodów mojej trzeźwości i tego, że stoję z wędką nad stawem i nie potrzebuję się napić. I że niedługo zaśpiewam w Olsztynie. Śpiewanie to — przyznam pani — najczystsza rzecz w życiu. Wszelkiej maści grzechy popełniałem, ale w śpiewaniu — na trzeźwo, po pijaku — znajduję przekonanie, że jest to uczciwe. Nawet jak się pomylę, pobełkoczę, wynika to z instynktu, który u alkoholika jest rzadki. To uczciwość.

wtorek, 27 października 2009

„Odlot”, czyli wesołe jest życie staruszka

Stare, ale jare? „Odlot” to wzruszająca historia potwierdzająca, że nigdy nie można rezygnować z marzeń. Nawet, gdy na głowie pojawia się siwizna, a wszyscy wysyłają cię do domu starców. Zdecydowanie starość to radość!


Pierwszy był i tak Mariusz Sieniewicz, który w wydanej dwa lata temu „Rebelii” daje starcom głos. Dziadkowie bezustannie upokarzani, surowo karani za najmniejsze nieposłuszeństwo, cierpliwie znoszą swój los. Do czasu. W ślady Mariusza idzie Disney — co prawda w trochę innym tonie, bo w pozytywnym i bajkowym. Tu nie ma rebelii, tu jest sentyment, posmak przemijania i wierność swoim ideałom.

„Odlot” to pierwsza bajka, która — zdaje mi się — pokazuje staruszka jako człowieka. Nie jest to ani kukła, a ni przyrząd do piastowania wnuków czy sadzenia kwiatków w ogrodzie. W „Odlocie” to właśnie stetryczały dziadek Carl jest głównym bohaterem. To właśnie on dźwiga dom na swoich barkach (prawie dosłownie), to właśnie on wspina się po skałach, walczy o sprawiedliwość i dobro, a przede wszystkim realizuje swoje niespełnione marzenia. Nie waha się nawet rzucić swoją sztuczną szczęką, by uratować przyjaciół. Dla mnie fantastycznie! Młodzi widzowie trzymają więc kciuki nie za młode, piękne i piersiaste kukiełki, ale za wiarę w dane sobie obietnice. I to też dowód na to, że mężczyzna zawsze pozostaje chłopcem.


Carl podróżuje we własnym domu unoszonym przez setki balonów, a w wyprawie do Ameryki — i to nie byle jakiej, bo do Południowej — przypadkowo towarzyszy mu pewien tępawy i grubawy ośmiolatek. Jednak prawdziwa akcja zaczyna się dopiero po dotarciu na miejsce, gdzie dwóch podróżników spotyka dziwacznego ptaka Stefana i mówiącego ludzkim głosem psa, w którym się zakochałam na amen! As — niczym wiewiór z "Epoki lodowcowej" czy osioł ze "Shreka" — jest boskim bohaterem drugiego planu. W 3D wygląda fantastycznie!


Przygody bohaterów wokół egzotycznego wodospadu nawiązują do serii wypadów w dzikie dżungle Indiany Jonesa. Dziadek wprost wymiata swoją siłą, jest supermanem i superdziadkiem w jednym. Na pewno uroku dodaje mu też świetna animacja. Dlatego stawiam wielki plus „Odlotowi”, bo nie to, że mądry, to jeszcze wzruszający film. I to nic, że fabuła może wydawać się banalna, ale od czego są bajki? Mają zachwycać w inny sposób. Ja się wzruszyłam. Naprawdę! Ze trzy łzy mi popłynęły. No, może cztery.

poniedziałek, 26 października 2009

Zakazana kawa z Wrocławia

Z kawą do kina wchodzić nie wolno! Kawę trzeba wylać – tak radzi mi bileterka, która jest szlabanem, zakazem i Bóg wie kim jeszcze w kinie. Rządzi.


Ludzie są wyrozumiali. Wyrozumiali jak cholera! Przyjeżdżam do Wrocławia i mam w planie spotkanie z koleżanką E. A że mam jeszcze dwie godziny do „cześć po latach”, więc idę do kina. Ale po ośmiogodzinnej jeździe pociągiem marzy mi się wielka kawa. Ogromna! Mam jeszcze kilka minut do filmu, więc odwiedzam Coffee Heaven i wychodzę z gigantycznym kubkiem kofeiny.

Patrzę na zegarek, a tu już seans się zaczyna, więc z kawą gnam do kina. Multikina w Arkadach Wrocławskich.

— Ale pani nie może wejść z tą kawą na salę – wita mnie bileterka.
— A dlaczego?
— Napisane jest, że z napojami z zewnątrz nie wolno wchodzić do sal kinowych.
— Gdzie jest napisane?
— Tu! – pokazuje mi małą naklejoną kartkę tuż przy bramce z biletami.
— A dlaczego dopiero tu, a nie piętro niżej przy kasach?
— Bo to nasze zadanie, aby ludzi z kawami nie wpuszczać.
— I co ja mam teraz z tą kawą zrobić? Nietknięta!
— Nie wiem. Może pani wylać.
— Wylać? Nie po to kupuję kawę, aby ją wylewać!
— To już pani problem, co pani z nią zrobi. Albo pani wyleje, albo wypije. Do kina może pani wchodzić z kawą kupioną tylko w naszym bufecie.
— Ale wy macie kawę z proszku o zapachu popcornu.
— Proszę pani, napisane jest?
— Jest.
— No właśnie. To co pani robi z kawą?

Wypijam. Duszkiem. A do Multikina we Wrocławiu czuję niesmak. Do pani bileterki tym większy, bo nieuprzejmna. Wiem, zakazy, nakazy… Ale małym drukiem na kartce wywieszonej na poziomie kolan? To cios poniżej pasa!

niedziela, 25 października 2009

Cyrk zwierząt nie bawi

Nie mają lekkiego życia… Spojrzałam cyrkowym zwierzętom głęboko w oczy i przeraziłam się ich smutkiem. Ba — przeraziłam się stanem czworonogów! Naćpane? Najwidoczniej! Czy tak powinno się je traktować?


Przyjechał cyrk Korona do Olsztyna. Nie byłam z 20 lat (ups, ja taka stara jestem?), więc idę. Fajne są małpy, które ujeżdżają kucyki. Niezłe są też kozy, które jeżdżą na tych samych konikach. Potem te małe klaczki i ogierki dźwigają na sobie rozszalałe dzieciaki. Podobają mi się też zebry, bo pasiaste i posłuszne. W kółku i w kółko biegają.


Czoło chylę przed słoniami, które — mimo iż niezgrabne — z wdziękiem siadają na metalowe podstawy. Ale przyjrzałam się słoniowi stojącemu na uboczu, tyknęłam nawet w ramię znajomych: a co on taki naćpany?


Klauni? Krew mnie zalewa, bo wygłupiać potrafi się każdy. Kupuję tylko jeden numer i to też na zasadzie promocji dla dwóch takich, co księżyc chcieliby ukraść, ale pewnie za dużo piją i ręce im się trzęsą.


Do cyrku idę z aparatem. Kilka dni wcześniej umawiam się z facetem od promocji, że chcę zrobić kilka zdjęć. Mówi, że pogada z szefową i zadzwoni, ale słowa nie dotrzymuje. Nie odbiera też telefonu. Ma kaca, czy nie chce, abym robiła zdjęcia?

Już w cyrku zagaduję z jakimś gościem, że jestem z gazety i chcę mieć kilka cyrkowych ujęć. Idzie spytać szefową, czy mi wolno. Zgodziła się, więc wyjmuję aparat i uwieczniam akrobacje i fiki-miki. Ale nie jest to łatwe — co i raz podchodzi do mnie obsługa: ALEŻ TU OBOWIĄZUJE KATEGORYCZNY ZAKAZ ROBIENIA ZDJĘĆ! Z dziesięciu facetów do mnie podchodzi, a mnie za każdym razem krew zalewa. Może lepiej, gdybym na czole napisała, że mam pozwolenie?

W przerwie na arenie pojawia się szefowa. Pozwala mi wejść do zoo z aparatem — czyli tam, gdzie wszystkie zwierzaki stoją (czasem leżą) w klatkach. I tu oczy w słup!

Podchodzę do zebr, które tak żywiołowo biegały wokół areny, a które teraz stoją jak zaklęte. Naćpane? Nie ja jedyna jestem tego zdania. Tak samo owce, niektóre konie. Ale nie wszystkie — były też dwa łby, które przyciągały uwagę i pozwalały się ze sobą fotografować.

W środku jest ciemno, nie chcę męczyć zwierząt fleszem...

Cyrkowe zwierzęta nie wiedzą, co to jest przyjemność życia w naturze. Zabierana jest im wolność i zabroniona swoboda ruchu. W zamian otrzymują więzienie w małych śmierdzących klatkach, baty treserów, różne okrutne metody tresury, strach, ból i cierpienie. Wszystko po to, aby mogły pokazać bezsensowne, wytresowane numery cyrkowe. Życie zwierzęcia cyrkowego nie ma nic wspólnego z naturalną egzystencją. Te biedne zwierzęta całe swoje życie muszą spędzić albo w ciasnych klatkach, często zakute w łańcuchy (tak jak słonie), albo na arenie, w strachu przed batem tresera. Na arenie zwierzęta mogą się chociaż poruszać, ale 80-90% życia spędzają w klatkach, często tak ciasnych, że z ledwością pozwalających na obrócenie się. Ale życie w klatkach to tylko wstęp do prawdziwych męczarni, które nazywane są tresurą.

Nie zastanawiałam się nigdy nad życiem zwierząt w cyrku. Miałam nadzieję, że ktoś myśli za mnie — że są kontrole, badania i dobrzy ludzie. Ale teraz zaczynam się zastanawiać… Bo dlaczego te zwierzaki są takie osowiałe?

Wszystkie zwierzęta tresowane są pod biczem tresera. Treserzy stosują zasadę: "zmusić biczem do uległości". To wszystko odbywa się w imię zdobywania pieniędzy i zadowolenia ludzi, którzy chcą się bawić kosztem innych istot, nie zważając na ich ból i cierpienie. A przecież, jak to udowadnia tzw. "cyrk chiński", można się w cyrku świetnie bawić bez udziału tresury zwierząt.
(Niewesołe oblicze cyrku)