Cudze chwalicie, swego nie znacie. Wiele w tym prawdy — wystarczy spojrzeć na swój świat pod odpowiednim kątem, aby się w nim zakochać. Wystarczy spojrzeć na niego z balonu...
— Co tu pani robi, pani Ado? — zapytała krowa zaraz po wylądowaniu balonem. Kosz się przewrócił, więc wyglądaliśmy przezabawnie. Ale zanim się wygramoliliśmy, krowa zdążyła już się znudzić. Jej łaciate koleżanki też. Tym bardziej, że z balona uszło powietrze, więc horyzont znów stał się widoczny. Znów można było przeżuwać.
Trochę bardziej ciekawski był gospodarz, który znudzony wiejską monotonią, przybiegł i złapał się za głowę. Wyglądał mniej więcej tak, jakby zobaczył ufo. A przecież nic kosmicznego się nie stało. Po prostu wylądowaliśmy. Bo gdy się leci balonem, nie zna się celu swojej wędrówki. Balon leci z wiatrem, a wiatr na różnych wysokościach wieje w różnych kierunkach. To jedyna możliwość "sterowania".
Gdzie wylądowaliśmy? Gdzieś w okolicach Kętrzyna i tyle z mojej geograficznej znajomości Mazur. To zresztą mniej ważne, bo wszystkie pola wyglądają podobnie. Krowy zresztą też. Istotne jest to, co w górze, a przyznać muszę, że Mazury z lotu ptaka wyglądają oszałamiająco. Zwłaszcza przy takiej pogodzie, gdy słońce przygrzewa, a pojedyncze chmury gdzieś leniwie uciekają. Nic, tylko uciec gdzieś w przestrzeń...
Wystartowaliśmy z Mrągowa i kierowaliśmy się w stronę Kętrzyna. Pod nami zieleń, błękit jezior i malutkie domki. Pod nami też ptaki... Bo lecieliśmy na wysokości kilometra. Czy coś więcej muszę mówić? Wystarczy oglądać. A co widać? Czos, Juno, Juksty, Salęt… Po prostu Mazury. W oddali Mamry, Śniardwy — w zależności, w którą stronę spojrzeć. Bo widoczność tego dnia sięgała aż stu kilometrów.
Balon prowadził Dariusz Brzozowski, z którym już raz leciałam. Wystartowaliśmy wtedy po piątej rano, więc świat z lotu ptaka wyglądał zupełnie inaczej. Jak? Zobacz. Wtedy też pan Darek opowiedział mi, że wszystkie swoje balony nazywa kobiecymi imionami. Jest Catharina, jest Ksenia... Kiedy przyjechałam tym razem, od razu spytałam, jaką balonicą polecimy.
— To nowy balon, kilka dni temu przyjechał do nas z Niemiec — uśmiechnął się pan Darek. — Będzie więc miał na imię Ada! Jeszcze żaden mój balon nie ma imienia na "a". Teraz będzie miał!
Hmm... Myślicie, że balonowi do twarzy z moim imieniem?
poniedziałek, 19 września 2011
poniedziałek, 5 września 2011
Przedszkolaki: Antenki na zielonej łące
O ulubionych bajkowych bohaterach opowiadają dzieciaki z olsztyńskiego Przedszkola Miejskiego nr 29. Boki zrywać!
Co to jest bajka?
— To takie coś wymyślone tylko dla dzieci.
— Tak historia, która została stworzona na komputerze i włożone są w nią różne postaci.
A jakie znacie postacie z bajek?
— Osobiście znam kota w butach. To taki kot, co ma buty, kapelusz i nóż. Właściwie ma szablę.
— I ten kot mówi!
— A ja znam żółwie ninja! One walczą i ratują świat.
— Myszka Miki też jest bohaterem, ma spodenki i dwa białe kropki na nich.
— Czarne kropki ma! Nie znasz się!
— Ma czarne uszy i to jest pewne.
— Ja lubię Teletubisie. Mają na głowach antenki i mieszkają na zielonej łące.
— To są rogi, a nie antenki!
— A moją ulubioną postacią jest Roszpunka — taka malutka królewna.
— Ona wcale nie jest mała. Ona jest wielka! I ma długie włosy!
— Jej marzeniem jest zobaczyć latające lampiony.
— A ja lubię smerfy. To takie niebieskie ludki w spodenkach, białych kapeluszach i z ogonami.
— Smurfy nie mają ogonów!
— Mają, takie niebieskie jak one!
— A ja uwielbiam „Gwiezdne wojny”. To taka akcjowa bajka. Jest w niej dużo misji i walk. I są miecze różnego koloru.
A znacie Kaczora Donalda?
— To taki kaczor, który naprawdę nazywa się kaczor Duffy!
— On nie nosi majtek.
— I podróżuje wszędzie. Na przykład w Olsztynie.
— A na pustyni szuka skarbów.
— Ja chcę opowiedzieć o bajce Chip i Dale. Oni są wiewiórkami i przeżywają różne przygody. Na przykład muszą wejść pod ziemię i zrobić coś z myszami. Albo zdobywają ser wyjęty z tej ziemi.
— Fu! I zjedli go?
— Pożarli!
— Ja wolę Toma i Jerrego. To bardzo skomplikowana bajka o kocie i myszy. Kot poluje na mysz i tworzy różne wynalazki. Stworzył nawet myszowego robota, ale nie pomógł. Potem stworzył pistolet w kształcie myszy. Też nie pomógł. Jerry nie został zjedzony.
— Ja uwielbiam Barbie! Bo ma długie jasne włosy i różową suknię.
— Tak, Barbie jest piękna...
A chłopcy lubią Barbie?
— Nieeee!
— Barbie jest tylko dla dziewczyn.
— My, chłopcy, wolimy bajki dla mężczyzn.
![]() |
| Fot. Wojtek Benedyktowicz |
Co to jest bajka?
— To takie coś wymyślone tylko dla dzieci.
— Tak historia, która została stworzona na komputerze i włożone są w nią różne postaci.
A jakie znacie postacie z bajek?
— Osobiście znam kota w butach. To taki kot, co ma buty, kapelusz i nóż. Właściwie ma szablę.
— I ten kot mówi!
— A ja znam żółwie ninja! One walczą i ratują świat.
— Myszka Miki też jest bohaterem, ma spodenki i dwa białe kropki na nich.
— Czarne kropki ma! Nie znasz się!
— Ma czarne uszy i to jest pewne.
— Ja lubię Teletubisie. Mają na głowach antenki i mieszkają na zielonej łące.
— To są rogi, a nie antenki!
— A moją ulubioną postacią jest Roszpunka — taka malutka królewna.
— Ona wcale nie jest mała. Ona jest wielka! I ma długie włosy!
— Jej marzeniem jest zobaczyć latające lampiony.
— A ja lubię smerfy. To takie niebieskie ludki w spodenkach, białych kapeluszach i z ogonami.
— Smurfy nie mają ogonów!
— Mają, takie niebieskie jak one!
— A ja uwielbiam „Gwiezdne wojny”. To taka akcjowa bajka. Jest w niej dużo misji i walk. I są miecze różnego koloru.
A znacie Kaczora Donalda?
— To taki kaczor, który naprawdę nazywa się kaczor Duffy!
— On nie nosi majtek.
— I podróżuje wszędzie. Na przykład w Olsztynie.
— A na pustyni szuka skarbów.
— Ja chcę opowiedzieć o bajce Chip i Dale. Oni są wiewiórkami i przeżywają różne przygody. Na przykład muszą wejść pod ziemię i zrobić coś z myszami. Albo zdobywają ser wyjęty z tej ziemi.
— Fu! I zjedli go?
— Pożarli!
— Ja wolę Toma i Jerrego. To bardzo skomplikowana bajka o kocie i myszy. Kot poluje na mysz i tworzy różne wynalazki. Stworzył nawet myszowego robota, ale nie pomógł. Potem stworzył pistolet w kształcie myszy. Też nie pomógł. Jerry nie został zjedzony.
— Ja uwielbiam Barbie! Bo ma długie jasne włosy i różową suknię.
— Tak, Barbie jest piękna...
A chłopcy lubią Barbie?
— Nieeee!
— Barbie jest tylko dla dziewczyn.
— My, chłopcy, wolimy bajki dla mężczyzn.
wtorek, 16 sierpnia 2011
"Smooth criminal" w wielu odsłonach
Dobra piosenka dwoi się i troi. Ba, mnoży się jak szalona — przechodzi z ust do ust, z instrumentów na instrumenty, z uszu na uszy. Dobry cover to najlepsza wizytówka pierwowzoru. A co powiecie na "Smooth criminal"?
Podłość ludzka nie zna granic — tak mówiła Bożena Dykiel w "Wyjściu awaryjnym". Pal licho jej słowa! Moja wersja brzmi "pomysłowość ludzka nie zna granic" i dotyczy "Smooth criminal" Michaela Jacksona. Król popu stworzył utwór, który dla wielu jest inspiracją. Ile głosów, tyle aranżacji... Ach!
"Smooth criminal" to jeden z moich ulubionych kawałków. Ale ja jedynie mogę sobie popukać palcem w blat stołu — w ten niepowtarzalny rytm, w ten typowo "majkelowy" bit. Ale są też tacy, którzy ten rytm czują po swojemu. Nie bez powodu człowiek wymyślił cover.
David Garrett potrafi nieźle naszarpać. Tylko co na to struny? Facet zaczął grać na skrzypcach, gdy zdmuchnął czwartą świeczkę na urodzinowym torcie. Ale nie dostał instrumentu w prezencie... Podwędził go starszemu bratu i tak się w skrzypach rozkochał, że w wieku 5 lat wygrał pierwszy konkurs, a w wieku 7 lat dawał już koncerty. Gdy podrósł, zapuścił włosy, stał się bożyszczem kobiet, a "Smooth criminal" w jego wykonaniu brzmi oszałamiająco.
Ci panowie też mogą nieźle zszarpać nerwy. 2Cellos to rewelacyjni Chorwaci dający czadu na wiolonczelach. Duet tworzą starszy Stjepan Hauser i młodszy Luka Šulić. Brawo, chłopcy!
Ta wersja nieźle rozkołysze. J. Viewz to pseudonim artystyczny producenta z Izraela, Jonathana Dagana, wykonującego muzykę elektroniczną połączoną z jazzem.
Alien Ant Farm grają ostrzej niż zwykł to robić Michael Jackson. Ale to właśnie dzięki jego piosence grupa odniosła sukces. Album, na którym znajdował się ów cover, nosił nazwę "ANThology". Krążek został odznaczony jako jeden z najlepiej sprzedających się albumów w USA w 2001 roku oraz otrzymał tytuł platynowej płyty.
Igor Presnyakov gra na gitarze jak mało kto. Facet urodził się w Moskwie, ale zakochał się w Holandii i tu mieszka na stałe. Połączenie rosyjskiego talentu z wiatrakami naprawdę może zwalic z nóg!
Alex DePue też nieźle wymiata na skrzypcach...
Tę wersję nazywam pościelową. Kevah zrobił ze "Smooth criminal" domową przytulankę. Pościelówkę nawet!
Kolejny przykład Michaela na ostro w wykonaniu Testora — thrashmetalowego zespołu z Warszawy. Co prawda w nie moim guście, ale chłopaki — Mirek i Wiesław Jung z kumplami — nieźle się bawią.
A na koniec oryginał...
Podłość ludzka nie zna granic — tak mówiła Bożena Dykiel w "Wyjściu awaryjnym". Pal licho jej słowa! Moja wersja brzmi "pomysłowość ludzka nie zna granic" i dotyczy "Smooth criminal" Michaela Jacksona. Król popu stworzył utwór, który dla wielu jest inspiracją. Ile głosów, tyle aranżacji... Ach!
"Smooth criminal" to jeden z moich ulubionych kawałków. Ale ja jedynie mogę sobie popukać palcem w blat stołu — w ten niepowtarzalny rytm, w ten typowo "majkelowy" bit. Ale są też tacy, którzy ten rytm czują po swojemu. Nie bez powodu człowiek wymyślił cover.
David Garrett potrafi nieźle naszarpać. Tylko co na to struny? Facet zaczął grać na skrzypcach, gdy zdmuchnął czwartą świeczkę na urodzinowym torcie. Ale nie dostał instrumentu w prezencie... Podwędził go starszemu bratu i tak się w skrzypach rozkochał, że w wieku 5 lat wygrał pierwszy konkurs, a w wieku 7 lat dawał już koncerty. Gdy podrósł, zapuścił włosy, stał się bożyszczem kobiet, a "Smooth criminal" w jego wykonaniu brzmi oszałamiająco.
Ci panowie też mogą nieźle zszarpać nerwy. 2Cellos to rewelacyjni Chorwaci dający czadu na wiolonczelach. Duet tworzą starszy Stjepan Hauser i młodszy Luka Šulić. Brawo, chłopcy!
Ta wersja nieźle rozkołysze. J. Viewz to pseudonim artystyczny producenta z Izraela, Jonathana Dagana, wykonującego muzykę elektroniczną połączoną z jazzem.
Alien Ant Farm grają ostrzej niż zwykł to robić Michael Jackson. Ale to właśnie dzięki jego piosence grupa odniosła sukces. Album, na którym znajdował się ów cover, nosił nazwę "ANThology". Krążek został odznaczony jako jeden z najlepiej sprzedających się albumów w USA w 2001 roku oraz otrzymał tytuł platynowej płyty.
Igor Presnyakov gra na gitarze jak mało kto. Facet urodził się w Moskwie, ale zakochał się w Holandii i tu mieszka na stałe. Połączenie rosyjskiego talentu z wiatrakami naprawdę może zwalic z nóg!
Alex DePue też nieźle wymiata na skrzypcach...
Tę wersję nazywam pościelową. Kevah zrobił ze "Smooth criminal" domową przytulankę. Pościelówkę nawet!
Kolejny przykład Michaela na ostro w wykonaniu Testora — thrashmetalowego zespołu z Warszawy. Co prawda w nie moim guście, ale chłopaki — Mirek i Wiesław Jung z kumplami — nieźle się bawią.
A na koniec oryginał...
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
Jak zrobić kampera?
Ślimak ma dobrze, bo podróżuje z domem na plecach. My mamy lepiej, bo jeździmy po Europie z własnym łóżkiem. Jesteśmy lepsi od ślimaka, bo... szybsi. Zrobienie kampera własnymi rękami to też pomysł na oszczędne zwiedzanie świata. I jaka satysfakcja!
Wszystkiemu winien jest Louis de Funes, a właściwie Ludovic Cruchot, czyli bohater „Żandarma z Saint-Tropez”. Tak facet ganiał na ekranie, że aż się nam zachciało — mnie i Zbyszkowi, mojej drugiej połowie — zobaczyć jego komisariat na żywo. Ale jak pojechać do Saint-Tropez? Pociągiem? Odpada. Za długo, za męcząco. Samolotem? Polecimy w jedno miejsce — do pobliskiej Nicei i niewiele zobaczymy. Samochodem? Ale gdzie spać? Hotele na Lazurowym Wybrzeżu zabijają cenami. Może więc podróżować palcem po mapie? Odpada! Jesteśmy za bardzo łakomi na takie zabawy. Mamy wielki apetyt na zwiedzanie. Lubimy się przemieszczać, wpadać tu i ówdzie, smakować to i tamto, żeby potem wspominać. Żeby spakować sporą walizę wspomnień na stare lata.
Przepis na podróż
Zanim zaczynam pisać ten tekst, Zbyszek przykazuje mi: „Napisz, że mam pomysły genialne, zwariowane, a czasem takie sobie”. Coś w tym jest, bo to właśnie on pewnego dnia mówi: „Kupmy samochód z pustą paką i przeróbmy go tak, aby w nim spać. Potem pojedziemy do Saint-Tropez”. Czy to pomysł zwariowany? Genialny? Nie potrafię włożyć go do żadnej szuflady, ale wiem, że nie jest byle jaki. Zaczynamy więc przeszukiwać serwisy aukcyjne i w końcu trafiamy na białego, niemieckiego „nastolatka” w przystępnej cenie. Teraz tylko po niego jechać, kupić i zakasać rękawy. A dlaczego nie zainwestować w oryginalnego kampera? Żeby kupić porządny samochód, trzeba wyłożyć grubo ponad 30 tysięcy. Tańsze mają już ponad dwadzieścia lat na karku, a o stanie silnika trudno coś powiedzieć. Atutem jest tylko domek przymocowany do szoferki. Jego wnętrze też często pozostawia wiele do życzenia...
Kłujące plastry
Pusta paka naszego auta wygląda przerażająco. Od czego tu zacząć? Od łatania dziur! Znajdujemy kilka małych w podwoziu, więc kupujemy matę szklaną, żywicę epoksydową i zaczynamy łatać. Na szczęście szczelin nie ma wiele, więc szybko przychodzi czas na dalszą zabawę. Potem wyciszamy i ocieplamy samochód. Do tego służy nam wełna mineralna kupiona w markecie budowlanym. Za tę część odpowiedzialna jestem ja, więc chwytam za pędzel, nasączam go w kleju i przyklejam do ścian samochodu miękkie i kłujące w palce plastry. W dwa wieczory wygłuszam całą pakę, a Zbyszek w tym czasie zajmuje się elektryką. Wymyśla, że w samochodzie musimy mieć kontakt na 220V i światło na suficie włączane jak w domu — zaraz przy wejściu. I jak mówi, tak robi. W międzyczasie odwiedza nas kurier, który przywozi kupiony w internecie składany fotel z karetki. Widać, że swoje przeżył, ale lepszego nie mogliśmy znaleźć. Przywiercamy go do grodzi, jaka dzieli pakę z szoferką. Służą nam do tego dwa płaskowiniki.
Guma i światło
Kolejny punkt naszej zabawy to osłonięcie ścian paki. Kupujemy płytę pilśniową, wycinamy ją na wymiar i przymocowujemy do stalowych elementów samochodu. Pod spodem ukrywamy wszystkie kable. Na płytę przyklejamy wykładzinę, która zamienia nasze autko w przyjemne pomieszczenie. Aż nie chce się z niego wychodzić! Na podłogę — też wygłoszoną — kładziemy z kolei gumowaną wykładzinę. Na suficie montujemy trzy halogeny i zacieramy ręce — teraz tylko meblować i w drogę!
Spanie na styropianie
Wyposażenie wnętrza nie może być ciężkie, bo każde obciążenie wpływa na zużycie paliwa. A im mniej samochód pali, tym lepiej. Znajdujemy więc w szwedzkim markecie granatową rozkładaną kanapę, która idealnie pasuje do naszego wnętrza, a w dodatku zrobiona jest ze styropianu! Trafiony, zatopiony! Dwie osoby mieszczą się na niej idealnie, więc nie ma co grymasić — lepszej nie znajdziemy. W tym samy sklepie dokupujemy wiszące materiałowe — miękkie i lekkie — szuflady. Przeznaczone są do szafy, ale montujemy je na haczyku zwisającym z sufitu i wciskamy między oparcie kanapy i ściankę.
Bambus i panele
Kanapę wciskami między nadkola — oparciem w stronę tylnych drzwi. Tuż za nią stawiamy kufer zbity z paneli podłogowych (cienkie, lekkie i wytrzymałe). W środku będziemy przechowywać pościel i luźne drobiazgi. Tuż obok stawiamy dodatkowy akumulator, dzięki któremu mamy prąd! Nie chcemy obciążać tego, który służy silnikowi. Dokupujemy też przetwornicę prądu i dzięki niej możemy ładować komórki, laptopa albo baterie do aparatu. W ładowaniu akumulatora z kolei pomaga nam panel słoneczny, który znajduje swoje miejsce na dachu. Między kufer a oparcie wkładamy drewnianą kratkę ogrodową, która zazwyczaj upiększa ludziom balkony. Dzięki temu nic z tyłu — jeśli postawimy coś na kufer — nie poleci nam na głowy. Kratkę oczywiście przycinamy na wymiar, a żeby ją zasłonić, wieszamy roletę z bambusa. Też przycięta wedle potrzeb. Wygląda wyśmienicie!
Prysznic na stacji
A gdzie toaleta? Tego brakuje w naszym samochodzie, ale w dzisiejszych czasach każda stacja benzynowa ma WC, a nawet prysznic. Można się umyć za ok. 5 zł lub 2 euro. Można też kombinować i myć się za darmo w toaletach dla niepełnosprawnych. Wygodnym wyjściem z sytuacji jest też wizyta na kempingu. Ceny za nocleg w Polsce wahają się ok. 30 zł za samochód i dwie osoby, a zagranicą trzeba wyłożyć ok. 6-7 euro.
Lodówka i krzesełka
Na wyposażeniu naszego samochodu znajduje się też składany stolik, który zajmuje śmiesznie mało miejsca, a bez którego nie wyobrażam sobie żadnego posiłku. Do tego dorzucamy jeszcze dwa składane krzesełka, butlę na gaz i czajnik, żeby zagotować wodę na kawę, herbatę albo zupkę chińską. Ważna jest też lodówka samochodowa, która w swoim wnętrzu kryje podczas każdej podróży chleb, konserwy i słodycze. Schłodzona woda w ciepłych krajach też okazuje się być na wagę złota!
Croissanty przed Cannes
Samochód zrobiony, więc trzeba się wybrać do Luisa de Funesa. Z wypiekami na twarzy odpalamy autko, które potocznie nazywamy już kamperem i... w drogę! Obieramy kierunek i czujemy się wolni — zatrzymujemy się tam, gdzie chcemy i zwiedzamy to, co nas interesuje. Jedziemy przez Szwajcarię, gapimy się na szczyty Alp, szukamy znanych z reklamy fioletowych krów i nie dowierzamy: nasz własnoręcznie zrobiony kamper zdaje egzamin! Docieramy w końcu do Saint-Tropez, parkujemy pod palmami i cieszymy się, że właśnie spełnia się nasze marzenie. Moczymy nogi w wodzie, jemy croissanty, liczymy ekskluzywne jachty, chodzimy śladami sierżanta Cruchota i planujemy dalsze zwiedzanie. Jest Cannes, Monaco, Nicea... Jest też Mediolan, Werona, Wenecja... Trochę nie po drodze do Polski, ale w końcu od czego ma się samochód z łóżkiem?
W kółko i pod prąd
Saint-Tropez i Wenecja strasznie nas nakręcają na kolejne wypady. Jeździmy sporo po Polsce, zaliczamy też Litwę. Nasza ostatnia podróż trwa prawie dwa tygodnie — zaczyna się w Amsterdamie, a kończy w Barcelonie. Po drodze zaliczamy Goudę, Rotterdam, belgijską Antwerpię, Brukselę, a potem zwiedzamy Paryż, gdzie wspinamy się na wieżę Eiffla. Później odbijamy nad ocean i byczymy się na półwyspie Quiberon. Zaliczamy też La Rochelle, Bordeaux i Lourdes. Wisienką na torcie jest Hiszpania i boska architektura Antonio Gaudiego — m.in. Park Güell i La Sagrada Família. W drodze powrotnej zaliczamy też m.in. Cadaques, gdzie nasze auto ledwo przeciska się przez wąskie i strome uliczki. Po powrocie do Polski licznik pokazuje nam, że zrobiliśmy 7259 kilometrów i spaliliśmy ok. 600 litrów paliwa. Oj, bije po kieszeni, ale wrażenia są bezcenne. A jak w czasie podróży smakują konserwy i pasztet! Palce lizać!
Piętro niżej bez problemów
Zakup „zwykłego auta”, a nie oryginalnego kampera okazuje się trafiony jeszcze z innego powodu. W wielu miastach mobilne domki nie mogą parkować. Inne samochody nie mają takich ograniczeń, co jest wielką wygodą i frajdą. Bo nic tak nie cieszy, jak zatrzymanie się tuż pod wieżą Eiffla! Nic tak nie bawi, jak znalezienie miejsca w cieniu pod palmą. Olbrzymem nie można też wjechać do wielu podziemnych parkingów. W sytuacji, gdy wszystkie wolne miejsca na zewnątrz są zajęte, wjazd „piętro niżej” okazuje się zbawieniem.
Podróżowanie wciąga... Pokonywanie kilometrów uzależnia, a zwiedzanie rozochoca. Zniechęcają tylko ceny paliw, ale im wcześniej zacznie się „odkładać” na wyjazd, tym więcej można przejechać. Bo przecież podróże kształcą, a to najlepsza inwestycja.
Więcej podróży na tym blogu znajdziesz TU.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Wszystkiemu winien jest Louis de Funes, a właściwie Ludovic Cruchot, czyli bohater „Żandarma z Saint-Tropez”. Tak facet ganiał na ekranie, że aż się nam zachciało — mnie i Zbyszkowi, mojej drugiej połowie — zobaczyć jego komisariat na żywo. Ale jak pojechać do Saint-Tropez? Pociągiem? Odpada. Za długo, za męcząco. Samolotem? Polecimy w jedno miejsce — do pobliskiej Nicei i niewiele zobaczymy. Samochodem? Ale gdzie spać? Hotele na Lazurowym Wybrzeżu zabijają cenami. Może więc podróżować palcem po mapie? Odpada! Jesteśmy za bardzo łakomi na takie zabawy. Mamy wielki apetyt na zwiedzanie. Lubimy się przemieszczać, wpadać tu i ówdzie, smakować to i tamto, żeby potem wspominać. Żeby spakować sporą walizę wspomnień na stare lata.
Przepis na podróż
Zanim zaczynam pisać ten tekst, Zbyszek przykazuje mi: „Napisz, że mam pomysły genialne, zwariowane, a czasem takie sobie”. Coś w tym jest, bo to właśnie on pewnego dnia mówi: „Kupmy samochód z pustą paką i przeróbmy go tak, aby w nim spać. Potem pojedziemy do Saint-Tropez”. Czy to pomysł zwariowany? Genialny? Nie potrafię włożyć go do żadnej szuflady, ale wiem, że nie jest byle jaki. Zaczynamy więc przeszukiwać serwisy aukcyjne i w końcu trafiamy na białego, niemieckiego „nastolatka” w przystępnej cenie. Teraz tylko po niego jechać, kupić i zakasać rękawy. A dlaczego nie zainwestować w oryginalnego kampera? Żeby kupić porządny samochód, trzeba wyłożyć grubo ponad 30 tysięcy. Tańsze mają już ponad dwadzieścia lat na karku, a o stanie silnika trudno coś powiedzieć. Atutem jest tylko domek przymocowany do szoferki. Jego wnętrze też często pozostawia wiele do życzenia...
![]() |
| Pierwsze koty za płoty... |
Kłujące plastry
Pusta paka naszego auta wygląda przerażająco. Od czego tu zacząć? Od łatania dziur! Znajdujemy kilka małych w podwoziu, więc kupujemy matę szklaną, żywicę epoksydową i zaczynamy łatać. Na szczęście szczelin nie ma wiele, więc szybko przychodzi czas na dalszą zabawę. Potem wyciszamy i ocieplamy samochód. Do tego służy nam wełna mineralna kupiona w markecie budowlanym. Za tę część odpowiedzialna jestem ja, więc chwytam za pędzel, nasączam go w kleju i przyklejam do ścian samochodu miękkie i kłujące w palce plastry. W dwa wieczory wygłuszam całą pakę, a Zbyszek w tym czasie zajmuje się elektryką. Wymyśla, że w samochodzie musimy mieć kontakt na 220V i światło na suficie włączane jak w domu — zaraz przy wejściu. I jak mówi, tak robi. W międzyczasie odwiedza nas kurier, który przywozi kupiony w internecie składany fotel z karetki. Widać, że swoje przeżył, ale lepszego nie mogliśmy znaleźć. Przywiercamy go do grodzi, jaka dzieli pakę z szoferką. Służą nam do tego dwa płaskowiniki.
Guma i światło
Kolejny punkt naszej zabawy to osłonięcie ścian paki. Kupujemy płytę pilśniową, wycinamy ją na wymiar i przymocowujemy do stalowych elementów samochodu. Pod spodem ukrywamy wszystkie kable. Na płytę przyklejamy wykładzinę, która zamienia nasze autko w przyjemne pomieszczenie. Aż nie chce się z niego wychodzić! Na podłogę — też wygłoszoną — kładziemy z kolei gumowaną wykładzinę. Na suficie montujemy trzy halogeny i zacieramy ręce — teraz tylko meblować i w drogę!
Spanie na styropianie
Wyposażenie wnętrza nie może być ciężkie, bo każde obciążenie wpływa na zużycie paliwa. A im mniej samochód pali, tym lepiej. Znajdujemy więc w szwedzkim markecie granatową rozkładaną kanapę, która idealnie pasuje do naszego wnętrza, a w dodatku zrobiona jest ze styropianu! Trafiony, zatopiony! Dwie osoby mieszczą się na niej idealnie, więc nie ma co grymasić — lepszej nie znajdziemy. W tym samy sklepie dokupujemy wiszące materiałowe — miękkie i lekkie — szuflady. Przeznaczone są do szafy, ale montujemy je na haczyku zwisającym z sufitu i wciskamy między oparcie kanapy i ściankę.
![]() |
| Spanie już gotowe! |
Bambus i panele
Kanapę wciskami między nadkola — oparciem w stronę tylnych drzwi. Tuż za nią stawiamy kufer zbity z paneli podłogowych (cienkie, lekkie i wytrzymałe). W środku będziemy przechowywać pościel i luźne drobiazgi. Tuż obok stawiamy dodatkowy akumulator, dzięki któremu mamy prąd! Nie chcemy obciążać tego, który służy silnikowi. Dokupujemy też przetwornicę prądu i dzięki niej możemy ładować komórki, laptopa albo baterie do aparatu. W ładowaniu akumulatora z kolei pomaga nam panel słoneczny, który znajduje swoje miejsce na dachu. Między kufer a oparcie wkładamy drewnianą kratkę ogrodową, która zazwyczaj upiększa ludziom balkony. Dzięki temu nic z tyłu — jeśli postawimy coś na kufer — nie poleci nam na głowy. Kratkę oczywiście przycinamy na wymiar, a żeby ją zasłonić, wieszamy roletę z bambusa. Też przycięta wedle potrzeb. Wygląda wyśmienicie!
![]() |
| Prawie full exclusive! |
Prysznic na stacji
A gdzie toaleta? Tego brakuje w naszym samochodzie, ale w dzisiejszych czasach każda stacja benzynowa ma WC, a nawet prysznic. Można się umyć za ok. 5 zł lub 2 euro. Można też kombinować i myć się za darmo w toaletach dla niepełnosprawnych. Wygodnym wyjściem z sytuacji jest też wizyta na kempingu. Ceny za nocleg w Polsce wahają się ok. 30 zł za samochód i dwie osoby, a zagranicą trzeba wyłożyć ok. 6-7 euro.
![]() |
| Filmowa żandarmeria w Saint-Tropez |
Lodówka i krzesełka
Na wyposażeniu naszego samochodu znajduje się też składany stolik, który zajmuje śmiesznie mało miejsca, a bez którego nie wyobrażam sobie żadnego posiłku. Do tego dorzucamy jeszcze dwa składane krzesełka, butlę na gaz i czajnik, żeby zagotować wodę na kawę, herbatę albo zupkę chińską. Ważna jest też lodówka samochodowa, która w swoim wnętrzu kryje podczas każdej podróży chleb, konserwy i słodycze. Schłodzona woda w ciepłych krajach też okazuje się być na wagę złota!
| Zupka w Cannes |
Croissanty przed Cannes
Samochód zrobiony, więc trzeba się wybrać do Luisa de Funesa. Z wypiekami na twarzy odpalamy autko, które potocznie nazywamy już kamperem i... w drogę! Obieramy kierunek i czujemy się wolni — zatrzymujemy się tam, gdzie chcemy i zwiedzamy to, co nas interesuje. Jedziemy przez Szwajcarię, gapimy się na szczyty Alp, szukamy znanych z reklamy fioletowych krów i nie dowierzamy: nasz własnoręcznie zrobiony kamper zdaje egzamin! Docieramy w końcu do Saint-Tropez, parkujemy pod palmami i cieszymy się, że właśnie spełnia się nasze marzenie. Moczymy nogi w wodzie, jemy croissanty, liczymy ekskluzywne jachty, chodzimy śladami sierżanta Cruchota i planujemy dalsze zwiedzanie. Jest Cannes, Monaco, Nicea... Jest też Mediolan, Werona, Wenecja... Trochę nie po drodze do Polski, ale w końcu od czego ma się samochód z łóżkiem?
![]() |
| Cannes |
![]() | |
| Wenecja |
W kółko i pod prąd
Saint-Tropez i Wenecja strasznie nas nakręcają na kolejne wypady. Jeździmy sporo po Polsce, zaliczamy też Litwę. Nasza ostatnia podróż trwa prawie dwa tygodnie — zaczyna się w Amsterdamie, a kończy w Barcelonie. Po drodze zaliczamy Goudę, Rotterdam, belgijską Antwerpię, Brukselę, a potem zwiedzamy Paryż, gdzie wspinamy się na wieżę Eiffla. Później odbijamy nad ocean i byczymy się na półwyspie Quiberon. Zaliczamy też La Rochelle, Bordeaux i Lourdes. Wisienką na torcie jest Hiszpania i boska architektura Antonio Gaudiego — m.in. Park Güell i La Sagrada Família. W drodze powrotnej zaliczamy też m.in. Cadaques, gdzie nasze auto ledwo przeciska się przez wąskie i strome uliczki. Po powrocie do Polski licznik pokazuje nam, że zrobiliśmy 7259 kilometrów i spaliliśmy ok. 600 litrów paliwa. Oj, bije po kieszeni, ale wrażenia są bezcenne. A jak w czasie podróży smakują konserwy i pasztet! Palce lizać!
![]() |
| Quiberon |
![]() |
| Barcelona - La Sagrada Família |
![]() |
| Barcelona - Parc Güell |
Piętro niżej bez problemów
Zakup „zwykłego auta”, a nie oryginalnego kampera okazuje się trafiony jeszcze z innego powodu. W wielu miastach mobilne domki nie mogą parkować. Inne samochody nie mają takich ograniczeń, co jest wielką wygodą i frajdą. Bo nic tak nie cieszy, jak zatrzymanie się tuż pod wieżą Eiffla! Nic tak nie bawi, jak znalezienie miejsca w cieniu pod palmą. Olbrzymem nie można też wjechać do wielu podziemnych parkingów. W sytuacji, gdy wszystkie wolne miejsca na zewnątrz są zajęte, wjazd „piętro niżej” okazuje się zbawieniem.
Podróżowanie wciąga... Pokonywanie kilometrów uzależnia, a zwiedzanie rozochoca. Zniechęcają tylko ceny paliw, ale im wcześniej zacznie się „odkładać” na wyjazd, tym więcej można przejechać. Bo przecież podróże kształcą, a to najlepsza inwestycja.
Więcej podróży na tym blogu znajdziesz TU.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
środa, 27 lipca 2011
Jakby lało... Manu Chao!
Lipiec w tym roku nas nie oszczędza. Ale co tam — muzyka potrafi rozgrzać lepiej niż słońce. Ba, a muzyka stworzona pod hiszpańskim słońcem jeszcze bardziej!
Antidotum na lipcowy deszcz i samopoczucie "pod psem" — Manu Chao. Gdy parno, duszno i żółto od promieni, też słucha się świetnie!
Ekspresja, zywiołowośc, radość z muzyki i super zabawa to najprostsza definicja sukcesu tego pochodzącego z Hiszpanii a wychowanego na przedmieściach Paryża chłopca, który podbił świat swoją muzyką. Dla mnie, zakochanej we Francji i gustującej ponad wszystko w klimatach hiszpańskich to idealne połączenie!
Pobawmy się razem!
Antidotum na lipcowy deszcz i samopoczucie "pod psem" — Manu Chao. Gdy parno, duszno i żółto od promieni, też słucha się świetnie!
Ekspresja, zywiołowośc, radość z muzyki i super zabawa to najprostsza definicja sukcesu tego pochodzącego z Hiszpanii a wychowanego na przedmieściach Paryża chłopca, który podbił świat swoją muzyką. Dla mnie, zakochanej we Francji i gustującej ponad wszystko w klimatach hiszpańskich to idealne połączenie!
Pobawmy się razem!
czwartek, 21 lipca 2011
Gortat: Szparag z wolą walki
— Zawodnik NBA jest jak żołnierz Legii Cudzoziemskiej — jeśli nie maszeruje, ginie — przyznaje Marcin Gortat, jedyny polski koszykarz grający w NBA.
W telewizji tego nie widać, ale Marcin Gortat na żywo jest co najmniej wzrostu wieży Eiffela! A do tego mocna głowa i przyjazny uśmiech. Pewnie dlatego dzieciaki lgną do niego jak lep na muchy. Pewnie dlatego Marcin prowadzi dla nich treningi "Marcin Gortat Camp".
Wzrost to w koszykówce atut. A w życiu?
— Wiadomo, że każdemu człowiekowi o nietypowych wymiarach — czy to bardzo wysokiemu, czy bardzo niskiemu — nie jest łatwo. Wszystko, co nas otacza, jest dostosowane do ludzi o średnim wzroście. Trudno się temu dziwić, bo przecież takich jest najwięcej. Niby mówi się, że ktoś taki jak statystyczny Polak, który ma na przykład pół kota nie istnieje, ale producenci absolutnie wszystkich dóbr dopasowują je do jak największej liczby klientów, a ci są średniego wzrostu. Kupno ubrań to problem codzienny, ale zakup samochodu, czy budowa domu to już sprawy znacznie poważniejsze. Zwróćmy uwagę choćby na taki detal jak drzwi. Jeśli osoba bardzo wysoka chce mieć w swoim domu drzwi, w których nie będzie musiała się schylać, ale będą to drzwi o standardowej szerokości, wtedy będą one nienaturalnie wąskie. Jeśli będę chciał zachować właściwe proporcje drzwi, będą one miały bardzo dużą powierzchnię i trudno będzie je otwierać. Ale to tylko drzwi... Jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi to bardzo wysocy mają na pewno łatwiej niż ludzie niscy. Wprawdzie jedni i drudzy bywają postrzegani jak dziwolągi, to jednak ludzie wysocy budzą respekt. Człowiekowi niskiemu natomiast ludzie mali klasą, a nie wzrostem mogą nawrzucać od konusów czy kurdupli. Wydaje im się, że ktoś taki będzie się bał w jakikolwiek sposób odgryźć. Oczywiście, zdarza się i to często, że mój wzrost wzbudza zainteresowanie. Na szczęście przejawia się ono w gestach sympatii.
Masz 214 cm wzrostu, więc pewnie nie jest ci łatwo kupić ciuchy na wymiar...
— W Stanach Zjednoczonych, gdzie nie brakuje ludzi wysokich, nie jest to takie trudne. W Polsce pewnie do dziś miałbym z tym problemy... Dla mojej mamy kupienie ciuchów na piętnastoletniego szparaga o wzroście dwóch metrów było heroicznym wyczynem!
Zawodnicy NBA to — jak powiedziałeś w jednym z wywiadów — najdoskonalsze maszyny na świecie. Co więc robisz, aby być ciągle naoliwionym?
— No cóż, można powiedzieć, że robię wszystko to, co każdy człowiek, który chce utrzymać dobrą kondycję. Robię to jednak… o wiele intensywniej. Właściwe odżywianie, zachowanie proporcji między wysiłkiem i odpoczynkiem, odpowiedni trening. Chociaż… „odpowiedni trening”, to może łatwo się mówi, ale człowiek musi ćwiczyć na pełnych obrotach, dawać z siebie wszystko. Ci, którzy utrzymują się w lidze, to właśnie faceci, którzy potrafią wykrzesać z siebie wszystkie siły na treningach. To ci, którzy mają nieprzeciętną motywację do dalszej pracy, do pokonywania samych siebie, do ciągłego przekraczania barier pozornie wydających się być poza zasięgiem. Do tego należy dodać jeszcze jedną rzecz — kwalifikacje zawodnika w NBA są stale weryfikowane. Są setki młodych, utalentowanych, ambitnych zawodników, którzy tylko czekają na to, żeby wskoczyć na miejsce gracza NBA. Nad tym, który ma chwilę słabości, nikt nie będzie biadolił i głaskał go po główce. To trochę tak jak z maksymą żołnierzy Legii Cudzoziemskiej — kto nie maszeruje, ten ginie. Grupa zawodników NBA jest odtwarzana w wyniku niezwykle ostrej selekcji. To dlatego są oni najdoskonalszymi maszynami na świecie.
A na ile ważna jest głowa w sporcie?
— To warunek konieczny do osiągnięcia sukcesu. Na pewno nie wystarczający, ale bez wątpienia konieczny. Iluż to ja widziałem chłopaków, którzy na treningach dawali z siebie wszystko i we wszystkich elementach byli bliscy perfekcji, ale gdy tylko wychodzili na parkiet, całe powietrze z nich uchodziło. Byli cieniami samych siebie. Nie umieli udźwignąć ciężaru gry. To właśnie głowa ich zawodziła. Tu nie chodzi o to, żeby każdy sportowiec miał umysł Alberta Einsteina, lecz o to, żeby wytrzymał psychicznie — miał wolę walki. Powinien być gotów w każdej chwili stanąć do rywalizacji i to z założeniem, że niezależnie od klasy przeciwnika, będzie robił absolutnie wszystko, żeby wbić go w parkiet. Do tego sama fizyczna siła i szybkość nie wystarczą. Tu chodzi o siłę woli, czy wręcz o biologiczny instynkt przetrwania.
Trening czyni mistrza... Sport to uzależnienie?
— Chyba rzeczywiście to uzależnienie, ale na pewno bardzo zdrowe. Już nie raz, po zakończeniu sezonu, mówiłem sobie, że nie dotknę przez jakiś czas piłki. Wytrzymywałem może dwa dni. Może pani nazwać to uzależnieniem, ale jeśli mam do wyboru nałogowe uprawianie sportu, używki, czy hazard, to chyba bez cienia wątpliwości to pierwsze jest zdecydowanie najlepsze. Wydaje mi się, że takim zdrowym uzależnieniem dotknięci są wszyscy zawodnicy, którzy stale pną się w górę. Jesteśmy profesjonalistami i czasami mówi się o takich ludziach, że swoją profesję oddzielają od życia prywatnego. W przypadku koszykarzy to raczej tak nie wygląda. Nie ma czegoś takiego, że po treningu zamykają się za mną drzwi hali sportowej, a koszykówka zostaje za nimi. Pewnie już się pani domyśla, o czym rozmawiam z kolegami koszykarzami, kiedy zdarza nam się wspólnie spędzać wolny czas...
NBA daje sławę... Czy tylko?
— NBA to nie tylko blaski, ale i cienie. Z rzeczy pozytywnych wymieniłbym dwie — pieniądze i poczucie wartości. Powiedzenie, że pieniądze to nie wszystko, na pewno jest prawdziwe. Ale nawet w polskiej komedii pod tym tytułem bohaterowie dopisali jego dalszy ciąg — że bez pieniędzy wszystko to… i tu pada pewne wulgarne słowo. Dzięki dużym pieniądzom, jakie zarabia się w NBA, można sobie pozwolić na mnóstwo rzeczy niedostępnych dla innych ludzi. Ponadto NBA dowartościowuje każdego zawodnika i to bardzo. Choć to truizm, to warto go powtórzyć — zawodnicy NBA to koszykarska elita elit i całe nasze otoczenie daje nam to odczuć na każdym kroku. To poczucie, że osiągnęło się „coś” jest bardzo ważne. Widzimy, że nasz ciężki wysiłek został nagrodzony. NBA oznacza też sławę, ale już ta poza pozytywami ma też niewątpliwie strony negatywne. Czasami zainteresowanie fanów może być po ludzku uciążliwe i męczące. Mówię to nie po to, żeby się skarżyć, ale tak po prostu jest. Z tym muszę się jednak pogodzić.
A jak zmienia życie „sportowe nastawienie”?
— Dla mnie to przede wszystkim chęć rywalizacji i pokonywania barier. Te cechy bardzo przydają się też w życiu. Każdy z nas na pewno spotkał na swojej drodze człowieka, którego określić można mianem tarana, dynamitu, czy wulkanu energii. To ludzie, których każda nowa przeszkoda nie zniechęca, ale motywuje. Wydaje mi się, że właśnie taki zespół cech wytwarza w człowieku też sportowe nastawienie. Myślę, że takim ludziom jest w życiu łatwiej bo oni, w przeciwieństwie do malkontentów, nigdy się nie poddają.
Jak przekonasz malucha, który — mimo iż się stara — cały czas nie może trafić do kosza?
— Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Dziecko to bardzo delikatna konstrukcja psychiczna i łatwo ją uszkodzić. Z jednej strony muszę przekonać dzieci, że koszykówka może być pasjonująca, a wiadomo, że do dzieci najłatwiej jest przemówić zabawą. Z drugiej nie można też dziecku stale powtarzać, żeby się nie przejmowało, bo w ten sposób możemy wykształcić w nim przekonanie, że niczym nie musi się przejmować. Wydaje mi się, że dzieci rozumieją znacznie więcej niż się czasem dorosłym wydaje. Dają sobie wytłumaczyć, że jeśli piłka nie trafia do kosza, to nie jest to wina piłki, kosza, butów, „rąbka u spódnicy”. Wiedzą, że błąd tkwi w nich samych, ale mogą te błędy korygować. I jeśli wszystko wykonają poprawnie, piłka w końcu wpadnie do kosza. Zapewniam, że do dzieci takie tłumaczenie przemawia.
Jakie zdanie powtarzasz dzieciakom podczas każdego z campów?
— Przede wszystkim to, że realizacja ich marzeń zależy w pierwszym rzędzie od nich samych. Przekonuję je, że upór, pracowitość, skrupulatność w wypełnieniu poleceń trenera, mogą je wynieść bardzo wysoko.
W telewizji tego nie widać, ale Marcin Gortat na żywo jest co najmniej wzrostu wieży Eiffela! A do tego mocna głowa i przyjazny uśmiech. Pewnie dlatego dzieciaki lgną do niego jak lep na muchy. Pewnie dlatego Marcin prowadzi dla nich treningi "Marcin Gortat Camp".
Wzrost to w koszykówce atut. A w życiu?
— Wiadomo, że każdemu człowiekowi o nietypowych wymiarach — czy to bardzo wysokiemu, czy bardzo niskiemu — nie jest łatwo. Wszystko, co nas otacza, jest dostosowane do ludzi o średnim wzroście. Trudno się temu dziwić, bo przecież takich jest najwięcej. Niby mówi się, że ktoś taki jak statystyczny Polak, który ma na przykład pół kota nie istnieje, ale producenci absolutnie wszystkich dóbr dopasowują je do jak największej liczby klientów, a ci są średniego wzrostu. Kupno ubrań to problem codzienny, ale zakup samochodu, czy budowa domu to już sprawy znacznie poważniejsze. Zwróćmy uwagę choćby na taki detal jak drzwi. Jeśli osoba bardzo wysoka chce mieć w swoim domu drzwi, w których nie będzie musiała się schylać, ale będą to drzwi o standardowej szerokości, wtedy będą one nienaturalnie wąskie. Jeśli będę chciał zachować właściwe proporcje drzwi, będą one miały bardzo dużą powierzchnię i trudno będzie je otwierać. Ale to tylko drzwi... Jeśli chodzi o relacje z innymi ludźmi to bardzo wysocy mają na pewno łatwiej niż ludzie niscy. Wprawdzie jedni i drudzy bywają postrzegani jak dziwolągi, to jednak ludzie wysocy budzą respekt. Człowiekowi niskiemu natomiast ludzie mali klasą, a nie wzrostem mogą nawrzucać od konusów czy kurdupli. Wydaje im się, że ktoś taki będzie się bał w jakikolwiek sposób odgryźć. Oczywiście, zdarza się i to często, że mój wzrost wzbudza zainteresowanie. Na szczęście przejawia się ono w gestach sympatii.
Masz 214 cm wzrostu, więc pewnie nie jest ci łatwo kupić ciuchy na wymiar...
— W Stanach Zjednoczonych, gdzie nie brakuje ludzi wysokich, nie jest to takie trudne. W Polsce pewnie do dziś miałbym z tym problemy... Dla mojej mamy kupienie ciuchów na piętnastoletniego szparaga o wzroście dwóch metrów było heroicznym wyczynem!
Zawodnicy NBA to — jak powiedziałeś w jednym z wywiadów — najdoskonalsze maszyny na świecie. Co więc robisz, aby być ciągle naoliwionym?
— No cóż, można powiedzieć, że robię wszystko to, co każdy człowiek, który chce utrzymać dobrą kondycję. Robię to jednak… o wiele intensywniej. Właściwe odżywianie, zachowanie proporcji między wysiłkiem i odpoczynkiem, odpowiedni trening. Chociaż… „odpowiedni trening”, to może łatwo się mówi, ale człowiek musi ćwiczyć na pełnych obrotach, dawać z siebie wszystko. Ci, którzy utrzymują się w lidze, to właśnie faceci, którzy potrafią wykrzesać z siebie wszystkie siły na treningach. To ci, którzy mają nieprzeciętną motywację do dalszej pracy, do pokonywania samych siebie, do ciągłego przekraczania barier pozornie wydających się być poza zasięgiem. Do tego należy dodać jeszcze jedną rzecz — kwalifikacje zawodnika w NBA są stale weryfikowane. Są setki młodych, utalentowanych, ambitnych zawodników, którzy tylko czekają na to, żeby wskoczyć na miejsce gracza NBA. Nad tym, który ma chwilę słabości, nikt nie będzie biadolił i głaskał go po główce. To trochę tak jak z maksymą żołnierzy Legii Cudzoziemskiej — kto nie maszeruje, ten ginie. Grupa zawodników NBA jest odtwarzana w wyniku niezwykle ostrej selekcji. To dlatego są oni najdoskonalszymi maszynami na świecie.
A na ile ważna jest głowa w sporcie?
— To warunek konieczny do osiągnięcia sukcesu. Na pewno nie wystarczający, ale bez wątpienia konieczny. Iluż to ja widziałem chłopaków, którzy na treningach dawali z siebie wszystko i we wszystkich elementach byli bliscy perfekcji, ale gdy tylko wychodzili na parkiet, całe powietrze z nich uchodziło. Byli cieniami samych siebie. Nie umieli udźwignąć ciężaru gry. To właśnie głowa ich zawodziła. Tu nie chodzi o to, żeby każdy sportowiec miał umysł Alberta Einsteina, lecz o to, żeby wytrzymał psychicznie — miał wolę walki. Powinien być gotów w każdej chwili stanąć do rywalizacji i to z założeniem, że niezależnie od klasy przeciwnika, będzie robił absolutnie wszystko, żeby wbić go w parkiet. Do tego sama fizyczna siła i szybkość nie wystarczą. Tu chodzi o siłę woli, czy wręcz o biologiczny instynkt przetrwania.
Trening czyni mistrza... Sport to uzależnienie?
— Chyba rzeczywiście to uzależnienie, ale na pewno bardzo zdrowe. Już nie raz, po zakończeniu sezonu, mówiłem sobie, że nie dotknę przez jakiś czas piłki. Wytrzymywałem może dwa dni. Może pani nazwać to uzależnieniem, ale jeśli mam do wyboru nałogowe uprawianie sportu, używki, czy hazard, to chyba bez cienia wątpliwości to pierwsze jest zdecydowanie najlepsze. Wydaje mi się, że takim zdrowym uzależnieniem dotknięci są wszyscy zawodnicy, którzy stale pną się w górę. Jesteśmy profesjonalistami i czasami mówi się o takich ludziach, że swoją profesję oddzielają od życia prywatnego. W przypadku koszykarzy to raczej tak nie wygląda. Nie ma czegoś takiego, że po treningu zamykają się za mną drzwi hali sportowej, a koszykówka zostaje za nimi. Pewnie już się pani domyśla, o czym rozmawiam z kolegami koszykarzami, kiedy zdarza nam się wspólnie spędzać wolny czas...
NBA daje sławę... Czy tylko?
— NBA to nie tylko blaski, ale i cienie. Z rzeczy pozytywnych wymieniłbym dwie — pieniądze i poczucie wartości. Powiedzenie, że pieniądze to nie wszystko, na pewno jest prawdziwe. Ale nawet w polskiej komedii pod tym tytułem bohaterowie dopisali jego dalszy ciąg — że bez pieniędzy wszystko to… i tu pada pewne wulgarne słowo. Dzięki dużym pieniądzom, jakie zarabia się w NBA, można sobie pozwolić na mnóstwo rzeczy niedostępnych dla innych ludzi. Ponadto NBA dowartościowuje każdego zawodnika i to bardzo. Choć to truizm, to warto go powtórzyć — zawodnicy NBA to koszykarska elita elit i całe nasze otoczenie daje nam to odczuć na każdym kroku. To poczucie, że osiągnęło się „coś” jest bardzo ważne. Widzimy, że nasz ciężki wysiłek został nagrodzony. NBA oznacza też sławę, ale już ta poza pozytywami ma też niewątpliwie strony negatywne. Czasami zainteresowanie fanów może być po ludzku uciążliwe i męczące. Mówię to nie po to, żeby się skarżyć, ale tak po prostu jest. Z tym muszę się jednak pogodzić.
A jak zmienia życie „sportowe nastawienie”?
— Dla mnie to przede wszystkim chęć rywalizacji i pokonywania barier. Te cechy bardzo przydają się też w życiu. Każdy z nas na pewno spotkał na swojej drodze człowieka, którego określić można mianem tarana, dynamitu, czy wulkanu energii. To ludzie, których każda nowa przeszkoda nie zniechęca, ale motywuje. Wydaje mi się, że właśnie taki zespół cech wytwarza w człowieku też sportowe nastawienie. Myślę, że takim ludziom jest w życiu łatwiej bo oni, w przeciwieństwie do malkontentów, nigdy się nie poddają.
Jak przekonasz malucha, który — mimo iż się stara — cały czas nie może trafić do kosza?
— Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa. Dziecko to bardzo delikatna konstrukcja psychiczna i łatwo ją uszkodzić. Z jednej strony muszę przekonać dzieci, że koszykówka może być pasjonująca, a wiadomo, że do dzieci najłatwiej jest przemówić zabawą. Z drugiej nie można też dziecku stale powtarzać, żeby się nie przejmowało, bo w ten sposób możemy wykształcić w nim przekonanie, że niczym nie musi się przejmować. Wydaje mi się, że dzieci rozumieją znacznie więcej niż się czasem dorosłym wydaje. Dają sobie wytłumaczyć, że jeśli piłka nie trafia do kosza, to nie jest to wina piłki, kosza, butów, „rąbka u spódnicy”. Wiedzą, że błąd tkwi w nich samych, ale mogą te błędy korygować. I jeśli wszystko wykonają poprawnie, piłka w końcu wpadnie do kosza. Zapewniam, że do dzieci takie tłumaczenie przemawia.
Jakie zdanie powtarzasz dzieciakom podczas każdego z campów?
— Przede wszystkim to, że realizacja ich marzeń zależy w pierwszym rzędzie od nich samych. Przekonuję je, że upór, pracowitość, skrupulatność w wypełnieniu poleceń trenera, mogą je wynieść bardzo wysoko.
środa, 13 lipca 2011
Przedszkolaki: Rozjechane dziecko po całym dniu
— Dziecko zmęczone jest ledwe i leżące jak placek — o swojej codzienności opowiadają dzieciaki z olsztyńskiego Przedszkola Miejskiego nr 12.
Jak dziecko zaczyna dzień?
— Wstajemy, przeciągamy się i szeroko ziewamy.
— Ja czytam książkę.
— Z samego rana?
— A ja jem śniadanie.
Co lubicie jeść najbardziej?
— Chrupki!
— Każdy ma jakieś ulubione jedzenie.
— Ja jem jajko w majonezie.
— A ja jajecznicę.
— Ja truskawki z bitą śmietaną i to z samego rana!
— Ja makaron.
— A ja tosty albo naleśniki.
— A ja płatki kukurydziane. To są takie chrupki, które wyglądają jak małe chmurki.
Co robicie po jedzeniu?
— Myjemy zęby.
— Szorujemy pastą, szczotką i kubkiem.
— Ty kubkiem szorujesz?
— Nakłada się pastę na szczoteczkę z tubki i fiu!
— Tak jak wodę się leje do kubka, tak z tubki wylewa się pastę na szczoteczkę.
— A potem gramy na komputerze.
W piżamie czy na golasa?
— Ja się ubieram!
— A ja zostaję w piżamie.
— A ja idę do przedszkola, bo tam sprawdzana jest obecność.
— Ja bawię się lalkami, bo mam ich kilka albo rysuję książkę.
— Ja idę do kolegi!
— Na dwór też można wyjść, na plac zabaw albo do przedszkola.
— Tam jemy obiad.
Co najczęściej jecie?
— Hamburgery i frytki.
— Koniecznie z kurczakiem i sałatką.
— Ale hamburgery są niezdrowe!
— Dlatego ja jem owoce, jabłuszko i marchewkę.
— A ja kluski z sosem.
— A ja pieczeń rzymską z buraczkami.
— A po obiedzie idziemy na zajęcia dodatkowe.
A co to są zajęcia dodatkowe?
— To są takie zajęcia, gdzie się ćwiczy.
— Ćwiczymy angielski, tańce, logopedę, rytmikę i korektę.
I pewnie wracacie zmęczeni do domu... Jak wygląda zmęczone dziecko?
— Jest całe spocone i ledwe.
— Jest śpiące i pić mu się chce.
— I znowu by jadł.
— Wszystko go boli — tak właśnie czuje.
— Płakać mu się chce z tego zmęczenia.
— Ja się chyba wypiszę z tej korekty...
— A ja w takim razie z tańców...
— Dziecko zmęczone jest leżące.
— Leżące jak placek.
— Rozkłada materiały i się na nich kładzie. I śpi jak mu się chce spać.
— Albo śpi na cioci.
— Zmęczone dziecko jest rozjechane.
— A jak wypocznie, idzie na kolację.
— Znowu?
— Ja jem jajko w majonezie!
A co robicie po kolacji?
— Różne rzeczy.
— Ja myję zęby.
— A ja jem ser żółty na kolację. A potem serek wiejski.
— Ja rzodkiewkę i kanapkę z wędliną.
— Ja piję wodę.
— A ja „kakało”!
— Ja idę się myć żelem „aktybakteryjnym”.
— Żeby nie śmierdzieć.
— Bo dziecko po całym dniu wydziela różne zapachy.
— A ja idę spać.
Co wam się śni?
— Mi się śni kosmos.
— A mi Barbie, która chodzi po plaży i pływa.
— W moim śnie występują króliki.
— A w moim biegające konie!
— A ja mam zawsze straszny sen. Śni się dużo złych rzeczy i baba jaga.
— Mi też śnią się potwory!
Jak wyglądają potwory?
— Są zielone, czarne i mają trzy oczy.
— Mają aż czterdzieści pięć zębów!
— Potwór jest wielki i ma skrzydło!
— No, jest ogromniasty! I krzyczy do ucha!
— Na twarzy ma oczy!
— A ty gdzie masz oczy?
— O tu.
— A to nie jest twarz?
— Potwór ma krzywe nogi.
— Ma pięć dziurek w nosie.
— I pięćset zębów!
— A nie, bo ma jeden!
— Pięćset! Ja wiem, bo był u mnie we śnie!
— U mnie był z jednym zębem... Ale za to ząb był duży i czarny!
— A mi się śni film, w którym była głowa niemowlaka.
A co myślicie, gdy się obudzicie po takim strasznym śnie?
— Myślimy, że to był bardzo straszny sen.
— Albo że na szczęście to był tylko sen.
— Albo że kolejny dzień przed nami.
— I znowu wszystko to samo.
— I jajko w majonezie na śniadanie!
![]() |
| Fot. Wojtek Benedyktowicz |
Jak dziecko zaczyna dzień?
— Wstajemy, przeciągamy się i szeroko ziewamy.
— Ja czytam książkę.
— Z samego rana?
— A ja jem śniadanie.
Co lubicie jeść najbardziej?
— Chrupki!
— Każdy ma jakieś ulubione jedzenie.
— Ja jem jajko w majonezie.
— A ja jajecznicę.
— Ja truskawki z bitą śmietaną i to z samego rana!
— Ja makaron.
— A ja tosty albo naleśniki.
— A ja płatki kukurydziane. To są takie chrupki, które wyglądają jak małe chmurki.
Co robicie po jedzeniu?
— Myjemy zęby.
— Szorujemy pastą, szczotką i kubkiem.
— Ty kubkiem szorujesz?
— Nakłada się pastę na szczoteczkę z tubki i fiu!
— Tak jak wodę się leje do kubka, tak z tubki wylewa się pastę na szczoteczkę.
— A potem gramy na komputerze.
W piżamie czy na golasa?
— Ja się ubieram!
— A ja zostaję w piżamie.
— A ja idę do przedszkola, bo tam sprawdzana jest obecność.
— Ja bawię się lalkami, bo mam ich kilka albo rysuję książkę.
— Ja idę do kolegi!
— Na dwór też można wyjść, na plac zabaw albo do przedszkola.
— Tam jemy obiad.
Co najczęściej jecie?
— Hamburgery i frytki.
— Koniecznie z kurczakiem i sałatką.
— Ale hamburgery są niezdrowe!
— Dlatego ja jem owoce, jabłuszko i marchewkę.
— A ja kluski z sosem.
— A ja pieczeń rzymską z buraczkami.
— A po obiedzie idziemy na zajęcia dodatkowe.
A co to są zajęcia dodatkowe?
— To są takie zajęcia, gdzie się ćwiczy.
— Ćwiczymy angielski, tańce, logopedę, rytmikę i korektę.
I pewnie wracacie zmęczeni do domu... Jak wygląda zmęczone dziecko?
— Jest całe spocone i ledwe.
— Jest śpiące i pić mu się chce.
— I znowu by jadł.
— Wszystko go boli — tak właśnie czuje.
— Płakać mu się chce z tego zmęczenia.
— Ja się chyba wypiszę z tej korekty...
— A ja w takim razie z tańców...
— Dziecko zmęczone jest leżące.
— Leżące jak placek.
— Rozkłada materiały i się na nich kładzie. I śpi jak mu się chce spać.
— Albo śpi na cioci.
— Zmęczone dziecko jest rozjechane.
— A jak wypocznie, idzie na kolację.
— Znowu?
— Ja jem jajko w majonezie!
A co robicie po kolacji?
— Różne rzeczy.
— Ja myję zęby.
— A ja jem ser żółty na kolację. A potem serek wiejski.
— Ja rzodkiewkę i kanapkę z wędliną.
— Ja piję wodę.
— A ja „kakało”!
— Ja idę się myć żelem „aktybakteryjnym”.
— Żeby nie śmierdzieć.
— Bo dziecko po całym dniu wydziela różne zapachy.
— A ja idę spać.
Co wam się śni?
— Mi się śni kosmos.
— A mi Barbie, która chodzi po plaży i pływa.
— W moim śnie występują króliki.
— A w moim biegające konie!
— A ja mam zawsze straszny sen. Śni się dużo złych rzeczy i baba jaga.
— Mi też śnią się potwory!
Jak wyglądają potwory?
— Są zielone, czarne i mają trzy oczy.
— Mają aż czterdzieści pięć zębów!
— Potwór jest wielki i ma skrzydło!
— No, jest ogromniasty! I krzyczy do ucha!
— Na twarzy ma oczy!
— A ty gdzie masz oczy?
— O tu.
— A to nie jest twarz?
— Potwór ma krzywe nogi.
— Ma pięć dziurek w nosie.
— I pięćset zębów!
— A nie, bo ma jeden!
— Pięćset! Ja wiem, bo był u mnie we śnie!
— U mnie był z jednym zębem... Ale za to ząb był duży i czarny!
— A mi się śni film, w którym była głowa niemowlaka.
A co myślicie, gdy się obudzicie po takim strasznym śnie?
— Myślimy, że to był bardzo straszny sen.
— Albo że na szczęście to był tylko sen.
— Albo że kolejny dzień przed nami.
— I znowu wszystko to samo.
— I jajko w majonezie na śniadanie!
czwartek, 30 czerwca 2011
Bąbel powietrza nad watą cukrową
Można iść z duchem czasu, ale można też lecieć z wiatrem. Balony fascynują ludzi do lat — opierają się technice, szalonej pogoni i pozwalają dostrzec to, co na co dzień nam umyka. A świat widziany z góry zapiera dech w piersiach. To jak, wskakujemy do kosza?
Budzik dzwoni w środku nocy, ale jest to dobra wiadomość. Chwilę po piątej wsiądziemy do balonu, więc warto wstać. Ale najpierw trzeba dojechać do Gałkowa — mazurskiej wsi znanej z hodowli koni. I rzeczywiście — na dzień dobry witają nas rozbrykane konie. I wielki balon wciśnięty między małe chatki. W koszu czekają już na nas Niemcy z aparatami — uczestnicy kursu fotograficznego. Przebiegają nogami i zacierają ręce, bo zapowiada się atrakcyjna podróż! Wskakujemy więc do kosza i wznosimy się w powietrze. Kilka buchów gorącego powietrza i jesteśmy w górze. Nad lasami, polami, jeziorami i liniami dróg. Nad mgłą, która otacza Mazury niczym wata cukrowa. Pięknie jest o poranku!
Bąbel powietrza
Balony fascynują ludzi od dawna. Wzbijają się w powietrze i bezszelestnie przesuwają się po niebie. Jakim więc cudem balon leci?
— Ciepłe powietrze z zewnątrz kreuje inną gęstość powietrza wewnątrz balonu — tłumaczy Dariusz Brzozowski, pilot balonu. — Ciepłe powietrze jest lżejsze i unosi nas nad ziemią. Nie ma niestety możliwości sterowania balonem, bo lecimy z wiatrem. To jest urok latania. Nie wiemy, gdzie wylądujemy, ale w tym tkwi cały urok latania. W tym tkwi adrenalina. Maksymalnie wznosimy się pięćset metrów nad ziemią, a lecimy z prędkością 50 km/h. Nie możemy tego odczuć, bo jesteśmy jak chmura — jak bąbel powietrza, który przesuwa się razem z wiatrem.
Zdziwione krowy
Im więcej ciepłego powietrza, tym wyżej lecimy. Ale mocno wieje, więc trzeba obniżyć lot. Jesteśmy bliżej wierzchołków drzew, leśnych bajorek i gospodarstw domowych. Właśnie na śniadanie wychodzą krowy. Patrzą na nas z ciekawością, wznoszą łby do góry i pewnie nie dowierzają, że dziś chmury wydają się bardziej kolorowe. Jest cisza jak makiem zasiał. Słychać tylko strzały niemieckich migawek i odgłosy zachwytu. Niemcy uwielbiają Mazury — zwłaszcza, gdy patrzą na nie z lotu ptaka. No, z lotu wróbla, bo zniżamy się coraz bardziej. Dolatujemy do polany, gdzie mamy wylądować, ale okazuje się na to za mała. Jednak pilot ma na to sposób. Ociera kosz balonu o wierzchołki drzew, żeby zwolnić. Raptem uderzamy o ziemię. Bum! Przechylamy się na trawę, ale pilot nie daje za wygraną. Kosz się nie przewraca, wszyscy wiwatują. Brawo, pilocie! Okazuje się, że lecieliśmy trzy kwadranse i przemierzyliśmy 30 kilometrów. Aż tak dużo? Na górze nie było czuć tej odległości.
Kredki na początek
Lądowanie wieńczymy lampką szampana — jak na prawdziwych baloniarzy przystało. Wcześniej zwijamy balon i pakujemy go do specjalnego wora. Jesteśmy cali mokrzy od porannej rosy. Przecież wybija dopiero szósta!
— Powłoka waży 330 kilo, a kosz z butlą i palnikami to kolejne 750 kilo — tłumaczy Dariusz Brzozowski. — Balon, którym lecieliśmy, może udźwignąć 16 dorosłych osób i pilota. Ten balon ma na imię Ksenia, bo wszystkie moje balony mają imiona, część od imion dzieci z angielskiego domu dziecka... Gdy na desce kreślarskiej powstał pierwszy balon, dzieci dostały kredki i zaprojektowały jego kolory. Przywieźliśmy im potem gotowy już balon, a matką chrzestną została Catharina, jedna z podopiecznych. Ale nie przypadł jej do gustu balon spakowany w worku. Rozłożyliśmy go i napełniliśmy powietrzem, a wtedy ona obudziła się niczym śpiąca królewna: wow! Bo balony świetnie wyglądają na niebie. Sam, jak zobaczyłem go pierwszy raz w Białymstoku, zakochałem się. I mam tak do dzisiaj.
Budzik dzwoni w środku nocy, ale jest to dobra wiadomość. Chwilę po piątej wsiądziemy do balonu, więc warto wstać. Ale najpierw trzeba dojechać do Gałkowa — mazurskiej wsi znanej z hodowli koni. I rzeczywiście — na dzień dobry witają nas rozbrykane konie. I wielki balon wciśnięty między małe chatki. W koszu czekają już na nas Niemcy z aparatami — uczestnicy kursu fotograficznego. Przebiegają nogami i zacierają ręce, bo zapowiada się atrakcyjna podróż! Wskakujemy więc do kosza i wznosimy się w powietrze. Kilka buchów gorącego powietrza i jesteśmy w górze. Nad lasami, polami, jeziorami i liniami dróg. Nad mgłą, która otacza Mazury niczym wata cukrowa. Pięknie jest o poranku!
Bąbel powietrza
Balony fascynują ludzi od dawna. Wzbijają się w powietrze i bezszelestnie przesuwają się po niebie. Jakim więc cudem balon leci?
— Ciepłe powietrze z zewnątrz kreuje inną gęstość powietrza wewnątrz balonu — tłumaczy Dariusz Brzozowski, pilot balonu. — Ciepłe powietrze jest lżejsze i unosi nas nad ziemią. Nie ma niestety możliwości sterowania balonem, bo lecimy z wiatrem. To jest urok latania. Nie wiemy, gdzie wylądujemy, ale w tym tkwi cały urok latania. W tym tkwi adrenalina. Maksymalnie wznosimy się pięćset metrów nad ziemią, a lecimy z prędkością 50 km/h. Nie możemy tego odczuć, bo jesteśmy jak chmura — jak bąbel powietrza, który przesuwa się razem z wiatrem.
Zdziwione krowy
Im więcej ciepłego powietrza, tym wyżej lecimy. Ale mocno wieje, więc trzeba obniżyć lot. Jesteśmy bliżej wierzchołków drzew, leśnych bajorek i gospodarstw domowych. Właśnie na śniadanie wychodzą krowy. Patrzą na nas z ciekawością, wznoszą łby do góry i pewnie nie dowierzają, że dziś chmury wydają się bardziej kolorowe. Jest cisza jak makiem zasiał. Słychać tylko strzały niemieckich migawek i odgłosy zachwytu. Niemcy uwielbiają Mazury — zwłaszcza, gdy patrzą na nie z lotu ptaka. No, z lotu wróbla, bo zniżamy się coraz bardziej. Dolatujemy do polany, gdzie mamy wylądować, ale okazuje się na to za mała. Jednak pilot ma na to sposób. Ociera kosz balonu o wierzchołki drzew, żeby zwolnić. Raptem uderzamy o ziemię. Bum! Przechylamy się na trawę, ale pilot nie daje za wygraną. Kosz się nie przewraca, wszyscy wiwatują. Brawo, pilocie! Okazuje się, że lecieliśmy trzy kwadranse i przemierzyliśmy 30 kilometrów. Aż tak dużo? Na górze nie było czuć tej odległości.
Kredki na początek
Lądowanie wieńczymy lampką szampana — jak na prawdziwych baloniarzy przystało. Wcześniej zwijamy balon i pakujemy go do specjalnego wora. Jesteśmy cali mokrzy od porannej rosy. Przecież wybija dopiero szósta!
— Powłoka waży 330 kilo, a kosz z butlą i palnikami to kolejne 750 kilo — tłumaczy Dariusz Brzozowski. — Balon, którym lecieliśmy, może udźwignąć 16 dorosłych osób i pilota. Ten balon ma na imię Ksenia, bo wszystkie moje balony mają imiona, część od imion dzieci z angielskiego domu dziecka... Gdy na desce kreślarskiej powstał pierwszy balon, dzieci dostały kredki i zaprojektowały jego kolory. Przywieźliśmy im potem gotowy już balon, a matką chrzestną została Catharina, jedna z podopiecznych. Ale nie przypadł jej do gustu balon spakowany w worku. Rozłożyliśmy go i napełniliśmy powietrzem, a wtedy ona obudziła się niczym śpiąca królewna: wow! Bo balony świetnie wyglądają na niebie. Sam, jak zobaczyłem go pierwszy raz w Białymstoku, zakochałem się. I mam tak do dzisiaj.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Dzień dobry, tu Kamil Bednarek
— Kręci mnie inwestycja w siebie, a nie w panienki i alkohol — przyznaje Kamil Bednarek, wokalista reggae. — Przecież teraz śpiewam przed masą ludzi!
Śpiewający i wygadany młokos. Gdy pojawił się na scenie, czyli spadł jak grom z jasnego nieba, Polska oszalała. Oto i Kamil Bednarek. Tyle tytułem wstępu. Dzień dobry, oto wywiad:
Jesteś chłopakiem z „Mam talent” czy facetem ze Star Guard Muffin?
— E tam, jestem Kamilem Bednarkiem. Po prostu. Jak mnie ludzie poznają na ulicy, też jestem Kamilem Bednarkiem. Jak się kąpię, też jestem Kamil Bednarek, a nie jakaś gruba ryba. Znaczy, że ja cały czas jestem Kamilem Bednarkiem!
Sława nie uderzyła ci do głowy?
— A skąd! Bronię się jak mogę, ale zmieniło się dużo rzeczy. Przede wszystkim mam mało czasu, a na czym cierpi moja rodzina. Tęsknią wszyscy bardzo, ja zresztą też. Cały czas jestem w trasie, ciągle gdzieś mnie gna. Ale to dobrze.
W końcu o tym marzyłeś.
— Po „Mam talent” wszystko się obróciło do góry nogami, ale — jak to się mówi — coś za coś. Kiedyś puknąłbym się w głowę, gdyby ktoś mi powiedział, że Star Guard Muffin zagra na Kortowiadzie przed Gentlemanem! To po Bobie Marley'u mój idol! Kolejne marzenie zaliczone!
A dużo już ci się spełniło?
— Kurczę, już brakuje mi marzeń, bo co i raz się spełniają. Muszę wymyślić sobie nowe, które będę realizował. O, wiem! Chciałbym nagrać płytę na Jamajce i nauczyć się języka patois. Z tym pierwszym będzie trudniej, bo przecież stawiam dopiero pierwsze kroki w reggae. Zainspirowałem się tą muzyką jakieś cztery lata temu, więc cały czas odkrywam te dźwięki. Co do języka, moja w tym głowa, aby się nauczyć. Ode mnie wszystko zależy.
Czasu jednak mało.
— Szukajcie, a znajdziecie. Mogę uczyć się podczas podróży busem. Zamiast liczyć, ile razy głowa mi się kiwa, mogę trzymać książkę na kolanach i zakuwać.
To kiedy zaczynasz?
— No właśnie, kiedy?
A może przeszkodzą ci wino, kobiety i śpiew? To druga strona sławy...
— Nie ze mną te numery! (śmiech) Teraz bardziej kręci mnie inwestycja w siebie, a nie w panienki i alkohol. Chcę się rozwijać, być coraz lepszy na scenie i przy mikrofonie. Przecież teraz śpiewam przed masą ludzi na koncertach! Wiesz, ile ludzi przychodzi? To jest niesamowite, ale też wymagające ogromnego przygotowania. Co z tego, że powiem: „dzień dobry, tu Kamil Bednarek”. Ludzie chcą muzyki.
Śpiewający i wygadany młokos. Gdy pojawił się na scenie, czyli spadł jak grom z jasnego nieba, Polska oszalała. Oto i Kamil Bednarek. Tyle tytułem wstępu. Dzień dobry, oto wywiad:
Jesteś chłopakiem z „Mam talent” czy facetem ze Star Guard Muffin?
— E tam, jestem Kamilem Bednarkiem. Po prostu. Jak mnie ludzie poznają na ulicy, też jestem Kamilem Bednarkiem. Jak się kąpię, też jestem Kamil Bednarek, a nie jakaś gruba ryba. Znaczy, że ja cały czas jestem Kamilem Bednarkiem!
Sława nie uderzyła ci do głowy?
— A skąd! Bronię się jak mogę, ale zmieniło się dużo rzeczy. Przede wszystkim mam mało czasu, a na czym cierpi moja rodzina. Tęsknią wszyscy bardzo, ja zresztą też. Cały czas jestem w trasie, ciągle gdzieś mnie gna. Ale to dobrze.
W końcu o tym marzyłeś.
— Po „Mam talent” wszystko się obróciło do góry nogami, ale — jak to się mówi — coś za coś. Kiedyś puknąłbym się w głowę, gdyby ktoś mi powiedział, że Star Guard Muffin zagra na Kortowiadzie przed Gentlemanem! To po Bobie Marley'u mój idol! Kolejne marzenie zaliczone!
A dużo już ci się spełniło?
— Kurczę, już brakuje mi marzeń, bo co i raz się spełniają. Muszę wymyślić sobie nowe, które będę realizował. O, wiem! Chciałbym nagrać płytę na Jamajce i nauczyć się języka patois. Z tym pierwszym będzie trudniej, bo przecież stawiam dopiero pierwsze kroki w reggae. Zainspirowałem się tą muzyką jakieś cztery lata temu, więc cały czas odkrywam te dźwięki. Co do języka, moja w tym głowa, aby się nauczyć. Ode mnie wszystko zależy.
Czasu jednak mało.
— Szukajcie, a znajdziecie. Mogę uczyć się podczas podróży busem. Zamiast liczyć, ile razy głowa mi się kiwa, mogę trzymać książkę na kolanach i zakuwać.
To kiedy zaczynasz?
— No właśnie, kiedy?
A może przeszkodzą ci wino, kobiety i śpiew? To druga strona sławy...
— Nie ze mną te numery! (śmiech) Teraz bardziej kręci mnie inwestycja w siebie, a nie w panienki i alkohol. Chcę się rozwijać, być coraz lepszy na scenie i przy mikrofonie. Przecież teraz śpiewam przed masą ludzi na koncertach! Wiesz, ile ludzi przychodzi? To jest niesamowite, ale też wymagające ogromnego przygotowania. Co z tego, że powiem: „dzień dobry, tu Kamil Bednarek”. Ludzie chcą muzyki.
sobota, 4 czerwca 2011
Jak spadłam z czterech kilometrów
Upadłam na głowę? Nic z tych rzeczy! W Gryźlinach wyskoczyłam w tandemie ze sprawnego samolotu i leciałam z prędkością wyścigówki. Na ziemię dotarłam cała i zdrowa, ale wrażenia nadal unoszą mnie nad ziemią.
— Przeżyję? — tak zaczynam rozmowę z Grzegorzem „Iwanem” Kucharczykiem, skoczkiem spadochronowym, z którym wyskoczę w tandemie.
— Przeżyjesz, ale tylko w pewnym sensie — uspokaja mnie Iwan. — Po skoku część ciebie urodzi się na nowo. Polecisz na wysokość czterech kilometrów. Potem wyskoczymy z samolotu i będziemy spadali aż do dwóch kilometrów z prędkością 200 km/h. Po minucie otworzymy spadochron i czeka nas jeszcze osiem minut szybowania. Dostaniesz sterówki i sobie posterujesz.
Jak Jennifer Lopez
Zaczynam od ubrania specjalnego uniformu, w którym czuję się jakbym leciała w kosmos. A potem szybkie szkolenie — jak zachować się w powietrzu, jak ułożyć ciało i jak się uśmiechać.
— Teraz zrobimy z ciebie Jennifer Lopez — Iwan zaciska tak uprząż, że jeszcze nigdy tak prosto nie stałam na nogach. — Pierś do przodu, pupa też wyeksponowana. Teraz skoczysz bez obaw!
Prawda, obaw żadnych nie czuję, bo Iwan na to nie pozwala. Facet ma na swoim koncie aż siedem tysięcy skoków — w tym prawie trzy tysiące tandemowych. Skakał w różnych sytuacjach i kombinacjach. Ciekawostką był skok z tandemu paralotniowego w nietypowych warunkach — podczas wyjazdu na snowboard w Alpy austriackie. Skakanie w jego towarzystwie to więc sama przyjemność!
Ready to go!
Silniki samolotu warczą, w środku siedzi kilku palących się do skoku skoczków. Na wysokość czterech kilometrów lecimy szybko. Już po dziesięciu minutach otwierają się drzwi, Iwan przypina się do mnie, a ja wyglądam przez okno. Piękna Warmia pode mną. Kilku obłoków, zieleń i kilka jezior. Ja mam tam skoczyć? W tę przestrzeń? Ale to nie strach tarabani mi w głowie. To ciekawość, bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Skakałam co najwyżej do sklepu po chleb.
Skoczkowie wypadają z samolotu jakby przesiadali się z autobusu na autobus. Pyk i już ich nie widać. Ten widok najbardziej przeraża: faceci są obok mnie, a zaraz porywa ich przestrzeń. W końcu moja kolej. Nie czuję strachu, uśmiecham się i czekam na wrażenia. Iwan puka mnie w ramię: „Ready to go!" Lecimy!
Całusy na wysokościach
Zaraz po wyskoku robimy obrót — taki fikołek w powietrzu. Łapię oddech, rozpościeram ręce i czuję się jak ptak. Wolność jest wokół mnie! Wolność i przestrzeń! Czuję jak pęd powietrza naciąga mi policzki na uszy. Czuję jak spadam, ale to takie przyjemne, że nie myślę o niczym. Czerpię z tej chwili ile mogę, chwytam za ręce Gibu, który filmuje mnie lecąc naprzeciw. Machamy, wysyłamy sobie całusy, wymieniamy się uśmiechami. I pomyśleć, że wszystko dzieje się ponad trzy kilometry nad ziemią! Raptem buch, Iwan otwiera spadochron, zwalniamy w locie i emocje przybierają zupełnie inny smak. Dostaję sterówki, mogę skręcać w prawo, w lewo... Dyndam swobodnie nogami, nic mnie nie ogranicza. Tylko czas, który zbliża mnie do płyty lotniska. Aż nie chce wracać się na ziemię, która mimo iż piękna, serwuje czasem same trudy. A na górze wszystko znika i wyparowuje z głowy. Czy naprawdę musimy lądować?
Skok jak czekolada
Po powrocie na ziemię szumi mi w głowie. Szumi od wiatru i wrażeń. Z niedowierzaniem patrzę w niebo, skąd właśnie wróciłam.
— Ludzie w powietrzu są przezroczyści — mówi Tomasz „Gibu” Grzybowski, skoczek i kamerzysta. — Kiedy spadają, nic nie udają. Albo są przerażeni, albo tryskają radością. Tam, na wysokościach, nie myśli się o kontrolowaniu emocji. Są naturalne. A ty, Ada, śmiałaś się cały czas...
— Skoków nie można z niczym porównać ani nie wiadomo jak je opisać — mówi Iwan. — Bo jak można opowiedzieć komuś o smaku czekolady? Najlepiej samemu spróbować.
Przeczytaj też:
Aż policzki zachodzą za uszy
— Przeżyję? — tak zaczynam rozmowę z Grzegorzem „Iwanem” Kucharczykiem, skoczkiem spadochronowym, z którym wyskoczę w tandemie.
— Przeżyjesz, ale tylko w pewnym sensie — uspokaja mnie Iwan. — Po skoku część ciebie urodzi się na nowo. Polecisz na wysokość czterech kilometrów. Potem wyskoczymy z samolotu i będziemy spadali aż do dwóch kilometrów z prędkością 200 km/h. Po minucie otworzymy spadochron i czeka nas jeszcze osiem minut szybowania. Dostaniesz sterówki i sobie posterujesz.
Jak Jennifer Lopez
Zaczynam od ubrania specjalnego uniformu, w którym czuję się jakbym leciała w kosmos. A potem szybkie szkolenie — jak zachować się w powietrzu, jak ułożyć ciało i jak się uśmiechać.
— Teraz zrobimy z ciebie Jennifer Lopez — Iwan zaciska tak uprząż, że jeszcze nigdy tak prosto nie stałam na nogach. — Pierś do przodu, pupa też wyeksponowana. Teraz skoczysz bez obaw!
Prawda, obaw żadnych nie czuję, bo Iwan na to nie pozwala. Facet ma na swoim koncie aż siedem tysięcy skoków — w tym prawie trzy tysiące tandemowych. Skakał w różnych sytuacjach i kombinacjach. Ciekawostką był skok z tandemu paralotniowego w nietypowych warunkach — podczas wyjazdu na snowboard w Alpy austriackie. Skakanie w jego towarzystwie to więc sama przyjemność!
Ready to go!
Silniki samolotu warczą, w środku siedzi kilku palących się do skoku skoczków. Na wysokość czterech kilometrów lecimy szybko. Już po dziesięciu minutach otwierają się drzwi, Iwan przypina się do mnie, a ja wyglądam przez okno. Piękna Warmia pode mną. Kilku obłoków, zieleń i kilka jezior. Ja mam tam skoczyć? W tę przestrzeń? Ale to nie strach tarabani mi w głowie. To ciekawość, bo jeszcze nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Skakałam co najwyżej do sklepu po chleb.
Skoczkowie wypadają z samolotu jakby przesiadali się z autobusu na autobus. Pyk i już ich nie widać. Ten widok najbardziej przeraża: faceci są obok mnie, a zaraz porywa ich przestrzeń. W końcu moja kolej. Nie czuję strachu, uśmiecham się i czekam na wrażenia. Iwan puka mnie w ramię: „Ready to go!" Lecimy!
Całusy na wysokościach
Zaraz po wyskoku robimy obrót — taki fikołek w powietrzu. Łapię oddech, rozpościeram ręce i czuję się jak ptak. Wolność jest wokół mnie! Wolność i przestrzeń! Czuję jak pęd powietrza naciąga mi policzki na uszy. Czuję jak spadam, ale to takie przyjemne, że nie myślę o niczym. Czerpię z tej chwili ile mogę, chwytam za ręce Gibu, który filmuje mnie lecąc naprzeciw. Machamy, wysyłamy sobie całusy, wymieniamy się uśmiechami. I pomyśleć, że wszystko dzieje się ponad trzy kilometry nad ziemią! Raptem buch, Iwan otwiera spadochron, zwalniamy w locie i emocje przybierają zupełnie inny smak. Dostaję sterówki, mogę skręcać w prawo, w lewo... Dyndam swobodnie nogami, nic mnie nie ogranicza. Tylko czas, który zbliża mnie do płyty lotniska. Aż nie chce wracać się na ziemię, która mimo iż piękna, serwuje czasem same trudy. A na górze wszystko znika i wyparowuje z głowy. Czy naprawdę musimy lądować?
Skok jak czekolada
Po powrocie na ziemię szumi mi w głowie. Szumi od wiatru i wrażeń. Z niedowierzaniem patrzę w niebo, skąd właśnie wróciłam.
— Ludzie w powietrzu są przezroczyści — mówi Tomasz „Gibu” Grzybowski, skoczek i kamerzysta. — Kiedy spadają, nic nie udają. Albo są przerażeni, albo tryskają radością. Tam, na wysokościach, nie myśli się o kontrolowaniu emocji. Są naturalne. A ty, Ada, śmiałaś się cały czas...
— Skoków nie można z niczym porównać ani nie wiadomo jak je opisać — mówi Iwan. — Bo jak można opowiedzieć komuś o smaku czekolady? Najlepiej samemu spróbować.
Przeczytaj też:
Aż policzki zachodzą za uszy
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























