piątek, 17 sierpnia 2012

Niezła jazda staruszków, czyli Gdyński Rajd Historyczny

Gaz do dechy! Na szczęście nie ma takiej potrzeby. Gdyński Rajd Historyczny nie stawia na szybkie dotarcie do celu. Tu liczy się pokonanie każdego punktu podróży. I za to wielki plus!



Czterdzieści samochodów - każde ma swoją historię, każde legendę zapisaną w liczniku, każde wzbudza zainteresowanie. Ot, oldtimery... W każdym aucie kierowca i pilot. W ręce mapa - papierowa podróbka GPS-a, ale właśnie o to chodzi, aby się orientować na trasie. Bo ten rajd to zabawa w podchody - tyle, że dla zmotoryzowanych. No to jazda!


Cała trasa liczy 55 km na terenie Gdyni. Ale nie o kilometrówkę tu chodzi. Również nie o czas, bo nikt się tu nie ściga - zresztą czym? Są bryki z masą koni pod maską, ale są też wozy, które nie grzeszą prędkością. W większości nie ma czym przygazować. Citroenem 2CV? Garbusem? Trabantem? Fiatem 500? Naszą skodą 105s? Przecież w tych wozach nie ma nawet licznika do jazdy dziennej! Jak więc skręcić za 800 metrów w prawo? Trzeba. I właśnie o to chodzi. Jeśli źle skręcisz, nie trafisz do punktu, gdzie czeka na ciebie zagadka. Bez niej ani rusz - trzeba ją rozwiązać, bo w innym wypadku dostajesz punkty karne.


Trasa naszpikowana jest zagadkami nawiązującymi do historii Gdyni - nie bez powodu nazwa imprezy to Gdyński Rajd Historyczny. Ale nie ma obaw - nie trzeba mieć wiedzy na ten temat. Wystarczą głowa na karku, paliwo w baku, nogi i spostrzegawczość. Bo raz trzeba się wdrapać na górę, gdzie stoi kościół, aby poznać datę jego powstania lub policzyć okoliczne kotwice. Innym razem należy dowiedzieć się, jakie cuda sprzedawano na danej ulicy (wywiad środowiskowy niezbędny). W pakiecie "łamigłówek" jest jeszcze wyszukanie najstarszego samochodu w Muzeum Motoryzacji, podanie firm stacjonujących niegdyś na Kamiennej Górze czy przygoda ze zjazdem tyrolskim w parku linowym, ale to nie wszystko. Dużo się dzieje, co widać na załączonych obrazkach.


Nie wygrywamy rajdu, ale to nie znaczy, że numer boczny 32 nie przyniósł nam szczęścia. Dał nam masę frajdy!

Impreza to również wyścigi dla oldtimerów i jazda sprawnościowa. I oczywiście wystawienie się na placu przed Akwarium Gdyńskim ku radości turystów. Niech moc silników będzie z wami!



Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

środa, 11 lipca 2012

Krawczyk: Nie jestem dewot!

— Ojciec zawsze mi powtarzał, że warto dobrze żyć w zgodzie z innymi. Nie ma co się złościć, nie ma co zemścić. Ale ja wiem, że często puszczają nerwy — przyznaje Krzysztof Krawczyk.

 
Krzysztof Krawczyk to facet gawędziarz. Nic dodać, nic ująć.  

Dobrze się pan trzyma...
— Może ktoś mnie lubi tam na górze? A może to błogosławieństwo, jakie spływa na moją rodzinę? Moja matka chrzestna była osobą bardzo głęboko wierzącą, że nawet kapłani do niej przychodzili, żeby się o nich modliła. Może wymodliła się też o dobre samopoczucie dla mnie? Ciągle mam coś do roboty, ciągle jestem w drodze i to mnie trzyma przy życiu. To taka moja adrenalina. Muzyka to dla mnie narkotyk.  

I jest pan uzależniony.
— Jestem! Jedni skaczą na bungee, inni idą na wojnę, a jeszcze inni wychodzą na scenę, stają przed kilkoma tysiącami i walczą, żeby później wrócić do tej samej publiczności. Trzeba się trochę napracować. Jestem odpowiedzialny na scenie i taki być muszę. Nie tylko ja wychodzę na scenę. Są muzycy, ekipa techniczna... Nie mogę sobie nie stanąć przed mikrofonem tylko dlatego, że mam taki kaprys. Może moje podejście też ma wpływ na to, jak się czuję? Dobro popłaca.  

I Bóg zapłać...
— A wie pani co? Ja nie jestem żaden dewot! Wszyscy mi przypisują wielką pobożność, a ja wcale taki nie jestem. Często wątpię i interesuję się świeckim światem — czytam książki niewierzących. I cały czas szukam odpowiedzi na wiele pytań. Ale czy każdy z nas nie szuka?  

Kto pyta, nie błądzi.
— Moim mistrzem był mój ojciec. To był człowiek miłosierny, wielkoduszny, zdolny i bardzo pracowity. Nie obnosił się ze swoją wiedzą. Dużo jeździł, żeby zarobić pieniądze na życie, a czasy kiedyś nie były takie łatwe. Był więc jeszcze dzielny i ja go podziwiałem. Ojciec zawsze mi mówił, co jest czarne, a co białe — uczulał mnie na zło i dobro.  

A co pan najbardziej mu zawdzięcza?
— Ojciec zawsze mi powtarzał, że warto dobrze żyć w zgodzie z innymi. Nie ma co się złościć, nie ma co zemścić. Ja wiem, że często puszczają nerwy. Wiem, że czasem — zwłaszcza gdy jedzie się samochodem — wyzywa się innym kierowców od palantów. Myśli pani, że cicho siedzę podczas jazdy? Klnę jak szewc, a potem gryzę się w język i mam wyrzuty sumienia. Staram się poprawić. Bo wiem, że złe zachowanie wchodzi w krew i potem wielu rzeczy się nie zauważa. Klnie się na kierowcę, a potem na bliskich. Granica się zaciera. A ojciec zawsze mi powtarzał, że lepiej pomagać niż robić na złość. To popłaca i dostaje się o wiele więcej w zamian dobrego niż się dało.  

Miał ojciec rację?
— Miał, a doświadczyłem tego pewnej srogiej zimy. Byłem w trasie i wydałem już wszystkie pieniądze. Bieda była, że aż piszczało, ale trzeba było jakoś żyć i jechać dalej w koncerty, żeby trochę grosza dorobić. Zimno też było jak cholera. I właśnie wtedy zobaczyłem żebraka pod kościołem. Miał sine z zimna ręce, a ja nosiłem wówczas nowe, ciepłe i miękkie rękawiczki. Nie miałem forsy, a szkoda mi się zrobiło faceta, więc oddałem mu te rękawiczki i wróciłem do hotelu. I wie pani co? Na drugi dzień z samego rana dostałem wiadomość, że muszę zejść do recepcji i odebrać górę pieniędzy. Zdębiałem! Okazało się, że jakiś film kupił moją piosenkę i nieźle zapłacił. Przypomniałem sobie wtedy rady ojca, że dobro popłaca. I się opłaca! Dobro to dobra inwestycja.  

A nie był pan nigdy draniem?
— Każdy człowiek to kawał drania! Mamy w sobie diabła i anioła. I ja psociłem, a co! Konkurentowi w przedszkolu, który podwalał się do mojej dziewczyny, rozwaliłem klockiem głowę. I to jeszcze jak obmyśliłem atak! Zdradziecko uderzyłem go w tył głowy! I pech, bo ten chłopak z rozbitą głową zaczął się bardziej podobać tej dziewczynie niż ja. Potem na jakiejś potańcówce ten kolega walnął mnie w tył głowy pięścią.  

Oko za oko?
— Zrewanżował się! Mało tego — ożenił się z tą dziewczyną, zamieszkali w Niemczech i są oboje lekarzami. Tę historię opisuję w autobiografii „Szalony Krawiec”, która niedługo ukaże się w księgarniach.  

Warto bić się o kobiety?
— Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Ale wszystko zależy od sytuacji. Jeśli kobieta kocha, trzeba o nią walczyć. Kiedy mamy wojnę, też trzeba sięgnąć po broń i chronić rodzinę. Na wojnie przykazanie „nie zabijaj” nie skutkuje. Proszę pomyśleć, ile my już ludzi wymordowaliśmy na wojnach... Ale takie jest życie — jak się raz wdepnie w zło, wciąga jak woda. Ale największa walka jest wtedy, gdy człowiek walczy sam ze sobą. Mówię o walce z własnymi ułomnościami i słabościami. Człowiek z wiekiem powinien być coraz mądrzejszy, a tak nie jest. Sam to widzę po sobie — niby schodzę z jednej sceny i wchodzę na drugą, niby zdobywam ciągle złote płyty, nagrody i uznanie publiczności. Ale jest jeszcze tak zwane zmęczenie materiału. Czasem ręce opadają, ale ja to wiem i muszę dbać o kondycję, żeby się nie poddawać.  

I jak pan sobie radzi?
— W moim wieku nie mogę skazywać się jedynie na warzywa i owoce.  

Czyżby zajadał się pan schabowymi?
— Aż tak to nie! To, co stawia mnie na nogi, to jajka na miękko. Cholesterol nie ma tu nic do gadania. Mogę zjeść dwie tony jajek i nic mi nie będzie. Taki już jestem i już. Genetyka? Pewnie tak. Uwielbiam też tatara z dobrej polędwicy. Kiedy coś mi dolega, lekarz mi mówi: „a nie wrąbałby pan trochę tatara, żeby stanąć na nogi?” I rąbię tatara!  

A może wódeczka do tego?
— Tatar kojarzy mi się z piwem. Mały browarek do tej pyszności nie zawadzi. Oczywiście jak mam jakieś przyjątko i specjalną okazję, jest też wódeczka. Do śledzika pasuje idealnie, prawda? Jestem normalnym facetem i żyję jak każdy porządny człowiek. I czasami chodzę nogami po ziemi, czasami z głową w chmurach. I nie wstydzę się tego! A najbardziej lubię wyjść rano na tarasik w sypialni i odlecieć gdzieś w obłoki. Wszystko mi tak zarosło w ogrodzie, że czuję się jak Alicja w krainie czarów. A poza tym mam piękną kobietę przy boku, z którą jestem prawie 30 lat. Przy niej też chodzę z głową w chmurach. Jestem monogamistą i z tego powodu jestem szczęśliwy. I za to Ewuni dziękuję.  

Popływałby pan z nią parostatkiem? 
— Bardzo chciałbym wybudować swój parostatek i go mieć!

 Ach, tak podryfować po jeziorze...
— Na jeziorach byłem pięciokrotnie — na wynajętej żaglówce. Przeżyliśmy dużą burzę i wiele wspaniałych chwil. A kiedyś nawet — ze cztery lata temu — był ze mną zakonnik młody i fajny. Odprawił w kokpicie mszę na środku jeziora. Była niedziela, chcieliśmy płynąć do kościółka, a on mówi: przecież ja odprawię mszę, bo mam wszystko co jest potrzebne. Miał ze sobą zestaw misjonarza... Już chyba nigdy nie przeżyję takich wspaniałych chwil. A potem moja żona smażyła placki kartoflane — też na środku jeziora. Łódki zaczęły do nas podpływać, czy my czasem nie chcemy sprzedać kilku sztuk. Bo zapach się unosił i nęcił żeglarzy. Ale nie, nie mieliśmy dużo placków, więc wszyscy odpływali z kwitkiem.

Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

czwartek, 14 czerwca 2012

Przedszkolaki: Mocne kopanie bez papierosa

— Piłkarz musi być zdyscyplinowany jak przedszkolak — przyznają maluchy z olsztyńskiego Przedszkola Miejskiego nr 9. I mają rację!

 
Co to jest piłka nożna?
— To takie coś, że się kopie piłkę.
— Na zielonym boisku.
— Do bramki.
— Właściwie są dwie bramki i do każdej się kopie.
— A kopie się po to, aby zdobywać punkty.
— Czyli gole.
— Bramkarze bronią, aby się nie udało.
— Piłkarze mają różne numerki na koszulkach.
— Ale niestety piłka jest twarda, więc byłoby lepiej, gdyby biegali w kamizelkach.
— Mają też krótkie spodenki.
— I kaski.
— Raczej hełmy!
— Ale to nie ten sport, gamoniu!
— Ale bramki trzeba bronić.
— Rękami!
— A nie nogą?
— Bramkarz może nogą i rękami. Nawet głową.
— Rękami grają siatkarze.
— Gdy strzeli się jednego gola, jest trudniej, bo bramka się podnosi.

Ilu zawodników gra na boisku?
— Ojej, dużo osób.
— Ja myślę, że nawet będzie ich dziesięć.
— Jedna nie może być, bo to nie byłoby sensu.
— Jak byłaby jedna, nikt by wtedy nie grał.
— Ja myślę, że jest osiemnastu piłkarzy.
— O, to jest bardzo możliwe.
— Wszyscy wychodzą, aby kopać.
— Tylko bramkarz broni. Inni kopią.
— Bo w piłce nożnej trzeba mocno strzelać.
— Tak strzelać, aby powalić bramkarza. Żeby nie dał rady.
— Piłkarz musi zdobyć punkta.
— I żeby być dobry, musi trenować.
— I dobrze jeść.  

Co powinien jeść?
— Zioła i witaminy.
— I warzywa.
— Same zdrowe rzeczy. Inne się nie nadają.
— Owoce różnego rodzaju.
— I nie może palić papierosów!
— Bo jak wyjdzie na boisko i spadnie mu papieros, trawa może się zapalić. Albo coś jeszcze.
— Palenie nie jest wskazane w piłce nożnej.
— Lepiej jeść kluski.
— Jabłka i banany.
— A jeśli piłkarz pali, musi spróbować rzucić palenie.
— Albo coś innego zapalić.
— I musi słuchać kibiców.  

Ilu kibiców przychodzi na mecz?
— Pięć milionów!
— Wszyscy wołają i mają flagi.
— Machają albo mają trąby.
— Flagi są albo biało-czerwone, albo żółto-czerwone.
— A wszystko z okazji Euro 2012.
— Może być też Euro 2015.
— Phi, takie coś możesz sobie wsadzić do mózgu.
— 2012 jest w nazwie, bo mamy taki rok.
— Ale może być też 2014.
— Kibice sobie malują twarze farbami do ściany.
— Wcale nie, bo te farby są specjalne!
— I nadają się tylko na buzię. Ja byłem kiedyś pomalowany i wiem.
— Bo to jest specjalna farba do ludzi.  

Kiedy najlepiej zacząć grać w piłkę?
— Wiosną.
— Gdy jest się małym.
— W niedzielę.
— Ja mam starszego kolegę Błażeja, która ma piłki do wszystkich sportów. I on mi pokazuje, jak się gra w nogę.
— A ja strzeliłem kilka bramek!
— Ja dwanaście... A właściwie nie pamiętam ile.
— Na boisko nie wolno się spóźniać.
— Bo piłkarz musi być zdyscyplinowany.
— Jak przedszkolak.

poniedziałek, 7 maja 2012

Przedszkolaki: Kulka w uszach i sześćset milionów

— Gdy człowiek staje się bogaty, od razu pięknieje — twierdzą pięciolatki z Przedszkola Miejskiego nr 6 w Olsztynie.  


Gdybym był bogaty...
— To bym kupił zabawkę!
— Ale ja nie jestem bogaty.
— A co to jest bogactwo?
— To jest takie coś, że ma się dużo pieniędzy.
— Można mieć też złoty zegarek.
— Albo ładną suknię ze złota.
— W ogóle w bogactwie ma się całe złoto.
— Można mieć też 100 zł.
— I koronę, złoty pierścionek z brylantem.
— Kulkę w uszach.
— Można mieć też dom z pieniędzy.
— Albo ubranie uszyte z pieniędzy.
— Albo dwieście tysięcy milionów.
— Nie ma takiej kwoty!
— To dwieście tysięcy sześćset milionów.
— Bogactwo to pieniądze.  

A co to są pieniądze?
— To takie małe kółeczka. W środku mają litery.
— Ale może to być też kwadratowa zielona kasa.
— Pieniądz jest kwadratowy i papierowy.
— Bo to pieniążek papierowy!
— A mama musi mi oddać 10 zł, bo zapłaciłem ze swoich oszczędności za basen. Bo chodzę i pływam! Miałem trzy sztuki dziesięciozłotowe.
— Mama ci wisi?
— A dziesięć złotych to też papierek.
— Napisana jest na nim jedynka i zero.
— I jest król, a znalazł się na pieniądzu, bo umarł.
— Bo to anioł!
— A ja mam dużo drobniaków — dużych i małych.
— A ja mam pieniądze z innych krajów.
— Boże, Boże, Boże!
— Że niby co?
— Że masz dużo pieniądzów!  

Co można kupić za pieniądze?
— Mleko.
— Bułkę.
— Chleb na tosty.
— Kubek.
— Gazetkę dla dziewczynki.
— Kangura.
— Plasterek szynki.
— Kapcie do przedszkola.
— A ja bym wszystko kupił!
— Wszystkie bułki!
— Zapałki.
— Dom ze złota!
— Można zapłacić pani w sklepie.
— Albo kupić syrop.
— Buraka.
— Pałac.
— Tysiąc lalek.
— Samochody latające!
— Samoloty strzelające pieniędzmi.

Po czym można poznać bogacza?
— Że jest piękny.
— Że ma piękne oczy.
— Ma ubranie całe z pieniędzy.
— I dom z pieniędzy.
— I samochód ze złotymi kołami.
— I ciężkie kieszenie.
— Ma skarbiec.
— Ma też wielką ogromną skrzynię bez dna!
— I jedno oko zaklejone. — Ale to oko jest złote.
— I piękne.
— Bo gdy człowiek staje się bogaty, od razu pięknieje.
— A my nie mamy pieniędzy.
— Ja mam! Nawet zagraniczne!
— Ty się nie liczysz.
— I nie jesteś piękny.
— Za pieniądze można dużo załatwić.
— W ogóle nie można żyć bez pieniędzy.
— Bo pieniądze są ważne.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Kowalewski: Nie uciekam od milionów

— Nie mogę uwierzyć, w ilu przedsięwzięciach brałem udział. Gdy to zaglądam w statystyki, włos mi się zjeży na głowie! — przyznaje Krzysztof Kowalewski.


Z Krzysztofem Kowalewskim rozmawiałam z okazji jego 75 urodzin. Sto lat, panie Sułku!

Jest pan szczęściarzem?
— Farciarzem! Zostałem aktorem, bo nie miałem pomysłu na swoje życie. Zdałem maturę i wzruszyłem ramionami, bo co dalej? Koledzy szli już określoną drogą, a ja nie wiedziałem, gdzie jest moje miejsce. Padło więc na szkołę aktorską.

Pada to niedaleko jabłko od jabłoni. Poszedł pan w ślady mamy?

— Mama była aktorką, ale nie chciała, żebym poszedł w jej ślady. Jeśli ktoś posmakuje tego zawodu, wie z czym on się kojarzy i jakie figle płata. Nie posłuchałem jednak mamy, poszedłem na egzamin, którego nie zdałem. W przyszłym roku wystartowałem ponownie — tym razem z sukcesem. Byłem uparty, ale nie żałuję.

Nie mógł pan lepiej trafić...
— Mogłem! Na szczęście miałem szczęście i do tego predyspozycje. Gdybym ich nie miał, przepadłbym z kretesem i byłaby ze mnie marna aktorzyna. Nie przepadłem, dużo grałem i żadnej roli nie żałuję. Nawet kilka z nich wspominam z sentymentem. Mam na myśli liczne role teatralne, które nieźle mnie wyszkoliły warsztatowo. Dzięki nim czuję się bardzo dobrze psychicznie, czyli mam zawodową pewność. Scena dała mi niezły wycisk. Teatr w życiu każdego aktora jest dożywotnią uczelnią i to właśnie na scenie talent jest weryfikowany. Ekran telewizora można oszukać, widza siedzącego w teatralnym fotelu już nie.

Ale to gwiazdy seriali święcą triumfy.
— Może i święcą, ale czy rzetelnie uprawiają zawód? Prawdziwy aktor, czyli ten wyszkolony przez teatr, może podjąć się każdego zadania. Na pewno je wykona, bo ma środki. A co z tym gościem, który prześlizguje się z telewizyjnego ujęcia na ujęcie? Nie trzeba wielkich predyspozycji, żeby opłakiwać śmierć serialowej ciotki, przeżywać zawody miłosne, pić herbatę albo jeść zupę. Na tym w większości polegają przecież nasze filmy...

W teatrze jedzenie zupy ma inne znaczenie?
— Kiedyś grałem scenę jedzenia razem ze Zbyszkiem Zapasiewiczem, który siedział na przeciwko mnie i nakładał mi straszne ilości jedzenia. To była bardzo zabawna scena, ale taka miała być! Swoją grą musieliśmy rozbawić publiczność tak, aby nie śmiała się tylko z masy jedzenia, ale z sytuacji. W filmach takich rzeczy nie ma.

Ale jest „Ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta”!
— U Barei wszystko miało swoją wymowę. W „Misiu” przede wszystkim. Ale nie porównujmy kina sprzed lat z dzisiejszym, bo wszystko się zmienia. Nawet ja się zmieniłem! Nie spodziewałem się nigdy, że doczekam chwili, kiedy będę obchodził benefis. Ta uroczystość uświadomiła mi, ile w życiu zrobiłem. Pracowałem, ale nie miałem zielonego pojęcia, w ilu przedsięwzięciach brałem udział. Niby mówi się, że grałem u Barei, w serialach, w słuchowiskach radiowych, ale gdy już zajrzeć w statystyki, włos się jeży na głowie! Dzisiaj już nie pracuję tak szaleńczo jak kiedyś, ale i tak sporo mi się zebrało. Czy pani sobie wyobraża, że nagrałem ponad 1400 audycji radiowych? O rolach telewizyjnych i filmowych nie wspomnę, bo też jest tego masa. Już samo radio pokazuje już, że jestem pracowitym aktorem. Ale najlepsze jest to, że nie mogę uwierzyć, że aż tyle zrobiłem. Statystyki jednak nie kłamią...

Dlatego kocham pana, panie Sułku!
— Ileż ja razy słyszałem to powiedzenie! Nie tylko z ust mojej radiowej partnerki Marty Lipińskiej, ale od zwykłych ludzi. Ba, właściwie do dzisiaj to słyszę. Nie krzywię się jednak, ale uśmiecham, bo to bardzo przyjemne. Nie mogę uciekać od czegoś, co dobrze kojarzy się całej Polsce. Tej audycji słuchały miliony! Byłbym dziwakiem, gdybym tupał nogami na wspomnienie o tym. To słuchowisko było świetnie pisane przez Jacka Janczarskiego, więc czego się tu wstydzić?

Teraz w radiu występuję pan w nowej roli... Reklamuje jeden z dyskontów.
— I tego też się nie wstydzę! Chwała ludziom, którzy to wymyślili, bo te reklamy są robione z jajem i pomysłem. Ludzie je chwalą, bo widzą je jako skecze kabaretowe, a nie reklamę. Publiczność odnalazła się w tej formie i szaleje!

A pan szaleje między półkami tego sklepu?
— Mieszkam w takim miejscu, że mi nie po drodze. Na szczęście nie jestem zobowiązany, żeby robić tam zakupy. Ale przyznam, że byłem raz i osłupiałem, bo nikt mnie nie poznał! Wszyscy byli tak zajęci kupowaniem, że nikt na mnie nawet nie spojrzał. Ale było mi bardzo przyjemnie, bo ananas za 3,99 zł wywołał więcej emocji niż ja!

Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

czwartek, 5 kwietnia 2012

Kot: Niemiecki mundur zamiast komedii

— Byłem już w kilku szufladach, ale absolutnie się ich nie boję. Wydaje mi się, że aktor musi się bardzo postarać, aby pozostać w jednej — zauważa Tomasz Kot, aktor i „nowy” Hans Kloss.  


Spotkaliśmy się w garderobie po spektaklu „Sex guru” i chwilę po premierze „Stawki większej niż śmierć”. Tomasz Kot skręcał sobie fajkę, sznurował  buty i narzekał, że nie lubi wywiadów... Ach, to życie gwiazdy...

Gdzie spojrzę, tam Kot...
— Są ludzie, którzy uwielbiają udzielać się w mediach. Ja nie za bardzo za tym przepadam, ale każda premiera wiąże się z obowiązkiem promocji. Mimo iż nie lubię, muszę się udzielać, więc ludziom się wydaje, że jestem bardzo zajętym i zapracowanym facetem. Wcale tak nie jest, bo potrafię świetnie zorganizować sobie czas. Bywa, że pracuję po 16-17 godzin na dobę, ale robię to po to, aby potem mieć wolne. Dlatego nie przyjmuję też wielu propozycji i odzyskałem kontrolę nad tym, co się dzieje.

Bywało groźnie?
— Nawet jeśli popełniam jakieś błędy decyzyjne, mam nadzieję, że jestem zdolny do autorefleksji. Gdy zaczynałem naukę w szkole aktorskiej, byłem pewny, że będę pracował w krakowskim teatrze i może raz na jakiś czas zagram drugoplanową rolę w jakimś filmie. Gdy przyjechałem do Warszawy po zagraniu w „Skazanym na bluesa”, świat kamery tak mnie zafascynował, że wchodziłem w każdą propozycję, która się pojawiła. Zrobiło się tego zdecydowanie za dużo. Teraz chcę mieć czas dla siebie i dla rodziny. Od „Niani” nie zagrałem w żadnym serialu, który jest czasochłonny.  

Ale i tak nie schodzi pan z afisza... Nie boi się pan, że co za dużo, to nie zdrowo?
— Myślałem o tym, że w kinie często pojawiają się te same twarze. Jednak każdy czas ma swoich bohaterów. Wystarczy spojrzeć w przeszłość — każda dekada ma syndrom tych samych twarzy. To zjawisko dotyczy każdej kinematografii w każdym kraju. Tak samo jest w Hollywood, tak samo w Bollywood i Polska nie jest wyjątkiem. Nawet sam byłem świadkiem, kiedy starszej daty aktorki opowiadały o swojej chwilowej karierze. Przez chwilę były znane, pojawiały się na afiszach non stop, a potem przychodził czas na kolejnych aktorów. Na szczęście myślę o swoim aktorstwie. Byłem już w kilku szufladach, ale absolutnie się ich nie boję. Wydaje mi się, że aktor musi się bardzo postarać, aby pozostać w jednej. Trzeba szukać, mimo iż to wymaga więcej wysiłku.  

Teraz znalazł pan niemiecki mundur...
— Kiedy byłem mały, w telewizji leciały tylko dwa seriale — „Stawka większa niż życie” i „Czterej pancerni”. Były też dwa kanały do dyspozycji, więc nie było za dużo do wyboru. Gdy wychodziło się na podwórko, wszystkie chłopaki wiedziały, o co chodzi. Pamiętam, że bawiliśmy się w wojnę, a czy wcielałem się w Hansa Klossa? Tego już nie pamiętam. A co do munduru niemieckiego żołnierza... Nie podobał mi się, bo nie mógł mi się podobać i nigdy mi się nie spodoba. Nie czułem się dobrze nosząc swastykę i inne nazistowskie symbole...  

Na szczęście Kloss jest Polakiem.
— Najpierw się zastanawiałem, czy zagranie Klossa jest możliwe i wykonalne. Ale Patryk Vega, reżyser nowej „Stawki” ma zdolność do przekręcania wizerunków aktorów i postaci. Pomyślałem sobie, że skoro pierwszy film „Pitbull” mu wyszedł, z drugim — z „Ciachem” — było słabiej, więc trzeci będzie miał szansę na sukces. Pomyślałem sobie: dlaczego nie spróbować? Przekonałem się na własnej skórze, że jak raz zagrałem wrażliwego i komicznego faceta, zacząłem dostawać same komediowe propozycje. Trudno było się z tego wyswobodzić, ale udało mi się, wyskoczyłem z tej szufladki. Kloss okazał się więc bardzo ciekawym wyzwaniem. Tym bardziej, że ta postać wryła się w naszą świadomość. Przyjmując tę propozycję wiedziałem, że mogę spotkać się z internetowym linczem.  

Miał pan słuszne obawy?
— Internauci uaktywnili się już przed premierą, ale to jest naturalne. Polskie kino nas nie rozpieszcza... Ktoś jednak musiał zagrać młodego J-23. Gdyby zagrał go Mikulski, byłoby to dziwne. W Klossa musiał wcielić się ktoś inny i cieszę się, że to ja dostałem tę propozycję. Jestem jednak subiektywny w ocenie roli, bo bardzo szybko skończyliśmy zdjęcia i równie błyskawicznie nastąpiła premiera. Kiedy o nim myślę, wracam myślami na plan i czuję, jakby to działo się tydzień temu. Mam jednak wrażenie, że powstał sprawny film.  

Ze sprawnym głównym bohaterem. Stanisław Mikulski przybił panu piątkę?
— Moją rolę ocenił bardzo pozytywnie. Czy obawiałem się jego reakcji? Jesteśmy dorosłymi facetami, zawodowymi aktorami, więc nie czas na przedszkolne występy. Jestem aktorem, dostałem zadanie, wykonałem je i tyle. Koncepcja reżysera była jednak taka, aby z panem Mikulskim nie spotkać się przed filmem i nie studiować „Stawki większej niż życie”. Kiedy grałem w „Skazanym na bluesa”, przygotowywałem się do roli, wsiąkałem w nią, co było czasochłonną fantastyczną podróżą. Przy okazji Klossa nie było takiej potrzeby. Wiem, że Piotr Adamczyk, filmowy Brunner, próbował się zbliżyć z pierwowzorem, co mu bardzo fajnie wyszło. Czasami mówi jak młody Karewicz! W sytuacji J-23 reżyser miał zupełnie inny koncept. Kloss wyjaśnia swój stosunek do władzy PRL-owskiej, a tym samym chciał, żeby inaczej spojrzeć na bohatera...

Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Aquasfera bez odpowiedzialności

Wrocławski Park Wodny dostał karę za niezgodne z prawem wywieszenie kartki „nie ponosimy odpowiedzialności za rzeczy pozostawione w szatniach i szafkach”. W Olsztynie Aquasfera idzie tym samym śladem...

Żeby wejść do wody, najpierw trzeba się rozebrać... Fot. aquasfera.olsztyn.eu

Byłam, sprawdziłam i wiem, że nieznajomość prawa nie zwalnia z jego przestrzegania. Odwiedziłam kilka instytucji i teraz uprzejmie zdaję relację z mojej wędrówki po Olsztynie.

Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych kartki w szatni nie wywiesiło, ale personel nie wie, co zrobić z ewentualnymi kradzieżami kurtek. Pani woźna wzrusza ramionami, patrzy na wieszaki i stwierdza: — Takie rzeczy to nie moja sprawa...

Filharmonia Warmińsko-Mazurska dumna jest z monitoringu. Dwie panie pilnujące szatni wiedzą, co robić: — Nikt jeszcze nie zgłaszał kradzieży, ale też nie powinien, bo oko kamery czuwa. Czuwa też zawsze człowiek. A jak coś zginie, będziemy bić się w pierś.

Centrum Konferencyjne UWM też nie wywiesiło kartki. Bo tu na straży też stoi człowiek: — Ale tylko do maja, bo później niż już kurtek nie nosi. A jeśli coś zginie... Nie zginie, nie powinno!

A co z basenami? Olsztyn w tym roku wzbogacił się o dwa nowe.

Basen Uniwersytecki ma szatnię z uśmiechniętą panią, bez kartki: — Skoro tu pracuje, więc za coś odpowiadam, a jak odpowiadam, ponoszę konsekwencję.

A co ze słynną Aquasferą? Szatniarz będący jednocześnie pracownikiem ochrony wskazuje mi palcem kartkę...


— Zdarza się, że ludzie przynoszą nieswoje numerki i chcą wyłudzić czyjeś ubranie. Ktoś zgubi numerek, ktoś inny go znajdzie... Czy możemy mieć na to wpływ? Jeśli coś zginie, nie odpowiadamy...

Największa olsztyńska pływalnia idzie w ślady wrocławskiej... Postępowanie wobec Wrocławskiego Parku Wodnego zostało wszczęte w październiku 2011 roku na podstawie skargi konsumenta. Wątpliwości wzbudziły postanowienia stosowane w regulaminie spółki, która informowała swoich klientów, że nie ponosi odpowiedzialności za rzeczy pozostawione w szatniach i szafkach. Wywieszenie ogłoszenia o takiej treści jest niezgodne z prawem i nie zwalnia przedsiębiorcy z odpowiedzialności za pozostawioną odzież.

— Jeśli ktoś wystawia wieszak, zgadza się na zostawienie ubrania, więc ponosi odpowiedzialność za jego bezpieczeństwo — tłumaczy Jadwiga Urbańska, rzecznik konsumentów z olsztyńskiego ratusza. — Zgodnie z prawem, z chwilą oddania do szatni ubrań, dochodzi do zawarcia umowy przechowania i podmiot prowadzący szatnię zobowiązuje się do zachowania w stanie nienaruszonym rzeczy oddanej na przechowanie. Wywieszenie kartki nic nie znaczy. Można napisać wszystko, ale prawo ma tu więcej do powiedzenia. Inaczej jest w sytuacji, gdy zostawimy swoje rzeczy w przypadkowym miejscu — na przykład na krześle. Szatnia jednak odpowiada za swoje obowiązki...

Wrocławski Park Wodny zapłacił 17 tysięcy zł kary. Aquasfera ma najdroższe bilety za pływanie w mieście, więc jeśli jakiś klient się zdenerwuje, będzie miała z czego zapłacić...


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

piątek, 23 marca 2012

„Somebody that I used to know” na pięć głosów

Gdzie się nie obejrzę, gdzie nie nastawię ucha, tam Gotye feat. Kimbra z kawałkiem „Somebody that I used to know”. Genialna to piosenka, ale co za dużo, to nie zdrowo. Na szczęście jest alternatywa!


W Kanadzie pojawiła się grupa Walk off the Earth, która niesamowicie czuje, słyszy i  po swojemu wykonuje „Somebody that I used to know”. Szkoda słów na zbędne opisy. Lepiej obejrzeć filmik i kołysać się w rytm grupy, która ma... pięć głosów, a dwie ręce. I jedną gitarę!

To nagranie nie jest nowością, ale za każdym razem, gdy słyszę Gotye ze swoim hitem, widzę właśnie Walk off the Earth. Dlatego nie mogło zabraknąć tego wykonania na blogu. Szacun!


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

sobota, 25 lutego 2012

Przez ACTA Google i Facebook na granicy strachu. A my?

— Gdy ludzie wyszli na ulice, nastąpiło strukturalne pęknięcie między państwem oraz jego instytucjami funkcjonującymi ciągle w XX-wiecznym modelu. Jak w takiej sytuacji rządzić, Panie Premierze? — pyta Edwin Bendyk, publicysta.


Co z tego, że rząd nie zgadza się na ACTA? Aż strach pomyśleć, jakie inne kwiatki posadzi nam w ogródkach. Jedno z kilku ziarenek na pewno puści złe korzenie. Mowa o ustawie, która nałoży na dostawców internetu obowiązek gromadzenia danych o surfujących w sieci. Czy to nie przypomina dublowania ACTA? Do tego dochodzi zapis FATCA łamiący tajemnicę bankową. Unia Europejska tylnymi drzwiami próbuje też wprowadzić restrykcyjne przepisy dotyczące kontroli towarów importowanych, które ingerują w prawa jednostki bardziej niż przepisy ACTA... Znowu wyjdziemy na ulice? Na razie jednak cały czas żyjemy ACTA. O odpowiedzi trudno, a pytania gonią pytania. Zadaję je więc specjaliście — Edwinowi Bendykowi. Facet zna się na rzeczy, więc rozmowa jest ciekawa.

Fot. Polityka
ACTA to wojna światów i światopoglądów. Jakie siły się ścierają?
— Spór o ACTA, czyli międzynarodowe porozumienie handlowe dotyczące zwalczania produktów podrobionych i piractwa, to fragment większego sporu, a raczej wojny wszystkich ze wszystkimi. Jej stawką jest przyszłość kultury, gospodarki, nauki i codziennego życie w świecie, w którym coraz bardziej nasila się konkurencja w wymiarze globalnym. Jednocześnie świat ten przeżywa wielką rewolucję technologiczną, której symbolem jest internet. Studia filmowe i muzyczne obawiają się, że „pójdą z torbami” ze względu na łatwość powielania cyfrowych plików z utworami poza jakąkolwiek kontrolą. Firmy internetowe, szybko rosnący w siłę giganci jak Google i Facebook boją się z kolei, że nadmierna ochrona interesów studiów filmowych i muzycznych zagrozi ich rozwojowi. Internauci przekonują, że zmieniły się czasy i praktyki kulturowe, co powinni dostrzec zarówno ludzie kultury, jak i politycy wymyślający nowe regulacje. Boją się przy tym, że nowe formy kontroli internetu, do których m.in. odwołuje się ACTA zagrożą podstawowym prawom i wolnościom obywatelskim.
Mieszkańcy krajów rozwijających się mają swoje powody do obaw — ponad połowa z nich utrzymuje się pracując „na czarno”, w tzw. nieformalnym sektorze gospodarczym, który wytwarza 10 bilionów dolarów rocznie! Sektor ten żywi się głównie obrotem towarami podrobionymi i piractwem, przeciwko którym wymierzone jest porozumienie ACTA. Jak więc widać, w jednym, bardzo suchym i technicznym dokumencie skoncentrowały się najważniejsze problemy zmieniającego się świata.

Co według pana uświadomili sobie Polacy dzięki ACTA?
— Uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy częścią świata i opisywane powyżej konflikty dotyczą także nas. Po raz pierwszy jednak przekonaliśmy się, jak głęboko cyfrowa rewolucja przeorała już nasze społeczeństwo, zwłaszcza pokolenia do trzydziestki. Dla tych ludzi cyfrowe media to nie tylko zabawa w klikanie na Facebooku. To jeden z pełnoprawnych wymiarów życia, który służy nie tylko rozrywce, lecz także nauce, pracy, podtrzymywaniu relacji z innymi osobami. Gdy nagle okazało się, że ludzie z innej epoki, nie rozumiejący tego świata i kojarzący go z pornosami oglądanymi przy piwie podjęli próbę „ucywilizowania” dżungli, napotkali na gwałtowny opór tubylców. Jego skala zaskoczyła wszystkich, również samych protestujących. Przekonali się oni jednak, że potrafią działać i nie są oderwanym od życia marginesem.

Co uświadomił sobie rząd?
— Tego jeszcze do końca nie wiemy. Sądzę jednak, że ludzie tacy jak Donald Tusk i Michał Boni zdają sobie sprawę, że społeczeństwa sieciowego, jakie wyszło na ulice nie wystarczy jedynie uwodzić przyjaznym poklepywaniem i deklaracjami, że „wszyscy jesteśmy internautami”. Sprawa jest poważniejsza, nastąpiło strukturalne pęknięcie między państwem oraz jego instytucjami funkcjonującymi ciągle w XX-wiecznym modelu i rosnącą częścią społeczeństwa zorganizowanego w zupełnie inny sposób. Jak w takiej sytuacji rządzić, Panie Premierze? To podstawowe pytanie.

Czego możemy się obawiać?
— Zbyt szybko zapomnieliśmy o tym, że w związku z ACTA w Polsce wydarzyło się coś ważnego i nowego jednocześnie. Na tyle nowego, że nie wiemy, jak o tym mówić, jak analizować tę nagłą, spontaniczną mobilizację. Na scenie pojawił się nowy, ukształtowany przez sieć uczestnik kultury, życia społecznego, który pokazał, że pragnie być nie tylko konsumentem i przedmiotem polityki, lecz jej podmiotem. Tymczasem cała energia publicznej debaty koncentruje się na ACTA i prawach autorskich. Owszem, te sprawy wymagają załatwienia, były jednak tylko pretekstem dla wspomnianej mobilizacji. Jeśli jej nie wyjaśnimy i w odpowiedzi nie zaczniemy szybko modernizować nie tylko instytucji władzy, lecz także innych instytucji życia publicznego: szkoły, kultury; jeśli nie zmienimy sposobu myślenia o przestrzeni publicznej, możemy spodziewać się ponownych wybuchów niezadowolenia lub — co jeszcze gorsze — wycofania się z życia publicznego pokolenia, od którego zależy po prostu przyszłość naszych emerytur. Zmarnowanie tej niezwykłej energii, jaka ujawniła się w styczniu na ulicach dziesiątków polskich miast to najgorsze, czego możemy się obawiać.

Czym jest dzisiaj wolność dla współczesnego Polaka?
— Obawiam się, że wspólnego dla wszystkich Polaków rozumienia wolności nie znajdziemy. Mamy definicję Jarosława Marka Rymkiewicza, która wyraźnie określa, kto jest godzien miana wolnego Polaka. Dla osób, które zaangażowały się w proces pokomunistycznej transformacji wolność jest aspektem życia w systemie demokratycznym opartym na wolnorynkowej gospodarce, które — choć nie działają doskonale — to jednak są nasze i z tego względu ich instytucjom należy się szacunek. Inne rozumienie wolności zaczyna się kształtować w młodym pokoleniu. Z jednej strony doświadcza ono najgłębiej przemian wywołanych rewolucją kulturowo-technologiczną. Z drugiej strony odkrywa, że przestrzeń kontrolowana przez pokolenie transformacji jest coraz trudniej dostępna: nie dość, że brakuje pracy, to jeszcze kolejne fragmenty przestrzeni publicznej są prywatyzowane lub komercjalizowane, a oczekiwany sposób ekspresji to bycie konsumentem. Internet w tej sytuacji stał się kluczowym instrumentem zarządzania własną autonomią, narzędziem pomagającym omijać niezrozumiałe ograniczenia i bariery.


Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl

poniedziałek, 20 lutego 2012

Banach: Bunt się opłaca

— Od 15 roku życia wiedziałem, że zostanę gwiazdą rocka — przyznaje Piotr Banach, lider Indios Bravos. — Nawet gra na puzonie mi nie przeszkadzała...

Fot. Adam Słomski

Panie i panowie, wychowałam się na muzyce Piotra Banacha. Było to co prawda czasy zespołu Hey, ale „Pom pom” Indios Bravos też wpada mi w ucho.

Wyrzucili cię z liceum za 200 nieusprawiedliwionych godzin. Ładnie to tak?
— Wtedy zaczął się okres fascynacji muzyką, zacząłem szukać swojej drogi i młodzieńczej tożsamości. W szkole poza tym źle się czułem. Po pierwsze poszedłem do liceum rok wcześnie, więc byłem młodszy od innych uczniów. Czułem się jeszcze niedojrzały, a wszyscy jakby byli w innym świecie. To byli młodzi mądrzy.

A ty młody gniewny?
— Coś w tym stylu. Nie dogadywałem się też z nauczycielami, więc chodzenie do szkoły było koszmarem. Ja przeciwko całej instytucji! Czułem się szykanowany, odrzucany... Najlepszym wyjściem był wtedy dla mnie skok w bok. Do tego system mi nie sprzyjał, bo to był początek lat osiemdziesiątych. Wtedy wszystko robiło się dla stopni, a nic dla siebie. Cały świat był na pokaz, a ja tak nie chciałem. Ale wcale nie cierpiałem aż tak bardzo z powodu wagarów. Potrafiłem nie chodzić do szkoły przez cały tydzień. Zapowiadano w tym czasie klasówkę, cała klasa uczyła się nocami w domu, a ja przychodziłem, dowiadywałem się o sprawdzianie, uczyłem się na przerwie i dostawałem czwórki. To też potwierdzało, że chodzenie do szkoły jest bez sensu.

Rodzice pewnie byli z ciebie „dumni”.
— Oj, tak! Tata trzy dni przed końcem wakacji powiedział: i co z tobą teraz będzie? Wzruszyłem ramionami, zrobiłem głupią minę... Tata wysłał mnie więc do samochodówki. Ale tam jeszcze bardziej zaczęła fascynować mnie muzyka i wcale nie chciałem zostać mechanikiem. Tata się załamał i prawie zapłakał, więc dla świętego spokoju skończyłem szkołę. Od 15 roku życia jednak wiedziałem, że zostanę gwiazdą rocka.

I postawiłeś na swoim.
— Nie podobało się tacie, ale cóż — byłem nieugięty. Jak z Heyem zaczęło mi się układać, zmienili zdanie. Pojawiałem się w gazetach, w telewizji, przemawiałem w radiu...

Czyli bunt się opłaca.
— Rodzice cały czas mi powtarzali: „dobrze, dziecko, możesz bawić się muzyką, ale pomyśl w końcu o przyszłości. Graniem na gitarze na chleb nie zarobisz.” Dzisiaj mógłbym im powiedzieć: a nie mówiłem? Tak, bunt się opłaca, ale nie każdemu. Trzeba być realistą, więc do buntowania się ani do wagarów nie zachęcam.

Dzisiaj na wagary nie możesz sobie pozwolić.
— Kiedy człowiek był młody, myślał: żeby jak najszybciej skończyć tę głupią szkołę i jak najszybciej pójść do pracy. Dzisiaj myśli: żeby wrócić do szkoły, bo wtedy można było sobie wrzucić na luz i opuścić lekcje. Dziś nie ma jak wziąć wolnego, bo trzeba być odpowiedzialnym.

Podobno człowiek jest tym, co potrafi...
— Niby zawód nas nie określa, ale jednak ma wpływ na życie. Jak mnie widzą, tak mnie piszą — oceniane jest to, co robię. Wiesz, ja nie mam dystansu wobec siebie. Jak widzę w telewizji jakiegoś gościa grającego na gitarze, nie czuję jak go palce bolę i nie zastawiam się, ile pracy kosztowała go nauka gry. Myślę: jaki on jest świetny. A gdy ja gram, czuję bolące palce, słyszę każdy zły dźwięk i mam sobie za złe, że mi coś nie wychodzi. I myślę: tamten z telewizji to świetny muzyk... A ja? Kurde, ile jeszcze drogi przede mną.

Ale trening przecież czyni mistrza!

— Ale nie zawsze. Wiele osób stawia sobie cele, którym nigdy nie sprosta. Jesteśmy w jakiś sposób uwarunkowani i nie zawsze dajemy radę. Przykład? Ktoś chce być najszybszym biegaczem świata, ale ma krótkie nogi... Nie uda mu się nigdy spełnić swoich zamiarów. Owszem, może być szybkim biegaczem, ale zawsze ktoś — ten z dłuższymi nogami — będzie lepszy. Trzeba więc myśleć realnie i cieszyć się z tego, co się osiągnie, a nie cały czas czuć niedosyt.

I ty się cieszysz.
— Oczywiście! Nawet kilometry Indios Bravos nie są straszne. Wokalista pochodzi z Katowic, reszta zespołu ze Szczecina... Spotykamy się na próby, robimy muzykę i gramy gorące koncerty.

Co najbardziej nastraja cię do życia?
— Trudno mi powiedzieć, bo wszystko zależy od nastroju i kontekstu. Jednego dnia jestem w nastroju do zabawy, a innego dnia jestem refleksyjny. Moje nastawienie zależy więc od tego, czy — przysłowiowo — wstanę prawą czy lewą nogą.

A którą częściej wstajesz?
— Nie zwracam na to uwagi. Staram się nie zaczynać nigdy dnia od poczucia żalu. Po prostu — wstaję i zaczynam dzień. Dla mnie zawsze świeci słońce — nawet jak zasłaniają je chmury. Czerpię z dnia jak najwięcej. I uczę się jak najwięcej.

Czyli każdy dzień jest nauką...
— Oczywiście i uczę się na dwa sposoby — świadomie i nieświadomie. To drugie to chłonięcie tego, co przyniesie mi życie.

Swoją przygodę z muzyką zaczynałeś od puzonu...
— Ale to było dawno temu i miało miejsce w orkiestrze szkolnej. Poziom tej grupy nie był najlepszy, więc i ja nie mogłem się za wiele nauczyć.

A gdybyś dzisiaj miał zagrać na puzonie, dałbyś radę?
— Oj, wieki nie grałem, więc miałbym wielki problem. Ale myślę sobie, że gdybym siadł z puzonem, poćwiczył, może wydałbym jakieś dźwięki. Czy byłyby one dobre, to już inna sprawa. Dla mnie pewnie byłyby cenne, bo moje. Ale szczerze — już dawno temu przestałem bać się instrumentów, więc dlaczego miałbym się bać puzonu? Trening czyni mistrza.



Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl