poniedziałek, 18 stycznia 2010

Do ratusza bezdomnym wstęp wzbroniony

Zima zbiera plon. W ludziach. Najczęściej umierają bezdomni, bo nie mają gdzie uciec od mrozu. Dlatego wiceprezydent Olsztyna namawia PKP, aby otworzyło na noc dworzec. A może lepiej ratusz otworzyć?


O umierających bezdomnych i pomyśle Jerzego Szmita na ocieplenie stosunków pisze „Gazeta Olsztyńska”. Pomysł bardzo dobry — tuptusie będą mieli dach nad głową. Ale dlaczego zawsze PKP ma gościć nietrzeźwych panów? Tak się utarło, że na dworcach im najlepiej. Fakt, dworce często są całodobowo otwarte — w większych miastach — więc ciągną tam tłumy spragnione ogrzania. Nikt ich stamtąd nie wygania, bo jakoś bezdomni wbili się już w kolejowy pejzaż. Wykolejeni wśród walizek i plecaków. Wśród ludzi... A może ktoś poratuje groszem? Może ktoś poczęstuje bułką?

Zima daje w kość, a olsztyński dworzec zamknięty na noc już od dawna. Prezydent więc prosi PKP, aby drzwi otworzyło i wpuściło zziębniętych. No tak, najlepiej zamiatać pod czyjąś wycieraczkę. A może by tak ratusz otworzyć? Tam też ciepło, salonów wiele, a ludzi wcale nie mniej niż na dworcu — za dnia, bo nocą też głucho. Ale każdy byle od siebie. Taki ping pong społecznej pomocy. Wiem, wiem — ratusza otwierać nie wypada. Ale dlaczego PKP ma ciągle zważać na bezdomnych? Innych miejsc nie ma?

W ratuszu dodatkowo stoją dystrybutory wody źródlanej, więc są nawet luksusy. Ale — jak życie pokazuje — nie dla wszystkich.

PS. Przyznaję, do swojego domu też bezdomnego bym nie zaprosiła. Bo ludzie powinni mieć czyste ręce. A paznokcie przede wszystkim!

Przeczytaj też:
Bezdomni z dworca PKP przenieśli się na przystanki
Bezdomni do ratusza zamiast na dworzec?

sobota, 16 stycznia 2010

Lutczyn: Cały czas uczę się rysować

— Wszystkim tak łatwo przychodzi mówienie, że Lutczyn jest rysownikiem. To za mało! — twierdzi Edward Lutczyn, rysownik.


Edward Lutczyn to ikona mojego dzieciństwa. Jego obrazki zawsze mi towarzyszyły — a to jako ilustracje w książkach, a to w pisemkach dla dzieci. Nawet w telewizji. Był pierwszym rysownikiem, którego rozpoznawałam. Do dziś tak jest — ma facet swój styl, swoją charakterystyczną kreskę. Jest też sympatyczny. Umawialiśmy się na rozmowę kilka razy. Zawsze coś mu wypadało, a to chleb i mleko kupował (na zlecenie żony), a to grzązł w zaspach, a to komórka mu padła. Umówiliśmy się w końcu na poranną kawę. Tak, umówiłam się z nim na dziewiątą.

Panie Edwardzie, studiował pan w Akademii Górniczo-Hutniczej. Chciał być pan górnikiem?
— Ależ skąd! Rysuję od dziecka i to było moją pasją. Logiczną kontynuacją byłaby nauka w Akademii Sztuk Pięknych. Mama jednak chciała, żebym miał konkretny zawód i dobrą posadę, więc poszedłem jej na rękę. Zdałem egzamin i dostałem się na bardzo trudny wydział elektrotechniki. Pamiętam, że startowało siedem osób na jedno miejsce, a mi się udało dostać. Potem, przyznam, niezbyt dobrze mi szło, bo nie miałem serca do nauki przedmiotów ścisłych. Rysowanie weszło mi do głowy i nijak wyjść nie chciało.

Pamięta pan swój pierwszy rysunek?
— Jasne, że tak, bo mamy go w zbiorach domowych. Miałem trzy lata i narysowałem karykaturę profesora Gajdy, który mnie wówczas operował. To był owal twarzy, dwie kropeczki wewnątrz i uśmiechnięta buzia. Po ścianach na szczęście nie rysowałem. Pamiętam jednak, że pomadką mamy wysmarowałem coś na drzwiach kredensu. Hmm, znaczy, że to musiały być szalenie traumatyczne fakty, skoro wbiły mi się do głowy! Na szczęście swoją pasję rozwijałem i studia techniczne w niczym mi nie przeszkodziły. Często żartuję nawet, że geometria wykreślna, której się uczyłem, pomogła mi doskonale konstruować ramki do rysunków. Tak, zdecydowanie dobrze wychodzi mi kreślenie linii prostych. Nie ma więc tego złego, co by na dobre nie wyszło. Poza tym miałem też bardzo dużo czasu, żeby się uczyć. Gdybym poszedł do ASP, po pięciu latach skończyłbym swoją edukację i wiedziałbym wszystko. A tak od trzeciego roku do dziś uczę się i uczę. I końca nie widać!

Mistrz wciąż się uczy?
— Cały czas! Ale obiecuję, że kiedyś dojdę do biegłości i będę cieszył się sukcesem. Uprawiam wiele dyscyplin grafiki, nie tylko satyrę. Wszystkim tak łatwo przychodzi mówienie, że Lutczyn jest rysownikiem. To za mało!

Fakt, logo zespołu Perfect to też pana dzieło.
— Też moje, ale to już dawne dzieje. Przyznam, że jestem również autorem, co bardzo mnie cieszy i wprawia w dumę, logo Olimpiady Specjalnej w Warszawie, która odbędzie się w tym roku. Ale rozrzut mojej pracy jest olbrzymi. Jest i ilustracja dla dzieci, plakat, karty świąteczne, kalendarze, ilustracje erotyczne, okładki płytowe, a nawet scenografia do spektakli — pracuję w teatrach dramatycznych i lalkowych. I oczywiście zajmuję się satyrą obyczajową, a nie polityczną. Nie jestem felietonistą typu Henio Sawka, bo tworzę rysunki ponadczasowe, które się nie starzeją. Te rysunki nie są interwencyjne, nie dotyczą bieżącej polityki. Ja traktuje to jako żart. Zajmuję się też karykaturami, ale nie jestem mistrzem w tej dziedzinie jak Grzegorz Szumowski. Cały czas się uczę przecież... Bo nie sztuką jest narysować człowieka z dużym nosem. Trzeba oddać pewne cechy charakteru. Można żartobliwie podkreślić też zainteresowania danej osoby. A jak narysować kogoś, kto jest filatelistą, uwielbia kuchnię chińską i francuską? Narysowałem kiedyś takiego pana, który pałeczkami z graniastego kartonika z chińskim jedzeniem wyciąga znaczki, na których widnieją małe ślimaczki. Oczywiście zjada te znaczki! Połączyłem więc wszystkie jego upodobania w jedno i wyszedł sympatyczny żart.

A jak narysowałby pan Olsztyn?
— W Olsztynie byłem kilka razy, ale zawsze krótko i tylko przejazdem. Wolę rysować jednak karykatury osób, a nie miast. Ale jeśli miałbym już coś nakreślić, pokazałbym żartobliwie sielawę, bo przecież po Polsce krążą legendy o warmińskich i mazurskich jeziorach. O, mógłbym też zrobić rysunek z białym szkwałem w roli głównej, mimo iż nie jest to śmieszny temat. A może jacht bym narysował, bo na jeziorach łódek z żaglami jest pełno. Przyznam się, że nigdy nie przymierzałem się do malowania czegoś olsztyńskiego i mazurskiego.

Ale na jeziorach pan urlopuje.

— Tylko raz byłem na półwyspie Fuleda niedaleko Giżycka. Tam na drzewach siedzą kormorany i robią dużo zamieszania. I tak robią, że aż wypalają roślinki, które są poniżej. Paskudne są te kormorany! Pięknie wygląda ten ptak, ale szkodzi szalenie. Dla porównania — papużka nie niszczy tak środowiska jak kormoran. Wróbelek też nie.

czwartek, 14 stycznia 2010

Khalidov: Nie wiem, może się mnie boją...

Kiedyś chciał uciec z Olsztyna, dziś nie wyobraża sobie życia w innym miejscu. Mamed Khalidov, mistrz mieszanych sztuk walki, opowiada o swojej drodze na ring.


Dzwoni do mnie koleżanka i mówi: „Ada, Mamed Khalidov jest w pierwszej dziesiątce najlepszych zawodników MMA na świecie!” No pewnie, że jest — taki facet musi być! Nie to, że przystojny, to przede wszystkim skromny. No i waleczny — powala wszystkich na ringu. Strach się go bać!

Rozmawiam z najbardziej niebezpiecznym człowiekiem w Polsce...

— Eee tam, nie ma mnie co się bać! Na ringu dzieje się jedno, w życiu drugie. W sporcie chodzi o to, żeby wygrać — trzeba więc przeciwnika znokautować i dać z siebie wszystko.

A co cię najbardziej kręci — spytam jak baba — w laniu drugiego faceta?
— (śmiech) Ja nie biję ludzi! Ale sportowcy, którzy uprawiają sztuki walki, muszą być agresywni na ringu. Dobrze się biją, ale na co dzień są spokojni, można z nimi pogadać. Żyją normalnie, są wykształceni.

Ty studiowałeś w Olsztynie zarządzanie i administrację.
— Przyjechałem tu na studia i chciałem z dyplomem wracać do domu, do Groznego. Ale rozpętała się kolejna wojna i wrócić nie mogłem.

Można powiedzieć, że uciekłeś z Czeczenii do Polski?

— Nie, nie byłem uchodźcą. Do Polski przyjechałem w 1997 roku, więc było już po wojnie i panował spokój. Dostałem szansę nauki i to był powód mojego przyjazdu.

Nie była to nawet ucieczka mentalna?
— Kiedyś działo się w Czeczenii, oj działo. Nikomu nie życzę, żeby przez to przechodził. Przyznam, że nie chciałem w ogóle wyjeżdżać z Groznego, ale matka z ojcem wypchali mnie na siłę. Powiedzieli, że muszę studiować. No to przyjechałem i po pół roku wróciłem. Strasznie stęskniłem się za rodziną, za krajem i znów nie mogłem wyjechać. Rodzice znowu swoje... Kiedy dojechałem do Moskwy, chciałem zawrócić. Tata jednak przeprowadził ze mną godzinną rozmowę przez telefon i mnie przekonał.

Czas pokazał, że miał rację.
— Tak, pobyt w Olsztynie bardzo mi pomógł. Los tak się potoczył, że zacząłem zawodowo trenować w tutejszym klubie, który dziś jest jednym z najlepszych w Polsce. Dziś na pewno nie zamierzam stąd uciekać — ani z klubu, ani tym bardziej z Olsztyna. Bo tu znalazłem swoje miejsce. Kocham Olsztyn! To bardzo ciepły region — mamy wiele jezior, lasów i wspaniałych ludzi. No i tu trenuję MMA, więc robię to, co lubię. MMA imponuje mi tym, że trzeba być wszechstronnym — to walka stójce, w parterze... We wszystkim trzeba się wykazać.

Boisz się, kiedy wychodzisz na ring?
— Boję się tylko Boga. Przed walką czuję fajną adrenalinę i właśnie to najbardziej mnie kręci.

A dostałeś kiedyś „po mordze” na ulicy?
— (śmiech) Nie! Ale przyznajmy, każdy mężczyzna miał w swoim życiu potyczki uliczne. A że byłem kiedyś bardzo mały i chudy, więc to jakoś prowokowało... Musiałem sobie radzić, ale dzięki Bogu, wychodziłem obronną ręką. Dziś jest spokojnie — nie wiem, może się mnie boją.

Nie dziwię się — jesteś przecież najniebezpieczniejszym facetem w okolicy.

— W okolicy nie walczę! (śmiech) Ale w marcu powalczę w Japonii. W maju — trwają rozmowy — może właśnie w Polsce. Jeszcze później lecę do USA. Trzymajcie za mnie kciuki!



Świetne teksty o Mamedzie, polecam:
Polsko-czeczeńska duma
Veni, vidi, vici

wtorek, 12 stycznia 2010

Herbata Lipton made in China

Już nie tylko produkowane w Chinach zabawki, aparaty i T-shirty można kupić w Polsce. Do tej zaszczytnej rodziny produktów trafił Lipton. Niby chińska herbata triumfuje wśród herbat, ale Lipton został prawdopodobnie importowany przez sklepikarza. Pamiątka z egzotycznej wycieczki?


Lubię herbatę. Lubię ją przede wszystkim zimą. Dlatego też, kiedy byłam w Jastrzębiej Górze, kupiłam opakowanie Liptona na rozgrzewkę. Sklep nie był ani supermarketem, ani samoobsługowym samem, ale sprzedawała w nim miła pani w fartuchu. I właśnie ona podała mi herbatę, która na pierwszy rzut wyglądała jak każda inna herbata Lipton. Dopiero w domu przyjrzałam się opakowaniu i okazało się, że na pudełku nie ma ani jednego polskiego słowa, a kartonik zasypany jest chińskimi literami! Lipton okazał się lipny.

Z miłą panią na temat pochodzenia herbaty nie porozmawiałam. Po pierwsze z Jastrzębiej wyjechałam, a po drugie sprzedawczyni mogłaby zadziwić się tak samo jak ja.


Dzwonię do firmy Unilever, która rozprowadza Liptona w Polsce. Opowiadam, jak wygląda moje pudełko — bo herbata smakuje jak klasyczny „Yellow Label Tea”. Pytam, co to za cudo.
— Herbata sprzedawana w Polsce nie powinna mieć na pudełku chińskich znaków — tłumaczy mi konsultant. — Powinna mieć polskie litery. Od nas sprzedawca takiej herbaty na pewno nie otrzymał, ale być może importował z innego kraju — domyślam się, że z Chin.
— Pudełko głosi, że z Indonezji, ale to też Azja. Czy coś grozi sprzedawcy, który sprzedaje importowaną herbatę Lipton?
— Nie, nie jest to karalne. Sprzedawca może sprzedawać importowany towar.

Za głowę się łapię, że można ściągać herbatę z różnych stron świata, przykleić na nią wydrukowaną przez siebie naklejkę z polskimi znakami (taka była na folijce ochronnej) i zarabiać. Oczywiście konsultant Liptona nie jest wyrocznią, ale fakt jest faktem — herbatę „made in China” kupiłam.

Niedługo Polska okaże się made in China — będzie to nowa wersja „Seksmisji”. Zamiast kobiet rządzić będą Azjaci. Okaże się, że Kopernik nie był był kobietą, był Chińczykiem! Jak Lipton!


Przeczytaj też:
Tracę zaufanie do herbaty Lipton

niedziela, 10 stycznia 2010

Hymn WOŚP, czyli "Pozytywne myślenie" Waglewskiego

O hymnie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy opowiada Wojtek Waglewski, lider Voo Voo.


Lubię Wojtka Waglewskiego. Lubię do tego stopnia, że zawsze uśmiecham się po rozmowie. Pogodny z niego facet. I tę pogodę słychać w każdym jego dźwięku. Nie dziwię się, że Jurek Owsiak to docenił.

Co roku w styczniu rozbrzmiewa hymn Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Niezły kawałek pan napisał, panie Wojtku.
— A dziękuję! A wszystkiemu winna przyjaźń, bo z Jurkiem Owsiakiem kiedyś się przyjaźniłem. Mam nadzieję, że ona nadal jest aktualna... Kiedyś Jurek prowadził zbiórkę pieniędzy. Ludzi trzeba było jakoś zachęcić, więc wspólnie z Walterem Chełstowskim, twórcą i organizatorem Festiwalu w Jarocinie, wymyślili, że zwrócą się do młodych ludzi. Jurek przyszedł do mnie i powiedział: czy ty byś czegoś nie napisał? Znalazłem więc utwór, który napisałem kiedyś do spektaklu teatralnego i mówię: Jurek, podoba ci się? Jurkowi bardzo się spodobał. Potem do tego napisałem słowa i tym sposobem zrodził się hymn Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Oczywiście kombinowaliśmy potem długo, żeby nie podpinać do tego Voo Voo. Nie chciałem, żeby ludzie mówili, że Waglewski promuje swoje nazwisko dzięki Orkiestrze.

Pan wybaczy, panie Wojtku, ale popularności WOŚP-u nawet pan nie przebije.
— No właśnie! I dlatego ten utwór nie pojawiał się nigdzie jako utwór Voo Voo, ale jako hymn Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Po prostu.

Ale ta piosenka ma tytuł: „Karnawał — Pozytywne myślenie”.
— No ma, bo potem połączył się z nami, czyli z Voo Voo, Jafia Namuel i razem nagraliśmy ten kawałek.

A myśli pan pozytywnie?
— Jasne, że myślę! Zawsze, nie wyobrażam sobie innej opcji. I tak dzisiaj, jak i zawsze, kopa daje mi to, co robię. Ale nie jestem pasjonatem pracy, to przesada. Bardzo wiele, a właściwie najwięcej, daje mi moja rodzina. To brzmi banalnie, ale tak jest i nie będę tego ukrywał. Żona, dzieci i wnuki bardzo mnie mobilizują. Wszyscy jesteśmy związani z muzyką, więc łączę przyjemne z pożytecznym. Niezłe sztuki jesteśmy!

Czyli ten rok będzie pozytywny...
— Plany mam tak duże, że czasu zabraknie na opowiadanie. Na pewno ukaże się duża płyta, bo w tym roku obchodzimy 25 lat istnienia. Ale w tym roku świętuje swoje dwudziestolecie też zespół Raz Dwa Trzy, więc może połączymy siły i wspólnie coś nagramy? Albo będzie koncert, albo płyta.



Przeczytaj też:
Zuzia wygra razem z Orkiestrą
Waglewski: Nie odkrywam torsu

piątek, 8 stycznia 2010

Pakosińska: Oddaję serce, dostaję cholery

— Na biurku ląduje wiele rzeczy i ja na te lądowania nic nie poradzę, mimo iż jestem strasznie niemiecka i uporządkowana — przyznaje Kasia Pakosińska z Kabaretu Moralnego Niepokoju. 8 stycznia obchodzimy Dzień Sprzątania Biurka.


Kasiu, czy na twoim biurku jest tak samo jak w damskiej torebce?
— U mnie na biurku jest zdecydowanie lepiej niż w torebce! Jestem strasznie niemiecka i uporządkowana. Wiem, że tu leżą takie dokumenty, a tam papiery od tego. Wszystko musi mieć swoje miejsce. Rachunki przede wszystkim. Tak samo gumki i długopisy. Wyobrażasz sobie, żeby gumka ci się zapodziała? Ale za to w torebce mam wszystko, co charakteryzuje damską torebkę. Mam absolutny bałagan i nigdy nie potrafię niczego znaleźć. Nawet gumki, którą wrzucę do środka. Klucze też mi wiecznie giną, bo toną w chaosie starych dokumentów, rachunków, wydruków z bankomatów, biletów z parkomatów. O matko, ja tyle rzeczy noszę w torebce? Wymieniam i sama nie wierzę, że to wszystko się w niej mieści.

Skoro nosisz tak dużo, bywa że i wyrzucasz wszystko na biurko. Stąd ta niemiecka precyzja, żeby mieć miejsce na torebkową wysypkę?
— Jasne! Na biurku mam wystarczająco dużą przestrzeń, aby tam wszystko wylądowało, a nie na łóżku. Biurko jest czyste i sprzątnięte, więc się na nim nie pogubię. Przekładam wtedy, oglądam, zastanawiam się, co ma wylądować w koszu. Ale niewiele mi to pomaga, bo torebkę mam chłonną. Noszę więc i noszę w niej wszystko, a wysypuję tylko od wielkiego dzwonu — gdy mi już miejsca w niej brakuje. Albo gdy wymieniam jedną torebkę na drugą — wtedy muszę ją opróżnić.

A jak jest z biurkami kolegów z kabaretu? Bałaganią?
— Nie zaglądam do biurek, nie wypada mi przecież. Ale moje otoczenie, przyznam, jest trochę mniej poukładane niż ja. O mężu trochę opowiem... Mimo chaosu na swoim biurku potrafi wszystko znaleźć. Ma absolutny galimatias — płyty nie płyty, książki nie książki, gazety, pisma, czasopisma... Zawsze wie, gdzie włożyć rękę, aby wyciągnąć poszukiwaną rzecz. Z zamkniętymi oczami potrafi. A ja? Przyznam tylko, że kilka razy próbowałam mu posprzątać, ale nie wychodziło nam to na zdrowie. Serce oddawałam, byłam z siebie dumna, bo biurko błyszczało, a on tupał nogą i była awantura.

Ba, w szaleństwie jest podobno metoda.
— No jest, więc wybaczam mu biurkowy chaos. On się w nim odnajduje, ja przymykam oko i cieszę się widokiem mojego uporządkowanego biurka. Pełen luz, tolerancja — po co mam z mężem wojować? Przyznam, że i u mnie czasem jakaś rzecz przesunie się z jednego miejsca na drugie. Nie wyrywam sobie wtedy włosów z głowy — tym bardziej, że dzieci są w domu. Na biurku ląduje wiele rzeczy i ja na te lądowania nic nie poradzę.

Czyli dzieci nie przywiązują wagi do porządku na biurku...
— Ja cholery dostaję, gdy patrzę na ich biurka! (śmiech)

Ale pewnie im tłumaczysz, jak utrzymywać ład na biurku.
— Hmmm. Zasady są takie — nic nie może walać się po blacie. Kiedy siadam przy biurku, musi być na nim miejsce, aby położyć książkę albo łokieć. Muszę mieć też długopis w odpowiednim miejscu. Komputer też musi mieć swoją miejscówkę. Tak, porządek musi być. A jak go nie ma, trzeba go zrobić.

Zagarnięciem bałaganu do szuflady?
— Czasami tak, ale szuflady są jak damskie torebki, zawsze się w nich wszystko znajdzie. Wiem, że zgarnęłam, więc zgubić się nie mogło.

Czyli kochamy szuflady w biurkach!
— Kochamy!

Dzień Sprzątania Biurka... Moje wygląda tak:

wtorek, 5 stycznia 2010

Bóg lubi cycki

Skoro na scenie pojawia się dziewczyna, musi być atrakcyjna. Skoro staje w obliczu mężczyzny, więc oboje mają ochotę na seks. Ale czy widz ma ochotę na takie stereotypy? O „Bogu” w reż. Marcina Sławińskiego w olsztyńskim teatrze Jaracza słów kilka.


Woody Allen powiedział kiedyś, że człowiek zaczyna być człowiekiem wtedy, kiedy przestaje jęczeć i przeklinać. A wszystko po to, aby szukać prawdy, która rządzi jego życiem. Ta prawda nie jest jednak tak oczywista. Allen dowodzi temu - a właściwie ironizuje - w sztuce „Bóg”, jaka bawi od sylwestra olsztyńską publiczność. Allen robi swoje, jego nazwisko wabi do teatru, a pikanterii dodaje sam reżyser Marcin Sławiński: - „Bóg” jest scenariuszem wyjątkowym. Urzekło mnie połączenie zabawy, wygłupu i kabaretu z refleksją na temat świata. Będzie więc i śmiesznie, i poważnie. Nie zabraknie poszukiwania sensu życia i dowodów na istnienia Boga. Tak, sztuka jest poważna, ale ja nie jestem poważnym człowiekiem, więc świetnie się w tekście Allena odnalazłem. I mam nadzieję, że każdy się odnajdzie.

Każdy odnaleźć się musi, bo każdy jest śrubką w tej teatralnej machinie. I czuć to już na początku, kiedy Kretynik i Schizoktares żonglują nazwami olsztyńskich dzielnic. Mówią niby do siebie, niby do wszystkich: publiczność przyszła z Kołobrzeskiej, z Jarot, z Pieczewa. Sami swoi są w teatrze! Potem z widowni wyłania się dziewczyna - Doris z Klewek (Agnieszka Pawlak). Znów salwy śmiechu, bo Klewki to przecież najczęściej cytowana mieścina w olsztyńskich dowcipach. Tak jak Polska żartuje z Koziej Wólki, tak olsztyniacy puszczają oko na temat Klewek City. Nie bez powodu stacjonowali tam Talibowie (taką informację podawały kiedyś wszystkie telewizje i stacje radiowe). Klewki mają więc swoją renomę, a i poważną delegację. Na scenie z tamtych okolic pojawia nie tylko seksowna Doris, ale też kloszard z rowerem – bo przecież publiczność lubi powtarzalność. Klewki rządzą więc na scenie, ale Allen wyrywa nas z tej rzeczywiści i zaprasza do starożytności. Cofa nas.

Kretynik (Jarosław Borodziuk) i Schizokrates (Maciej Mydlak) piszą sztukę na konkurs dramatyczny w Atenach. Napinają się, prężą, ale nie mają szczęścia. Koniec wieńczy dzieło, a im właśnie dobrej końcówki brakuje. Okazuje się też, że niewiele mogą - są bohaterami nie tylko swojej, ale też innej sztuki. Człowiek nie jest więc wolny, ale spięty w kajdany już dawno zaplanowanego dla niego CV.

Wszystko tworzy niezły bigos – trudno nadążyć za scenicznym chaosem. Sławiński zbyt wiele wrzuca do jednego garnka, miesza w nim i przypadkowo wylewa na deski. Taki galimatias, owszem, śmieszy publiczność, bo nic tak nie wprawia w dobry humor jak niewytłumaczony absurd. Podwójnego dna można jednak szukać z lupą. Na scenę wbiegają, aby zaraz wybiec postaci z różnymi rekwizytami. Nie mówią nic, przechodzą niby nie zauważone, ale jednak widoczne. Nie puentują żadnych kwestii. Ot, jakby zapaliło się im zielone światło i przechodzą na drugą stronę, a przez scenę jest im najbliżej. Można powiedzieć, że są aluzją do codzienności – takich dziwaków spotyka się nie tylko na ulicy, w supermarkecie, ale w pracy i na klatce schodowej. Fakt – wszyscy działają jak zaprogramowani, wykonują swoje obowiązki i znikają po jakimś czasie. Można też pomyśleć, że to garderobiani i techniczni dający nam oręż do walki z scenariuszem życia. Można tak wymieniać, ale Sławiński nie mówi niczego jednoznacznie. A wprost wypowiada się często - sięga po stereotypy i szablony dowcipu. Skoro na scenie pojawia się dziewczyna, musi być atrakcyjna. Skoro staje w obliczu mężczyzny, więc oboje mają ochotę na seks. Humor zostaje spłycony, a prywatność - mimo iż marna - obnażona. Nie ma gry wstępnej, nie ma prologu ani tym bardziej epilogu. Jest głupie gadanie o pożądaniu i schematycznym działaniu.

W „Bogu” pojawia się bóg – to Woody Allen we własnej osobie, a właściwie we własnym głosie. Wydaje polecenia przez telefon, steruje ludźmi-marionetkami. Takie zagranie dowodzi, że istnieje siła, której nie widać, a która zaskakuje. I która ma swoje kaprysy. W sztuce to autor, reżyser, a w życiu Bóg. Tylko dlaczego owy Bóg stworzył tak mało skomplikowane jednostki - deklamujące ze sceny, rozwierające ramiona w szekspirowskim geście i zadające pytania nie szukając odpowiedzi?

Aż żal człowieka ściska, że tak też bywa w życiu. Tu jednak, na ziemskim padole, jest trudniej. Ludzie ze sobą rozmawiają pełnymi zdaniami i - mimo iż często działają machinalnie – to jednak mają ciekawsze wartości niż te serwowane przez tandem Allen-Sławiński.

I życie – Bóg zapłać – trwa o wiele dłużej niż godzinna sztuka. Pomimo śmiechu, czuje się niedosyt. Chciałoby się wejść głębiej w poszukiwania demiurga i sprawcy. Nie wystarczy sam napis: „Bóg umarł. Nietzsche.” Nie wystarczy też odwrócenie tego napisu: „Nietzsche umarł. Bóg”.

Allen nie taki genialny. Różewicz był pierwszy. Napisał: „Życie bez boga jest możliwe, życie bez boga jest niemożliwe”.

PS. Już wiem, dlaczego Talibowie uciekli z Klewek.

sobota, 2 stycznia 2010

Jak PKP sprzedaje bilety na pociąg widmo

Pociąg relacji Gdynia-Olsztyn nie przyjechał, a PKP sprzedało bilet na tę trasę. W zamian oferta noworoczna — kłamliwy rozkład jazdy i Donald Tusk na peronie. Tak PKP leczy swojego posylwestrowego kaca. Moim kosztem.



2 stycznia. Czas wracać znad morza do Olsztyna. Idę na dworzec Gdynia Główna, elektroniczna tablica informacyjna na holu głównym wyświetla, że o godz. 12.27 odjeżdża pociąg osobowy. Pasuje idealnie! Idę więc po bilet do kasy na ten właśnie pociąg. Płacę 29 zł, czekam na odjazd.

Peron pusty, ale zbierają się ludzie. Patrzą nerwowo na zegarki. Pociągu ani widu, ani słychu.
— Tak późno go podstawią? — dziwi się pani w berecie. — Przecież my wsiąść nie zdążymy. Spóźniony, czy co? Ale przecież stąd ten pociąg jedzie, z Gdyni, a nie z Krakowa. Rany boskie!

Jeszcze siedem minut, może przyjedzie, może dowiezie do Olsztyna. Może. Ale coś mnie kusi — idę do informacji: przyjedzie czy się zgubił w czasoprzestrzeni?

Informacja, owszem, jest. Ale zamknięta. Nie ma więc informacji. Nie ma też pociągu. Jedyne, co jest — bilet sprzedany w kasie.

Okazuje się w końcu, że ten pociąg nie kursuje 1 i 2 stycznia. Ale żeby się tego dowiedzieć, trzeba zagłębić się w lekturze żółtego rozkładu jazdy. Napisane jest małym drukiem, że pociąg ma urlop. Ale zostawmy ten rozkład. W holu dworca wisi tablica, która informuje przecież na bieżąco. Tłumy się na nią patrzą, tłumy biorą ją za wiarygodną. A tu zonk! Okazuje się, że nie tylko telewizja kłamie. PKP też.

Pociąg nie pojawia się, pociągu brak. Ale jest nerw. Idę zwrócić bilet.
— Ale my nie obsługujemy osobowych. Obsługujemy podróżnych według ich życzenia — słyszę od kasjerki.

A co to ma do rzeczy? Na okienku kasowym wisi kartka: sprzedaż biletów na wszystkie pociągi.

Hmm, to może ja do Honolulu poproszę bilet? Nie da rady. PKP sobie nie poradzi, za daleko. Ze zwrotem pieniędzy też nie tak łatwo. Zabawa kosztuje mnie 15% ceny za oddany bilet. Nie ma zmiłuj, gapowe trzeba płacić. Czyżby? Nerw nadal mnie trzyma i nie odpuszczam. Pani w okienku radzi mi, aby iść do „głównego peronowego”, który wszystko spisze na bilecie. Wszystko. Będzie to dowód, że PKP nawaliło i zostanie zwrócone mi 100% ceny. Idę więc na perony.

— Ja od 1 stycznia nie pracuję już w Intercity i biletów nie unieważniam — główny peronowy mówi jak Donald Tusk (z wydatnym rrr), a ja oczy w słup. — Pani kasjerka jest niepoinformowana.

Że co? Że od 1 stycznia perrronowy nie pracuje? Znaczy, że wyjątek nie potwierdza reguły — PKP nie słynie z dobrej informacji. Ale perrronowy staje na wysokości zadania i dzwoni do kas, aby powiedzieć, że ma mniej obowiązków. Tłumaczy, że tylko kasjerki mogą unieważnić bilet. Panie z drugiej strony słuchawki wyrażają jednak sprzeciw.
— Ale to jest wasz problem! — perrronowy kończy dialog, a ja wychodzę, bo… nic nie załatwię.

Na peronie napotykam jakiegoś pracownika PKP. Pytam go, o co chodzi z tym pociągiem widmem. Często się tak zdarza? To już klasyka? Scheda po PRL-u?
— Nie do mnie z tą sprawą — mówi na luzaku. — A te perony to w ogóle do jakiejś innej spółki należą. Ja tu tylko przesyłkami się zajmuję. Widzi pani, tu nic nie działa.

Idę do kasy, w której bilet kupowałam. Pani twierdzi, że jednak pieniędzy mi nie odda, bo to nie pociąg Intercity — mimo iż tak na bilecie jest napisane — ale Przewozów Regionalnych. Fakt, osobowy przecież. Tę sprawę można załatwić w kasie obsługującej tylko połączenia sygnowane tym znakiem. Idę więc pod wskazany adres. Znowu załamka, znowu pani za okienka nie wie, co zrobić.
— Niech pani idzie do kasy, w której pani bilet kupowała.
— Jak to? — z sił opadam. — Czy panie sprzedają bilety prywatnie?
— Nie.
— Sprzedają więc jako PKP.
— Tak.
— Proszę o zwrot za bilet sprzedany na pociąg widmo.

Jak się moja zabawa z PKP kończy? Nie jadę 2 stycznia, ale dzień później. Nie chcę dopłacać do pośpiesznego. Wystarczy, że straciłam dużo czasu. I pociąg straciłam. I zaufanie do PKP też.

Wszystko nagrałam na telefon komórkowy. Lubicie „Misia”? Klimat jest jak z Barei:



Jak PKP sprzedaje bilety na pociąg widmo? Źle.

Nie chodziło mi o zwrot 100% ceny biletu. Chciałam pokazać, jak PKP podchodzi do klienta. Bo na pewno nie podjeżdża.

Przeczytaj też:
PKP: Powolne Katowanie Pasażera
Rewolucja w PKP. Uważaj, jaki bilet kupujesz!
Nie zmieścili się do pociągu, więc zablokowali tory. Poskutkowało

piątek, 1 stycznia 2010

Kryszak: Odchudzanie w głowie

— W nowy rok rodzi się nadzieja. Umowna nadzieja — stwierdza Jerzy Kryszak. Z satyrykiem rozmawiam o noworocznych obietnicach. Warto czy nie warto obiecywać sobie poprawę?


Oj, panie Jerzy, panie Jerzy. A ja myślałam, że mi pan powie: „Ada, dawaj czadu! Obiecuj sobie, obiecuj! Nie ważne, że nie dotrzymasz słowa, grunt, że obiecałaś!” Ale jak się przyjrzeć bliżej, Jerzy Kryszak tak właśnie powiedział.

Za chwilę sylwester, potem fajerwerki, czyli idzie nowe. To świetny moment, aby obiecywać sobie zmiany na lepsze.
— Eee tam! Obiecujemy sobie Bóg wie co, a potem nie dotrzymujemy słowa. Ale to nie dotyczy jedynie Polaków. Tak ma cały ludzki rodzaj.

Znaczy, że jesteśmy leniwi?
— Mamy większe chęci niż możliwości realizacji. Tu działa nasza wyobraźnia, bo myślimy, jacy będziemy wspaniali. Wmawiamy sobie: od nowego roku nie będę palił, będę mniej jadł, nie będę robił tego i tamtego. Chcemy być lepsi w swoich oczach. Już samo postanowienie czyni nas lepszymi.

Tyle można sobie wmówić i już piórka rosną?
— No tak! Przez jakiś czas żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy wspaniali, bo sobie obiecaliśmy, że tacy będziemy. Swoje postanowienia realizujemy przez miesiąc, góra dwa, a potem wszystko wraca do normy. Chcemy schudnąć? Proszę bardzo. Najpierw ćwiczmy namiętnie, potem co dwa dni, potem tylko przez dwie godziny w tygodniu, potem raz w miesiącu, a potem tylko w głowie i czekamy do kolejnego sylwestra, aby obiecać sobie poprawę. I potem znowu jesteśmy świetni, bo sobie obiecujemy, zacieramy ręce i czekamy aż z nas zejdzie powietrze.

Czyli robimy z siebie balona?

— Zawsze jest dobrze czekać na okazje, więc aż tak źle z nami nie jest.

A pan czeka na okazje?
— Nigdy. Nie próbuję sobie niczego obiecywać, bo i tak się nie zmienię, więc po co się oszukiwać? Poza tym nie uznaję, że koniec starego, a początek nowego roku to taka świetna data na zmiany. A w czym ona jest lepsza od innych? W tej chwili niczego bym nie zmienił. Dobrze mi jest ze sobą! (śmiech) Trzeba siebie zaakceptować i po kłopocie. Ale oczywiście jeśli jest się przestępcą, nie należy być nim nadal! O takiej akceptacji nie mówię. Ze złymi cechami powinniśmy walczyć mimo wszystko. Dlatego ja niczego bym w sobie nie zmienił, bo nie widzę powodu.

Na nowy rok można też sobie wytyczać cele.
— Też w takie rzeczy nie wierzę. Nowy rok niczego nie zmienia. Nie lubię też sylwestrowego wieczora, kiedy trzeba bawić się na siłę.

Pracuje pan tego dnia?
— Ależ nie! Wkurza mnie, że wszyscy umawiają się, że w tym czasie przykleją sobie uśmiech jak w amerykańskim filmie. A niby po co? Że nadzieja się rodzi? Tak, rodzi się nadzieja. Umowna nadzieja. Ale dla mnie takim samym dniem równie dobrze może być 1 marca.

Albo 1 kwietnia.
— A dlaczego nie? Każdy dzień jest dobry, żeby zmienić się i wytyczyć sobie cele. Niekoniecznie trzeba przechodzić metamorfozy w ten sztucznie nadęty nowy rok. Po co się męczyć na siłę?

I po co męczyć się z kacem, który nowy rok daje nam w prezencie?
— Kac? On boli najbardziej. Ze dwa w życiu przeżyłem i nie lubię wracać do tego samopoczucia. Ale zanim się umiera, widzi się rozchełstane, spocone krzyczące tłumy. To nie jest dla mnie. Ja zasiadłem z żoną przy smacznej kolacji i nie szalałem. Odpoczywałem. Niech inni szaleją i obiecują poprawę.

Zwłaszcza po pijaku wiele obiecujemy, a na kacu mamy inne zdanie.

— I właśnie tak z ludźmi jest, że obiecują, a wszystko idzie na manowce. To świetna puenta naszej mentalności i naszej rozmowy.

środa, 30 grudnia 2009

Jak Kasia Czarkowska staje się Majkelem Dżeksonem

— Wizualnie, ja i Michael, jesteśmy skrajnie różni i nie chodzi tylko o płeć. Jestem naturalną blondynką o rysach twarzy zupełnie innych niż on. Michael był filigranowy, ja raczej przeciwnie — przyznaje Kasia Czarkowska, która występuje jako Majkel Dżekson.


Lubię ludzi, którzy wyróżniają się z tłumu. A Kasia na pewno ma nieprawdopodobne hobby — na co dzień jest menedżerem w firmie telekomunikacyjnej, od święta wciela się w króla popu — Michaela Jacksona. Przedstawia się jednak zawsze jako Majkel Dżekson — żeby nie było wątpliwości: to polska dziewczyna!

Gdy patrzę na ciebie, widzę Jacksona. Ile jest Michaela w Majkelu?
— Sporo. Michael pojawił się w moim życiu, kiedy miałam 12 lat. Po dwudziestu latach patrzenia na kogoś, kogo uważa się za swój autorytet, kogoś kogo stara się naśladować na scenie, siłą rzeczy przenika się w jego umysł. Kiedy to już nastąpi, pewne zachowania, sposób bycia i spojrzenie na świat stają się bliższe, chętnie przyswajane i wdrażane w życie. Tak też było w moim przypadku.

Jak przygotowujesz się, aby wyjść na scenę jako król popu?

— Królem popu nie staje się nigdy. Król popu jest i był tylko jeden. My, naśladowcy, sobowtóry, czy jakkolwiek inaczej by nas nie nazwać, możemy jedynie starać się zbliżyć do oryginału. Pytanie tylko, jak bardzo nam się to uda. Przygotowania to nie tylko makijaż, strój, choreografia, wokal. To również zrozumienie pewnym mechanizmów. W sumie, kiedy o tym myślę, to chyba jest najważniejsze... Zrozumienie daje możliwość lepszego wbicia się w rolę i bardziej wiarygodnego jej odtworzenia. Tutaj potrzeba co najmniej kilku lat.

A różni was wiele — chociażby płeć.

— Wizualnie, ja i Michael, jesteśmy skrajnie różni i nie chodzi tylko o płeć. Jestem naturalną blondynką o rysach twarzy zupełnie innych niż on. Michael był filigranowy, ja raczej przeciwnie. Wszystko to trzeba korygować makijażem i strojami, ale nie zawsze wszystko się da poprawić.

Co cię podkusiło, że zaczęłaś się w niego wcielać?

— W zasadzie przypadek. Choć nie byłoby tego przypadku, gdyby nie fakt, że jestem fanką Michaela od 1989 roku. Jak chyba każdy fan próbowałam uczyć się jego kroków, naśladować wokal. Okazało się, że stworzenie wizualnej iluzji nie jest tak zupełnie niemożliwe. To zachęciło mnie do rozwijania się w tym kierunku.

Co jest najtrudniejsze w byciu Majkelem?

— Bycie Majkelem w taki sposób, aby jak najmniej pokazać, że jestem kobietą. Czasem ten Majkel, którego mam w sobie na co dzień, próbuje przeważać. Ma w sobie sporo z kobiety, a ja nie zawsze chcę, aby dominował — zwłaszcza kiedy jestem na scenie. Z jednej strony, na scenie czuję się swobodnie, a z drugiej niemal ciągle muszę się pilnować, aby nie dopuścić do głosu tej niemajkelowej Kasi.

A co daje ci najwięcej energii i radości?

— Ludzie, ich cudowne reakcje, wzruszające chwile... To wszystko powoduje, że idę dalej do przodu, że chcę co i rusz wnosić do swojego występu coś nowego, że chcę się rozwijać. Niebywałe, ile publiczność może zdziałać, czasem zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.

Jakie były początki Majkela Dżeksona? Gdzie tańczyłaś zanim wyszłaś na wielkie sceny?

— Bywały różne... Był to czas, kiedy jako niezbyt zamożna studentka, przyjmowałam niemal każde zlecenie na bycie Majkelem. Niemal, bo zawsze priorytetem było dla mnie nie szkodzić Michaelowi i jego wizerunkowi. Tańczyłam na biednych festynach wiejskich, na drobnych imprezach firmowych, w klubach czy w hipermarketach. Warunki techniczne często były sporo poniżej oczekiwań lub nie było ich wcale. Z biegiem lat nauczyłam się jednak, że to nie ma sensu, że kłóci się z moją ideologią i sensem bycia Majkelem. Decyzja tym łatwiejsza, że Majkel Dżekson to nie mój zawód, lecz hobby, a praca, jaką wykonuję na co dzień, z powodzeniem zaspakaja moje potrzeby finansowe.

Michael po swojej śmierci „ożył na nowo”, bo świat sobie o nim przypomniał. W jakim stopniu ty to odczuwasz?
— Odczuwam to bardzo — zarówno od strony artystycznej, jak i na co dzień. Wejście na scenę, często wiązało się kiedyś z siłą charakteru. Teraz to niemal jak bycie „trendy”. Nie ukrywam, że nie bardzo mi to odpowiada, bo Michael po śmierci nie dokonał niczego, za co można go wielbić bardziej niż za życia. Tymczasem ci sami ludzie, którzy niegdyś go znieważali i poniżali, dziś wynoszą go na piedestał. Smutne jak wizja łatwego zarobku wpływa na ludzi.



Przeczytaj:
Być jak Elvis, jak Abba, jak Doda. Być jak Michael Jackson