— Każde otwarcie butelki szampana to dreszczyk emocji. Uwielbiam
ten lekki dymek z pełnią aromatu wydobywającego się z szyjki — mówi Rafał Banach, pierwszy Polak zaproszony do elitarnej organizacji znawców szampana Ordre des Coteaux de Champagne.
W sylwestra rozmawiać można tylko o szampanie. I tylko o tym prawdziwym, najlepszym...
Pamięta pan swój pierwszy łyk wina?
— Musiałbym sięgnąć daleko w pamięć, bo było to jakieś kilkanaście lat temu... A jeśli mówimy o prawdziwym winie, było to wino hiszpańskie, z diabełkiem na etykiecie. Charakterystycznie głęboko czerwone, o pięknym owocowo-drzewnym aromacie, pieprzne, ostre i mocne w smaku. Teraz już wiem, że pieprz, który był wyczuwalny, jest synonimem szczepu winogron pinot noir — którego to wino ma dużą zawartość — jednego z moich ulubionych i jednego z najważniejszych w produkcji szampana.
Co spowodowało, że zaczął interesować się pan winem i szampanem?
— Moje zainteresowanie winem tak na poważnie zrodziło się po wyjeździe z Polski. Teraz mieszkam w Jersey na wyspie położonej na Kanale La Manche, gdzie lampka wina połączona do posiłku jest czymś naturalnym. Od tego momentu zacząłem poszerzać swoją wiedzę, a jak wiadomo — apetyt rośnie w miarę jedzenia. W końcu zainteresowanie przerodziło się w pasję. Teraz wiem, że wino to trunek bogów. Urzeka minie tajemniczość tego trunku, fascynująca różnorodność, niesamowita paleta aromatów i niezliczona ilość smaków... Ale wpływ miały też wielogodzinne rozmowy połączone z degustacją skarbów przywiezionych z różnych zakątków świata — perełek, dalekich od komercji smaków. To właśnie na bazie małych winnic tworzonych z sercem ukształtował się mój smak. Pozwoliło mi to stwierdzić, że do doboru dobrego wina do potraw potrzebny jest przede wszystkim nasz własny gust. Stąd też fascynacja najbardziej szlachetnym i pełnym życia trunkiem z rodzinny win czyli szampanem.
A czym urzeka pana szampan?
— Każde otwarcie butelki to dreszczyk emocji. Uwielbiam ten lekki dymek z pełnią aromatu wydobywający się z szyjki. Szampan jest winem z duszą. Jest jak życie — kruche, ulotne i bardzo delikatne. Niestety bardzo łatwo jest zepsuć smak szampana. Nie troszcząc się o niego — m.in. przechowując go w nieodpowiedniej temperaturze — tracimy wszystko, co najlepsze. Szampan i wino białe są przechładzane. Często są podawane w prosto z lodówki. Po zetknięciu z językiem czujemy miliony igieł wgryzających się w język. I jak tu się delektować? A łyk szampana w temperaturze 8-10 stopni pozwoli na eksplozję doznań w ustach. Nasz język będzie stwarzał wrażenie wysłanego aksamitem, a w ustach pozostanie niezapomniany, owocowo-orzechowy posmak. Niestety, wielu producentów z całego świata próbuje naśladować szampańskich mistrzów. Robią to z marnym skutkiem. Dlaczego? Trudno im uzyskać niedościgniony smak z powodu niesprzyjających i i niepowtarzalnych warunków klimatyczno-glebowych, którymi może poszczycić się tylko region Champagne we Francji. To tam wynaleziono szampana!
Nie ma sylwestra bez szampana, a toasty wznosimy zazwyczaj tym z niższej półki... Czym różni się ten tani od prawdziwego?
— Szampan to magia, to zaskakujące odkrycie bogactwa aromatów pogłębiających się z każdym łykiem. To kwintesencja smaku zamknięta w butelce. To esencja wydobyta z trzech wyłącznie ręcznie zbieranych winogron — czerwonych „pinot noir” dających owocowa nutę, białych chardonnay dających świeżość i delikatną cierpkość i znowu czerwonych, ale już pinot meunier — dopełniających i zamykających paletę smaków. Niestety wino musujące, które udaje szampana, nie ma nic wspólnego z szampanem. Jedna z zasadniczych różnic jest taka, że do napojów potocznie zwanymi szampanami alkohol i dwutlenek węgla wtłaczane są pod ciśnieniem. W przypadku oryginalnych — proces rodzenia się bąbelków zachodzi w butelce podczas fermentacji, czyli tworzenia się alkoholu. To trwa trwa latami. Pocieszające jest jednak to, że w Polsce mamy coraz większą dostępność szampana. Nie jest to najtańszy trunek, ale można go kupić już za 80 zł. Uważam, że raz w roku można pozwolić sobie na odrobinę luksusu — tym bardziej, że szampan jest o wiele zdrowszy niż napój popularnej marki, na którego etykiecie widnieją srebrno-złote winogrona na czarnym tle.
Został pan pierwszym Polakiem, który przystąpił do Ordre des Coteaux de Champagne...
— To wisienka na torcie moich osiągnięć zawodowych. Każdy szanujący się i ambitny sommelier marzy, aby stać się częścią tak elitarnej organizacji. To ogromne wyróżnienie, ale też wielka odpowiedzialność z pełnienia funkcji ambasadora tak znakomitego trunku. Jako chevalier czyli rycerz Ordre des Coteaux de Champagne będę się starał przybliżyć wszystkimi ten najszlachetniejszy i najdroższy alkohol na świecie.
Dlaczego wyjechał Pan z Mrągowa?
— Tak naprawdę duchowo nigdy nie wyjechałem z Mrągowa. Jestem bardzo związany z tym miastem. Urodziłem się w Rynie, ale całe moje dzieciństwo i młodość spędziłem w Mrągowie. Mam tu rodzinę, przyjaciół i w miarę możliwości staram się tu spędzać jak najwięcej czasu. A wyjechałem, aby poszerzać swoje horyzonty.
Czym różnią się imprezujący Anglicy od Polaków?
— W zależności od wieku — i w Anglii, i w Polsce — mamy inna kulturę picia. Ale po kilkuletnich obserwacjach, pracując w restauracjach i barach obu krajów, mogę stwierdzić, że Polacy piją raz na jakiś czas — dobrze i konkretnie, a Anglicy piją więcej i częściej poza domem. Cieszy mnie też fakt, że Polacy coraz częściej sięgają po wino i szampana. Nie boją się eksperymentować i doszukiwać się nowych doznań smakowych.
A jakim szampanem wzniesie pan toast w sylwestra?
— W tym roku zapewne będzie to ulubiony szampan najwspanialszej kobiety na tym świecie, czyli mojej ukochanej żony — Laurent Perrier Cuvee Rose Brut. Wytrawny, idealnie zrównoważony smak z wyczuwalną nutą moreli. Polecam. Takiego smaku również państwu życzę — nie tylko na sylwestra, ale przede wszystkim na cały przyszły rok.
*Ordre des Coteaux de Champagne — organizacja powstała w XVII wieku po to, aby promować wina z Szampanii, dbać o obyczaje związane ze sposobem ich podawania i stosowania. Członkowie stowarzyszenia są wybierani spośród sommalierów, koneserów wina i profesjonalnych restauratorów. Grono uzupełniają również przedstawiciele świata kultury i polityki. Nazwa stowarzyszenia Ordre des Coteaux, wedle autora książki „Wina, kraj i ludzie” Patricka Forbes’a, pochodzi z połowy XVII wieku. Była związana z działalnością trzech członków grupy, pochodzących z różnych części wzgórz „coteaux”: Ay, Avenay i Hautvillers. Młodzi arystokraci utworzyli wówczas elitarną grupę w celu promowania win z regionu Szampanii.
Limuzyna, filmowanie, fotografia – fajnyslub.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylwester. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylwester. Pokaż wszystkie posty
piątek, 31 grudnia 2010
piątek, 1 stycznia 2010
Kryszak: Odchudzanie w głowie
— W nowy rok rodzi się nadzieja. Umowna nadzieja — stwierdza Jerzy Kryszak. Z satyrykiem rozmawiam o noworocznych obietnicach. Warto czy nie warto obiecywać sobie poprawę?

Oj, panie Jerzy, panie Jerzy. A ja myślałam, że mi pan powie: „Ada, dawaj czadu! Obiecuj sobie, obiecuj! Nie ważne, że nie dotrzymasz słowa, grunt, że obiecałaś!” Ale jak się przyjrzeć bliżej, Jerzy Kryszak tak właśnie powiedział.
Za chwilę sylwester, potem fajerwerki, czyli idzie nowe. To świetny moment, aby obiecywać sobie zmiany na lepsze.
— Eee tam! Obiecujemy sobie Bóg wie co, a potem nie dotrzymujemy słowa. Ale to nie dotyczy jedynie Polaków. Tak ma cały ludzki rodzaj.
Znaczy, że jesteśmy leniwi?
— Mamy większe chęci niż możliwości realizacji. Tu działa nasza wyobraźnia, bo myślimy, jacy będziemy wspaniali. Wmawiamy sobie: od nowego roku nie będę palił, będę mniej jadł, nie będę robił tego i tamtego. Chcemy być lepsi w swoich oczach. Już samo postanowienie czyni nas lepszymi.
Tyle można sobie wmówić i już piórka rosną?
— No tak! Przez jakiś czas żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy wspaniali, bo sobie obiecaliśmy, że tacy będziemy. Swoje postanowienia realizujemy przez miesiąc, góra dwa, a potem wszystko wraca do normy. Chcemy schudnąć? Proszę bardzo. Najpierw ćwiczmy namiętnie, potem co dwa dni, potem tylko przez dwie godziny w tygodniu, potem raz w miesiącu, a potem tylko w głowie i czekamy do kolejnego sylwestra, aby obiecać sobie poprawę. I potem znowu jesteśmy świetni, bo sobie obiecujemy, zacieramy ręce i czekamy aż z nas zejdzie powietrze.
Czyli robimy z siebie balona?
— Zawsze jest dobrze czekać na okazje, więc aż tak źle z nami nie jest.
A pan czeka na okazje?
— Nigdy. Nie próbuję sobie niczego obiecywać, bo i tak się nie zmienię, więc po co się oszukiwać? Poza tym nie uznaję, że koniec starego, a początek nowego roku to taka świetna data na zmiany. A w czym ona jest lepsza od innych? W tej chwili niczego bym nie zmienił. Dobrze mi jest ze sobą! (śmiech) Trzeba siebie zaakceptować i po kłopocie. Ale oczywiście jeśli jest się przestępcą, nie należy być nim nadal! O takiej akceptacji nie mówię. Ze złymi cechami powinniśmy walczyć mimo wszystko. Dlatego ja niczego bym w sobie nie zmienił, bo nie widzę powodu.
Na nowy rok można też sobie wytyczać cele.
— Też w takie rzeczy nie wierzę. Nowy rok niczego nie zmienia. Nie lubię też sylwestrowego wieczora, kiedy trzeba bawić się na siłę.
Pracuje pan tego dnia?
— Ależ nie! Wkurza mnie, że wszyscy umawiają się, że w tym czasie przykleją sobie uśmiech jak w amerykańskim filmie. A niby po co? Że nadzieja się rodzi? Tak, rodzi się nadzieja. Umowna nadzieja. Ale dla mnie takim samym dniem równie dobrze może być 1 marca.
Albo 1 kwietnia.
— A dlaczego nie? Każdy dzień jest dobry, żeby zmienić się i wytyczyć sobie cele. Niekoniecznie trzeba przechodzić metamorfozy w ten sztucznie nadęty nowy rok. Po co się męczyć na siłę?
I po co męczyć się z kacem, który nowy rok daje nam w prezencie?
— Kac? On boli najbardziej. Ze dwa w życiu przeżyłem i nie lubię wracać do tego samopoczucia. Ale zanim się umiera, widzi się rozchełstane, spocone krzyczące tłumy. To nie jest dla mnie. Ja zasiadłem z żoną przy smacznej kolacji i nie szalałem. Odpoczywałem. Niech inni szaleją i obiecują poprawę.
Zwłaszcza po pijaku wiele obiecujemy, a na kacu mamy inne zdanie.
— I właśnie tak z ludźmi jest, że obiecują, a wszystko idzie na manowce. To świetna puenta naszej mentalności i naszej rozmowy.

Oj, panie Jerzy, panie Jerzy. A ja myślałam, że mi pan powie: „Ada, dawaj czadu! Obiecuj sobie, obiecuj! Nie ważne, że nie dotrzymasz słowa, grunt, że obiecałaś!” Ale jak się przyjrzeć bliżej, Jerzy Kryszak tak właśnie powiedział.
Za chwilę sylwester, potem fajerwerki, czyli idzie nowe. To świetny moment, aby obiecywać sobie zmiany na lepsze.
— Eee tam! Obiecujemy sobie Bóg wie co, a potem nie dotrzymujemy słowa. Ale to nie dotyczy jedynie Polaków. Tak ma cały ludzki rodzaj.
Znaczy, że jesteśmy leniwi?
— Mamy większe chęci niż możliwości realizacji. Tu działa nasza wyobraźnia, bo myślimy, jacy będziemy wspaniali. Wmawiamy sobie: od nowego roku nie będę palił, będę mniej jadł, nie będę robił tego i tamtego. Chcemy być lepsi w swoich oczach. Już samo postanowienie czyni nas lepszymi.
Tyle można sobie wmówić i już piórka rosną?
— No tak! Przez jakiś czas żyjemy w przekonaniu, że jesteśmy wspaniali, bo sobie obiecaliśmy, że tacy będziemy. Swoje postanowienia realizujemy przez miesiąc, góra dwa, a potem wszystko wraca do normy. Chcemy schudnąć? Proszę bardzo. Najpierw ćwiczmy namiętnie, potem co dwa dni, potem tylko przez dwie godziny w tygodniu, potem raz w miesiącu, a potem tylko w głowie i czekamy do kolejnego sylwestra, aby obiecać sobie poprawę. I potem znowu jesteśmy świetni, bo sobie obiecujemy, zacieramy ręce i czekamy aż z nas zejdzie powietrze.
Czyli robimy z siebie balona?
— Zawsze jest dobrze czekać na okazje, więc aż tak źle z nami nie jest.
A pan czeka na okazje?
— Nigdy. Nie próbuję sobie niczego obiecywać, bo i tak się nie zmienię, więc po co się oszukiwać? Poza tym nie uznaję, że koniec starego, a początek nowego roku to taka świetna data na zmiany. A w czym ona jest lepsza od innych? W tej chwili niczego bym nie zmienił. Dobrze mi jest ze sobą! (śmiech) Trzeba siebie zaakceptować i po kłopocie. Ale oczywiście jeśli jest się przestępcą, nie należy być nim nadal! O takiej akceptacji nie mówię. Ze złymi cechami powinniśmy walczyć mimo wszystko. Dlatego ja niczego bym w sobie nie zmienił, bo nie widzę powodu.
Na nowy rok można też sobie wytyczać cele.
— Też w takie rzeczy nie wierzę. Nowy rok niczego nie zmienia. Nie lubię też sylwestrowego wieczora, kiedy trzeba bawić się na siłę.
Pracuje pan tego dnia?
— Ależ nie! Wkurza mnie, że wszyscy umawiają się, że w tym czasie przykleją sobie uśmiech jak w amerykańskim filmie. A niby po co? Że nadzieja się rodzi? Tak, rodzi się nadzieja. Umowna nadzieja. Ale dla mnie takim samym dniem równie dobrze może być 1 marca.
Albo 1 kwietnia.
— A dlaczego nie? Każdy dzień jest dobry, żeby zmienić się i wytyczyć sobie cele. Niekoniecznie trzeba przechodzić metamorfozy w ten sztucznie nadęty nowy rok. Po co się męczyć na siłę?
I po co męczyć się z kacem, który nowy rok daje nam w prezencie?
— Kac? On boli najbardziej. Ze dwa w życiu przeżyłem i nie lubię wracać do tego samopoczucia. Ale zanim się umiera, widzi się rozchełstane, spocone krzyczące tłumy. To nie jest dla mnie. Ja zasiadłem z żoną przy smacznej kolacji i nie szalałem. Odpoczywałem. Niech inni szaleją i obiecują poprawę.
Zwłaszcza po pijaku wiele obiecujemy, a na kacu mamy inne zdanie.
— I właśnie tak z ludźmi jest, że obiecują, a wszystko idzie na manowce. To świetna puenta naszej mentalności i naszej rozmowy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)