— Pierwszą noc w Meksyku spędziłem z żebrakami na kratkach od metra, bo tam było ciepło — wspomina Wojciech Cejrowski. — A potem robiłem drinki.
Tego faceta jadłabym łyżkami. Smakuje mi jego mądrość, dowcip i pewność siebie. Wojciech Cejrowski dobrze zna swoje imię i nazwisko. Świetnie zna też swoje inicjały. WC brzmi dumnie!
Panie Wojtku, kim chciał pan zostać, gdy był małym chłopcem? — Papieżem. Chciałem udowodnić światu, że Polak potrafi. Zrezygnowałem, kiedy wybrano Karola Wojtyłę - cel został zrealizowany, a ja mogłem się zająć zostawaniem milionerem, bo to był mój plan B. Udało się. Był jeszcze plan C - pisarz. Udało się. Teraz bardzo chciałbym zostać profesorem antropologii i wykładać na uniwersytetach. Taki wiek - człowiek zebrał pewną porcję wiedzy i teraz czas się nią zacząć dzielić.
Co jak co, ale pana inicjały biją na głowę. Dobrze że nie chciał pan zostać babcią klozetową, a wyszedł na ludzi... Jednak z WC nie było tak łatwo. Miał pan przykrości? — Przykrości mnie nie obchodzą, bo... pochodzą od nieżyczliwych małostkowych ludzi. Zawsze starałem się jakoś mimo wszystko przekuwać moje wady na sukces. Wychodzę z założenia, że wszytko da się sprzedać (to ten milioner we mnie). No i chyba udowodniłem, że moje nieciekawe inicjały - WC - to całkiem niezły towar. Sprzedałem je w tytule "WC Kwadrans" i natychmiast stałem się rozpoznawalny. Posługując się pełnym imieniem i nazwiskiem nie dorobiłbym się "nazwiska" tak szybko.
A gdy wydoroślał pan, świat stanął przed panem otworem. Na pewno pamięta pan swoją pierwszą podróż – co to była za przygoda? — To akurat opisałem dość dokładnie w książce "Gringo wśród dzikich plemion". Brakowało mi forsy na bilet lotniczy do Meksyku. Nie zastanawiając się wiele sprzedałem lodówkę i kupiłem bilet. W Meksyku wylądowałem z osiemnastoma dolarami w kieszeni. Na trzy miesiące to trochę mało, więc pierwszą noc spędziłem z żebrakami na kratkach od metra - tam było ciepło - a potem poszukałem sobie pierwszej pracy. Ostatecznie wylądowałem jako barman w najdroższym hotelu w Acapulco. Dodam jeszcze, że potrafiłem wtedy robić tylko dwa drinki - Margaritę i Pina Coladę. To była prawdziwa przygoda! (śmiech)
A skoro już o przygodach – ta najbardziej zadziwiająca... Co to było? — Jeszcze nie było. Ja dopiero zaczynam.
Odkrywa pan nieznane plemiona. Według pana – w czym one są lepsze i mądrzejsze od Polaków? — A bo ja wiem? Słowo "lepsze" nie bardzo pasuje. Bo o co niby chodzi? O to, że są lepsi w strzelaniu z łuku chyba nie, prawda? Czyli "lepsi" w sensie dobra wyższego i mądrości życiowej? Tak nie bardzo się da wartościować ludzi, a już szczególnie kultury. Mogę pani powiedzieć czego ja, jako Polak, zazdroszczę Indianom. Boga. Oni są bliżej Boga, nie znając go, niż ja, który codziennie czytam Biblię i modlę się na różne sposoby.
Uwielbia pan Amazonię, więc... Amazing Amazonia. Ten obszar nazywa się roślinnym piekłem. Spotkał pan tam diabła? — Diabeł jest wszędzie, on chodzi za człowiekiem i... najczęściej siedzi w środku - w ludziach. Boję się więc złych ludzi - na przykład komunistycznej partyzantki w Kolumbii. Natomiast nie boję się zielonego "piekła" tropikalnej puszczy. Natura bywa groźna, ale jest też przewidywalna - zwierzęta i rośliny zachowują się według swoich naturalnych instynktów czyli schematów. Człowiek natomiast jest groźny, bo nieprzewidywalny.
Opisuje Pan swoje wyprawy wydając książki. Na ile słowo i zdjęcie może oddać klimat odwiedzanych przez pana miejsc? — Nie umiem tego ocenić. Mogę się tylko bardzo starać. I mam wrażenie, że moje książki robią na ludziach mocne wrażenie. Niekoniecznie identyczne z moim wrażeniem z opisywanych miejsc, ale na pewno mocne. Staram się pisać wyraziście. Moje książki to nie oranżadka, tylko mocna Margarita z podwójną tequilą. Jak rozśmieszać, to do posikania w gacie, jak wzruszać to do szlochu w poduszkę - taki jest mój pisarski cel. I z listów wynika, że często mi się udaje.
Słynie pan z ostrego języka – legendarna rozmowa z Frytką może służyć za przykład. Dlaczego lubi Pan czasem ludziom dokuczyć? — Nie lubię dokuczać. Dokuczanie to efekt uboczny konfrontacji. A idee, poglądy, systemy filozoficzne, moralne... wszystko to wymaga dyskusji, wymaga ścierania się poglądów przeciwstawnych, wymaga... konfrontacji. Jezus działał nie tylko miękką ręka miłości - on także ukręcił bicz z powrozów, krzyczał na przekupniów, używał ostrego słowa przeciw faryzeuszom... Staram się brać przykład z Nauczyciela.
1 maja świętem pracy? Dzisiaj już nie. Świętujemy wstąpienie do Unii Europejskiej. Ale czy mamy powód do radości?
Anonimowy dziadek stał się moim bohaterem. Wypowiedział się w sondzie dla „Faktów” i powiedział, co wiedział. Rzecz tyczyła się Unii Europejskiej i jakże ważnego jubileuszu – polskiej pięciolatki w jej strukturach.
Dziennikarz TVN okazał się człowiekiem zaskakującym. Wziął chłopa z marszu – jak to w sondzie – i zadał pytanie. Przemyślane? Nieistotne. Odpowiedź starszego pana właśnie bez owego przemyślania jest puentą tak hucznie wielbionej Unii Europejskiej.
Dziennikarz: Jak się panu mieszka w Unii Europejskiej? Dziadek: Panie, w jakiej Unii? Jak w Białymstoku mieszkam! A jak? Mam dziadową rentę, więc jak ma mi się mieszkać? Co mi Unia dała? Nic nie dała.
Otóż to. W Unii Polak nie ma rewelacyjnego życia. Przede wszystkim ten starszy Polak. W Olsztynie tym bardziej. Wczoraj redakcyjna koleżanka K. chciała się zarejestrować do gastrologa. Pognała rano do przychodni, by się zapisać. Wraz z nią przyszła babinka. Na zegarze wybiła ósma. Babinka usadowiła się na krzesełku przy okienku i pociągnęła nosem. A koleżanka K. podeszła do pani okienkowej i przystąpiła do zapisu na godzinę. A tu zonk! Rejestracja zaczyna się o piętnastej. Pielęgniara wzruszyła tylko ramionami na znak, że takie są przepisy. Unijne przepisy. Jedynie babinka zareagowała. Rzekła do koleżanki K., by siadła na krzesełku obok. Bo tak wygląda punkt pierwszy rejestracji. Właściwie drugi, bo ten pierwszy to: przyjść o ósmej rano. Punkt kolejny: czekać do piętnastej!
- Niech pani zostanie ze mną – babinka zachęcała koleżankę K. - Ależ ja muszę do pracy! – koleżanka K. w szoku. - Hm. Ja tam siedzę. Inaczek się nie zarejestruję…
Koleżanka K. przychodzi do pracy i opowiada, że komunistyczne kolejki są wciąż w modzie. Nie za baleronem, ale za numerkiem do lekarza. Niby inne czasy, ale system ten sam.
- I ta babcia nawet żadnej książki nie wzięła ze sobą, różańca nawet – koleżanka K. nie może pojąć, że można tak pół dnia siedzieć bezczynnie.
A ja sobie myślę – a po co babince książka, skoro mieszka w Unii?
Człowiek im starszy, tym głupszy. A dzieci im młodsze, tym mądrzejsze. Tylko dlaczego zadają wciąż zaskakujące pytania, mimo iż znają odpowiedź? Chcą pokazać swoją wyższość niższego wzrostu?
W każdy wtorek o godz. 17 siedzi wokół mnie wianuszek dzieciaków. To spotkania „Juniora” – tygodnika olsztyńskich podstawówek. Nasze dialogi bywają czasem zaskakujące…
— Mogę pani zadać podchwytliwe pytanie? — zagaduje chłopiec. — Proszę bardzo — odpowiadam. — Obym się tylko nie skompromitowała. — W którym roku urodził się Jezus? — W zerowym. — O, dobrze. Pani wie, bo moja katechetka nie wiedziała…
Bywa jeszcze trudniej. Dzieciaki bawią się w zagadki logiczne. Przyznam, głowa mi wtedy puchnie. Już nie te lata... A czy ktoś z was zna odpowiedzi?
Dziadek i babcia mają razem 154 lata. Powiedz, ile lat ma dziadek, a ile babcia, wiedząc, że babcia ma teraz dwa razy tyle lat, ile dziadek miał wtedy, kiedy babcia miała tyle, ile dziadek ma teraz.
Pewien mężczyzna dał swojej żonie kwiaty. Wszystkie spośród nich, oprócz dwóch, to róże, wszystkie, oprócz dwóch, to tulipany i wszystkie, oprócz dwóch, to stokrotki. Ile kwiatów dostała żona?
Przez bystrą i głęboką rzekę chce się przeprawić dwóch przyjaciół. Mają tylko jedną łódkę, którą może udźwignąć tylko jedną osobę. Obojgu jednak udało się przeprawić. Jak to zrobili?
Leon-zawodowiec chciałby być dziennikarzem-zawodowcem. Chuck Norris tym bardziej. Obaj chcieliby też zagrać w filmach, jakie kręcą dziennikarze z Olsztyna. Zawodowcy. Po szkoleniu z video nie ma przy nas mocnych. Zakład?
Nauka nigdy nie idzie w las. Nauka może iść ewentualnie nad jezioro. To właśnie nad słodką wodą my – gromada dziennikarzy – szkolimy się zawzięcie. I to nie są błogie wakacje. Podnosimy kwalifikacje.
Dziś swój happy end miał warsztat robienia filmów video. Łatwo nie było. Stanęłam za kamerą, zajęłam się montażem i działałam. Z kolegami.
Nasz szkoleniowiec Krzysztof Urbanowicz rzucał hasła jak z rękawa, a my szliśmy w teren – szalenie okrojony – i szukaliśmy tematów. Cel – zrobić ciekawe video. Na wykonanie filmów mieliśmy często po kilkanaście minut. Możliwe?
POCHOWAJĄ MNIE W GLANACH
Ostre dźwięki mogą łagodzić duszę. Grzegorz Kwakszys nie ukrywa, że życie z metalem nie jest ciężkie, ale… przyjemne.
GŁOSUJ NA MAZURY
Rób cuda. Wielkie Jeziora Mazurskie startują w plebiscycie siedmiu cudów świata. Oddaj swój głos, nie bądź gapa!
JAK PRACUJE DZIENNIKARZ?
Lipa? Majstersztyk? Wariacje na temat pracy człowieka-newsa.
PIERWSZY RAZ NA WARMII
Co ty na to, by lato zaczynało się na Warmii? Sezon żeglarski właśnie się rozkręca, więc trzeba się przygotować. Ale jak, by nie pójść na dno?
Nie ma już fartuchów, nie ma opasek na głowie. Ekspedientki sklepowe dziś jak z żurnala wycięte. Ale tylko z pozoru. Świat idzie do przodu, a czasy się nie zmieniają. A może to PRL staje się modny?
Idę do sklepu – mały, osiedlowy, napastowany przez okolicznych pijaczków. Panienka zza lady w rewelacyjnej komitywie ze wszystkimi. Akurat przede mną stoi lump z dwudziestoletnim stażem alkoholowym. - Ewuniu, ja bym za tobą na koniec świata – przymila się ekspedientce, która – mimo iż z dwudziestką zaledwie na karku – dziękuje mu błyskiem oka i trzepotem rzęsy.
Skąd takie dziewczęta się biorą? Wiadomo – klient, nasz pan, a o gustach się nie dyskutuje.
Chwiejny don juan wychodzi. Składam zamówienie, a dziewczynie dzwoni telefon w kieszeni. Nie zwraca na mnie uwagi i odbiera. Ja z portfelem w ręce, ona z komórką przy uchu. Stoję, patrzę i perfidnie się przysłuchuję. Ciekawość mnie zżera. Czy panienka przeprosi swojego rozmówcę i wróci do pracy? A może mnie przeprosi i przyspieszy swój dialog – jeśli jest aż tak ważny?
Panienka gada o lakierze do paznokci. Ma być różowy – o zgrozo. Ktoś po drugiej stronie komórki siedzi akurat na Allegro i składa zamówienie. Sprawa wagi państwowej. Mój chleb może poczekać. Ba – nawet musi!
W końcu się niecierpliwię, wzdycham i daję znać, że czas to pieniądz. Jeszcze chwila, a za pieczywo nie zapłacę. Panienka kończy więc rozmowę z wyrzutem i kasuje mi za chleb. A że nie kupuję zwykłego baltonowskiego, więc zaczynają się schody. Dziewczyna szuka kodu na wytartej kartce leżącej przy kasie i wspomaga się palcem wskazującym. Znajduje, palec zatrzymuje się przy jednej z linijek. Przyglądam się temu palcowi, przyglądam się paznokciowi. Ani różu na nim, ani błękitu. Pod paznokciem widzę brud!
- Teraz wszyscy kupują na Allegro – puentuję. – Znaczy się, że taniej. Zaoszczędzić można.
- A ja to nie wiem. Bo ja to pierwszy raz. To znaczy kumpela kupuje i mnie namówiła. Przesyłkę na pół zapłacimy.
- Pierwszy raz? Niech pani uważa, bo Allegro wciąga jak woda. No, chyba że wody pani się boi…
* * *
Skarga z 1979 roku: Złe zachowanie kasjerki. Kasjerka robiła sobie manikurę w sklepie żywności. Kiedy prosiłam o mleko nic nie odpowiedziała, manikura trwała. Drugi raz prosiłam. Sugerowałam, że to nie miejsce do manikury. Odpowiedziała niegrzecznie i znowu zaczęła z manikurą. Czekam na tłumaczenie z Urzędu Dzielnicowego. Przepraszam, że niedokładnie piszę po polsku - Kay Withers.
* * *
Skarga z 1987 roku: Poprosiłam o mleko z żółtym kapslem, ale ekspedientka nie chciała mi go sprzedać, tłumacząc, że jest to mleko jutrzejsze, z jutrzejszą datą na kapslu. Proszę mi wyjaśnić, dlaczego mleko w dniu 3 maja datowane jest na 4 maja i czy ekspedientka mogła odmówić mi sprzedaży tego mleka - Halina Mikołajczyk.
Wyjaśnienie kierowniczki: Mleko tłuste z żółtym kapslem dostarczane jest w południe i jednocześnie jest awansem na dzień następny. Proszę przyjść jutro, a będzie!
* * *
Skarga z 1985 roku: Kupiłam nieświeże drożdże, pół kilo. Nie chciano mi ich wymienić. - Walewska.
Wyjaśnienie kierowniczki: Klientka przedstawiła do reklamacji drożdże kupione rzekomo w naszym sklepie 3 dni temu. Tymczasem były one zapakowane w prawdziwy papier pakowy, którego to papieru sklep nie posiada od pół roku - a więc drożdże nie nasze.
* * *
Skarga z 1987 roku: Jestem siostrą PCK. Mam pod opieką sześć samotnych kalek i mam zezwolenie na kupowanie dla nich poza kolejnością. Odmówiono mi sprzedaży wafli, natomiast sprzedano trzem innym osobom z kolejki po 14, 15 i 10 sztuk - Marcinkowska.
Wyjaśnienie kierowniczki: Zgodnie z wytycznymi ministra w sprawie zasad obsługi poza kolejnością wyjaśniam, że opiekunka PCK nie miała prawa do zakupu poza wszelką kolejnością - które to prawo mają wyłącznie inwalidzi wojenni i wojskowi - a jedynie miała prawo do stania w kolejce dla uprzywilejowanych, zamiast w kolejce zwykłej. Z uwagi na to, że zarówno w kolejce zwykłej, jak i w kolejce dla uprzywilejowanych stała znaczna ilość klientów i nie wyrażali oni zgody na sprzedaż wafli siostrze PCK, klientce odmówiono sprzedaży poza wszelką kolejnością. Tak więc nie było żadnej winy ekspedientki - wszystkim uprzywilejowanym przysługuje obsługa poza kolejnością, ale tylko jeśli staną w kolejce dla uprzywilejowanych. I w tej kolejce powinna pani - jako siostra PCK - stanąć. Jest jeszcze zwykła kolejka, dla nieuprzywilejowanych. W niej stać pani nie musi.
* * *
Skarga z 1988 roku: Na wystawie odkryłem naboje do syfonów, jednak w sklepie nie chciano mi ich sprzedać, wykazując przy tym arogancję i chamskie odzywki - Jerzy Waka.
Dopisek kierownika: Klient nie miał żadnej racji. Wchodząc do sklepu, był już zdenerwowany. Ubliżał mojej pracownicy. Chciałem uspokoić tego klienta, tłumacząc sytuację obecnego braku naboi, lecz klient w dalszym ciągu miał pretensje i ubliżał. A co do wystawy, stoi tam tylko puste pudełko po nabojach.
* * *
Skarga z 1988 roku: Podejście p. ekspedientki do stoiska nabiałowego trwało od godz. 7.40 do 8.00 - Lutkowski.
Wyjaśnienie kierowniczki: Mieliśmy przyjęcie towaru, a klient był bardzo niecierpliwy. Mimo dużej kolejki, która spokojnie oczekiwała, domagał się obsługi.
* * *
Pochwała z 1988 roku: Dziękuje za rodzynki, które kupiłam w tym sklepie, a nie mogłam dostać od 2 lat w całym śródmieściu. Szczególnie dziękuję pani sprzedawczyni, która z uśmiechem odważyła mi żądaną ilość - Dominika Pytkowska.
* * *
Skarga z 1987 roku: O godz. 8.30 na stoisku było około 17 kg baleronu. O godz. 9 baleron został wykupiony. Ja oraz inni klienci zażądaliśmy dodatkowego wydania wędlin z chłodni. Ekspedientka wyszła na zaplecze i stwierdziła, że kierowniczka zabrała klucze do chłodni. Poszła po nią. Kierowniczka oświadczyła, że nic w chłodni nie ma. Jednak z wcześniejszego zachowania ekspedientki (znaczące mruganie okiem) wynikało, że towar jest. Jako klienci zażądaliśmy komisyjnego sprawdzenia zawartości chłodni, ale odmówiono nam tego, twierdząc, że to nie nasza sprawa. Kwestionujemy prawo kierowniczki, bo w tym wypadku zamykanie jej nie miałoby przecież sensu - Gotlib Stefania, Teresa Mudzka, Anna Dobrowolska.
Wyjaśnienie kierowniczki: Była wolna sobota. Dostałam dorzut wędliny - 30 kg baleronu. Nie wprowadziłam wagowych ograniczeń, ażeby sprzedaż odbyć bez jakichkolwiek zatargów ze strony klienta. O godz. 9 skończył się więc towar. A w chłodni naprawdę nic nie miałam.
— To jest jeden z tych zawodów, kiedy każdy może podejść do artysty i dotknąć go palcem, obrazić, czy przytulić — twierdzi Michał Bajor i zaprasza mnie do swojej garderoby. Nie odmawiam!
Spóźniam się kilka chwil. Na dodatek organizatorzy imprezy nie chcą mnie wpuścić do Michała Bajora. Artysta odpoczywa! Artyście się nie przeszkadza. A ja — jak to ja — przechodzę przez scenę. To nic, że gubię się w ciemnościach. To nic, że nie mogę znaleźć garderoby. W końcu udaje mi się i przy okazji wpadam na Stefana Brzozowskiego z Czerwonego Tulipana, który chce uścisnąć dłoń kumplowi po fachu.
Stefan: Witaj, bracie, pogadamy chwilę? Michał: Ale ja czekam na panią Adę!
Wyłaniam się więc zza pleców Stefana, podnoszę palec na znak, że jestem obecna. Michał wyprasza Stefana, zaprasza mnie, zamyka drzwi i serdecznie się uśmiecha. A ja spoglądam na jego stopy — stoi w skarpetach, bez butów. No tak, nie tylko gardło odpoczywa, nie tylko głowa, ale nogi przede wszystkim!
Rozmawiałam już kilka razy z Bajorem — zawsze przez telefon. Wydawał mi się karykaturalnie megalomański, ale przy tym szalenie, piekielnie wręcz inteligentny. I właśnie za to go ceniłam — za podniesioną głowę trochę mniej.
Tym razem wita mnie i szeroki uśmiech, i oczy pełne pogody ducha. Myślę — zęby to pewnie sprawka dobrego dentysty, ale radosnych oczu wstawić już nie można. Gdzie tu bufonada? Jak ręką odjął.
Wychodzę, ale — o zgrozo — zapominam płóciennej torby. Ale Michał okazuje się spostrzegawczy i dzwoni do mnie. Traf jednak chce, że nagrywa mi się na pocztę: Pani Ado, zostawiła pani torbę płócienną! Radzę po nią przyjść po koncercie, bo torby płócienne są z gatunku takich toreb, które bardzo się lubi.
Odpisuję mu, że racja, torbę tę kocham ponad życie (tak jakoś z płócienkami mam) i na pewno zapukam po występie. Przy wysyłaniu wiadomości, dostaję: Pani Ado, torba została!
Michał Bajor na scenie widzi mi się młodszy, niż jest w rzeczywistości — za sprawą tanecznych ruchów, kołyszących się bioder, pstrykających palców i śpiewu jakby był oddechem, a nie zawodem. Doceniam go bardzo — już nie tylko za inteligencję. Za rewelacyjny warsztat i charyzmę. Dla mnie bomba!
Po koncercie pukam, Bajor otwiera i jest… bez spodni. Wystawia rękę z torbą i uśmiecha się słonecznie. Pyta o koncert, o „Inną bajkę”. I tu pyk, muszę mu powiedzieć, że tytuł ten nie jest dla mnie pierwszym lepszym. Kiedyś przecież — za studenckich czasów — robiłam spektakl "Inna bajka" (zobacz zdjęcia). Czerpałam jednak z Rafała Wojaczka, a Bajorowi tekst do piosenki napisał Roman Kołakowski.
Nie mogę się powstrzymać i mówię, że każdy napotkany plakat Bajora — czy to w Olsztynie, czy w Poznaniu, we Wrocławiu, Toruniu — zawsze przypomina mi mój TeatR Na Wynos. Ale więcej nie opowiadam. Myślę: niech facet zakłada już te spodnie…
Kim by pan był, gdyby nie talent wokalny? — Nie myślałem o tym, bo śpiewanie towarzyszy mi od chwili, gdy zacząłem chodzić i mówić. Pochodzę z rodziny aktorsko-muzyczno-pedagogicznej, więc moje zainteresowania związane z zawodem ojca, babki innych członków rodziny wpłynęły na moją drogę życiową. Po prostu nie było innej możliwości. Wszyscy by się zdumieli, gdybym został matematykiem albo lekarzem. Pewnie byłoby to ciekawe, ale ja pamiętam dobrze swoje myśli — nigdy nie szły w inną stronę, niż w kierunku sceny. I nigdy też nie żałowałem, że tak się potoczyło moje życie. Pana ojciec był aktorem w teatrze lalek. — Mój ojciec w jest w dalszym ciągu lalkarzem. Pracuje, prowadzi zespoły muzyczne młodzieżowe. Jest na emeryturze, ale wciąż czynnie się udziela.
A bawił się pan lalkami? — Nie, lalkami się nie bawiłem. Raczej zajmowały mnie klocki, które udawały piosenkarki i piosenkarzy na festiwalu w Sopocie. Ustawiałem pionki z gry chińczyk i każdy kolor reprezentował inną narodowość artysty. Dwa główne pionki udawały Irenę Dziedzic i Lucjana Kydryńskiego. Oni zapowiadali piosenki. Ustawiałem sobie scenę z różnych plansz do gier — tak wyglądało moje dzieciństwo. A teatr ojca był wówczas połączony z teatrem dramatycznym, więc jako chłopiec oglądałem i lalki, i podglądałem dramatycznych aktorów. Jako że mieszkałem w Opolu, chodziłem też często do tamtejszego amfiteatru na próby. Poznałem wtedy wszystkich polskich wielkich artystów.
A jaki artysta zapadł panu najbardziej w pamięć? — I Ewa Demarczyk, i Danuta Rinn, i Anna Jantar. Niektórych z nich już nie ma wśród nas, ale widziałem też takich, co śpiewają do dzisiaj. Miał pan wówczas swojego idola? — Nie. Mam teraz skończone pięćdziesiąt lat i nie pamiętam, z kim się identyfikowałem. Oczywiście były takie osoby — francuscy artyści, też polscy. Wszystko się jakoś kręciło i zakończyło się tak, jak miało się zakończyć — moim bardzo mocnym wejściem na scenę i pozostaniem na niej do dzisiaj. Teraz niektórzy młodzi artyści chcą być takim, jak ja jestem.
A pan już długo pozostaje na scenie. — I to w łomocie świata, jaki dzisiaj mamy. Pozostawanie tak długo ze swoją publicznością, nagrywanie płyt i realizacja marzeń artystycznych — jest szczęściem. To jest cud.
Ma pan niekwestionowaną pozycję w zawodzie, ale nie jest pan medialny. Jak reagują ludzie, gdy widzą pana na ulicy? — Tak, nie jestem idolem mediów. Młodzież podbiega do swoich idoli młodzieżowych, a do mnie ludzie się uśmiechają, podchodzą, rozmawiają, zaczepiają. Ikoną mediów nigdy nie byłem i nie będę. W pewnym momencie zaistniałem w świadomości Polaków i tak zastało.
Jest pan znany, bo jest pan Michałem Bajorem, a nie jest znany, że jest znany... — Mam nadzieję! To też jest ważne.
Jest pan sobą, a nie wykreowaną marką. — Może dlatego, że przez tyle lat dałem się poznać widzom i słuchaczom od strony rzetelnej i konkretnej — mowa o repertuarze, artystycznych wyborach i realizacjach. Publiczność bardzo to doceniła i na koncerty przyprowadza drugie pokolenia. Ja nie muszę się bać, że za mną stoi trzech Bajorów, którzy czekają aż powinie mi się noga.
A w show biznesie nie jest łatwo... — Powiem pani szczerze, że nie odczuwam trudów. Mam wytwórnię, z którą jestem związany od kilkunastu lat. Ona spełnia każde moje artystyczne marzenie i nie zamienię jej na żadną inną. Mam tam jak u Pana Boga za piecem. A jak chcę zareklamować swoją płytę — dzwonię do telewizji, radia, gazety. Nikt nigdy mi nie odmawia. Wszystko jest spokojne, nie jest masowe i medialne, ale nie jest też niszowe. Jeżeli śpiewam w salach operowych na 1200 osób, więc czy to można nazwać niszą? Ale rzeczywiście nie zrobiłem kariery na miarę celebrity, bo jestem dojrzałym artystą i nie potrzebuję tego.
Czuje się pan spełniony? — Bardzo. Znalazłem swoje miejsce już dawno. A w dodatku, jeżeli mogę pracować i cieszyć się pracą, podróżować i realizować, jest fantastycznie. Tak, mam ogromną satysfakcję, genialną publiczność i niezależność. I chyba nie ma niczego lepszego, kiedy uprawia się taki zawód, który daje też niezależność ekonomiczną. Kim jest artysta, według pana? — Dzisiaj jest maszynką do wynajęcia. Z drugiej zaś strony — kiedy jest na szczycie nowej fali — jest to człowiek bardzo silny finansowo, ale mniej psychicznie. A musi być, jeśli znalazł się w obliczu bezwzględnej branży. Nie wiem, czy bym się zamienił, czy bym tak chciał. Bo co to za przyjemność, że przez cztery lata zarabia się miliony, a później schodzi się ze sceny, bo przychodzi następny idol? Ja jednak jestem constans. Ja wolę jeść mniejszą łyżeczką.
Czy dzisiaj artyści nie zatracają artyzmu? — Na każdym świecie są artyści, którzy zarabiają ogromne pieniądze. To jest naturalne i tak powinno być. To jest jeden z tych zawodów, kiedy każdy może podejść do artysty i dotknąć go w każdym tego słowa znaczeniu. Może dotknąć palcem, może zrobić głupią minę, obrazić, zaatakować, ukochać, przytulić. Ta sfera z natury rzeczy powinna być dobrze opłacana, bo jest własnością artysty. A czy zatraca on swój artyzm? To zależy od indywidualności, od menedżera, który prowadzi taką osobę. Ale to zależy również od rodziny, w jakiej artysta się wychowywał. Nie mnie to oceniać, bo ktoś powie: o, zestarzał się i teraz osądza. Powiem dyplomatycznie — nie zamieniłbym się. To jest dość jednoznaczne.
Ale jednak — jak sam pan kiedyś określił — jest pazerny na życie. Na co najbardziej? — Na podróże. Na dobrą sprawę mógłbym codziennie gdzieś lecieć — gdybym miał oczywiście czas. Ale czasu nie zawsze mam wiele, więc spełniam swoje pragnienia między czerwcem a wrześniem. Wtedy mam przymusowe długie wakacje. Fascynuje mnie Europa, kiedyś Ameryka, a teraz w szczególności Włochy. W tym roku będę tam dwukrotnie — w lipcu i we wrześniu. Ale w jadę też do Chorwacji. Nigdy nie byłem w tym kraju, więc jestem go bardzo ciekawy. A Polska? Cudze chwalicie, a swego nie znacie? — A co ja robię od września do maja? Jeździ pan zawodowo, a nie prywatnie. — W wielu miejscach zostaję dzień, dwa dni dłużej, by coś zobaczyć. Nie podziwiam Polski tylko z okna samochodu. A Warmia i Mazury? — O, bardzo lubię Warmię i Mazury. Bywam u was często, bo tu swoje domostwa ma wielu fantastycznych artystów. U was jednak męczą mnie komary. Smaruję się specjalnymi maściami jak wszyscy, jem witaminę B, palę ognisko, świeczki i modlę się, by mnie nie pokąsały. Jestem jednak też górski, kocham Bieszczady. Czyli lubi pan zdobywać szczyty. — Może aż tak to nie, ale lubię widzieć, że jest wysoko.
W Olsztynie rozkwitnie życie podziemne. Underground. W centrum miasta śmieci zejdą pod chodnik. A co stanie się ze śmieciarzami? Wyrzucą ich z roboty?
Olsztyn nie chce mieć bałaganu na głowie. Dlatego stawia na nowoczesność — z centrum znikną tradycyjne śmietniki, a zastąpią je kontenery wkopane w ziemię. Na powierzchni będzie stał tylko mały otwór przypominający miejski śmietnik — powiedzmy przystankowy. Piętro niżej zaś zacznie się balanga — odpady będą kleiły się do siebie, łączyły w pary, w końcu związki zaczną się rozpadać. Wtedy kontener będzie opróżniony. Ale w jaki sposób?
Są dwie metody wyciągania śmieci. Sposób pierwszy — klasyczny. Należy zatrudnić śmieciarza, by załatwił sprawę. Ale jak? Podbierakiem? Wędką? Zapewne specjalnym „wyławiaczem śmieci” albo nowoczesną śmieciarką. Tak jak w Gdańsku. Ale o tym dalej.
Sposób drugi nazywam sposobem skandynawskim. Szwedzi z powodzeniem go praktykują i do „śmierdzącej roboty” człowiek nie jest im potrzebny. Ale o tym też dalej.
Gdańsk to pierwsze miasto w Polsce, które sprowadziło śmieci do podziemi. Tamtejsze kontenery mają od 3 do 5 m sześciennych pojemności i zlokalizowane są oczywiście pod ziemią. Opróżniają je specjalne samochody podnoszące pojemniki z odpadami. Ale auto MacGyvera nie jest tanie, więc — tak czy siak — koszty trzeba ciąć. I tu znów mamy dwa sposoby: albo nie stawiać nowoczesnych pojemników, albo — skoro już stoją — zminimalizować ich opróżnianie. Znów pytanie — jak?
Gdańscy urzędnicy wymyślili, że śmietniki zostaną zabezpieczone, a każdy z mieszkańców otrzyma do nich specjalną kartę dostępu. Do kontenera będzie trzeba więc podchodzić... jak do bankomatu. W śmietnikach miałaby się także znaleźć waga, dzięki której każdy użytkownik płaciłby za tyle śmieci, ile by ich wyrzucił.
Gdańsk myśli też o kolejnej nowince technicznej — o sieci rur, które niczym odkurzacz wsysałyby odpady do oddalonej o kilometr stacji. Taki system ma właśnie Sztokholm.
A co wymyśli Olsztyn? Przekwalifikuje śmieciarza w MacGyvera, a może zastąpi go odkurzaczem?
Nie ważne, na co miasto postawi. Śmieciarz nie będzie już tym klasycznym, pospolitym śmieciarzem. Będzie działaczem olsztyńskiego podziemia. Ot.
Jak widać na załączonym obrazku, miałam kiedyś przyjemność przyjrzeć się pracy śmieciarza. To, co moje oko widziało, a ucho słyszało, skleiłam w kilkanaście zdań i teraz zapodaję.
Śmieciarz… brzmi dumnie? — Gdy tak na mnie mówią, nie obrażam się — podkreśla Jan, pracujący w zawodzie ponad piętnaście lat. — Co ja w takiej sytuacji mogę odpowiedzieć? Nie denerwuję się. Gdybym tak za każdym razem się wkurzał, nic dobrego by nie wyszło. Trzeba pracować, a nie marszczyć brwi. Pracuję najlepiej jak potrafię.
Jan wstaje po piątej, by dojechać do pracy na szóstą. Ubiera się w specjalny uniform. — Pracuję w pomarańczowym mundurze — podkreśla śmieciarz. — Muszę przecież porządnie wyglądać i reprezentować firmę. Zanim wyjedzie w miasto, wita się z kumplami z brygady zbierającej odpady komunalne — tak powinno mówić się na śmieciarzy. Dopiero potem siada za kółkiem śmieciarki. Przed nim całodzienna wędrówka po śmietnikach.
Czasem w głowie się nie mieści, co mieści się w śmietniku. — Różne rzeczy ludzie wyrzucają i dziś już nic mnie nie dziwi — przyznaje Jan. — Znajduję stare opony, pralki, lodówki, meble. Raz znalazłem nawet martwego człowieka. Przeraziłem się, bo ruszać go, nie ruszać? Nie wiedziałem, co robić, bo przecież nie zostawię tak człowieka samemu sobie. Wezwałem więc policję i pogotowie. Nie wiedziałem jeszcze, czy żyje, czy już nie. Miałem nadzieję, ale niestety... Jakiś czas temu znów znalazłem człowieka w śmietniku. Już opóźniałem kontener, już wszystkie śmieci miały być wrzucone do samochodu. Patrzę, a tu nogi wystają. Wyciągnęliśmy go z kontenera, zadzwoniliśmy na pogotowie, bo ten cały się trząsł z zimna. Miał drgawki z przemarznięcia. O mały włos, a byłoby za późno. To bezdomny, który chciał ogrzać w śmietniku. Aż strach pomyśleć, co by się z nim stało, gdyby wpadł do samochodu. Przecież śmieci są zgniatane z wielką siłą!
Zanim Jan trafił do obecnej pracy, był kierowcą, później strażakiem. Zmieniał pracę, by lepiej zarabiać. Ile dziś dostaje? Nie mówi, ale zarobki rekompensują mu śmierdzącą robotę. — Kolega namówił mnie do tej pracy — opowiada Jan. — Na początku nie byłem entuzjastą tego zajęcia, ale z biegiem czasu wszystko się zmieniło. Wciągnąłem się i przyzwyczaiłem. Nie każdy musi być inżynierem. Nawet nie każdy może! A wywieźć śmieci ktoś musi. Jeden wyrzuca, a drugi sprząta — porządek w mieście musi być. Oczywiście nie jest to łatwa praca. Wywóz śmieci to ciężki zawód — dosłownie. Do śmieciarki wchodzi jedenaście ton odpadów — podkreśla Jan. — Zazwyczaj w dzień robię dwa kursy samochodem, a po niedzieli nawet trzy. Wystarczy sobie wyobrazić, ile olsztynianie wyrzucają.
Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. A że piosenka jest dobra na wszystko, więc dobrze brzmi „Audycja w języku polskim” — spektakl dyplomowy olsztyńskich studentów aktorstwa.
Słuchacze III roku Studium Aktorskiego im. Aleksandra Sewruka serwują widzom audycję radiową w starym stylu. Na środku sceny stoi stolik z mikrofonami. Zasiadają przy nich co i raz aktorzy, czytają komiczne komunikaty radiowe. Widz cofa się o kilkadziesiąt lat, do powojennej Polski, pełnej nonsensów i komunistycznej groteski. Czas mija, radio się rozwija, a absurd życia się nie zmienia. I to właśnie chce pokazać reżyser spektaklu, Jerzy Satanowski. Sięga po dowód - lekkie i przyjemne piosenki, ale z nutką goryczy. A to Polska właśnie – jaką znacie, z jakiej się śmiejecie, ale i w jakiej żyjecie.
Śpiewana historia zaczyna się od budowania Pałacu Kultury i Nauki, a kończy na hymnie śpiewanym przez prezydenta Kaczyńskiego w duecie… z Edytą Górniak. To podkreśla, że każdy czas ma swoją pietę achillesową – muzykę uwypuklającą absurdy codzienności. Dopiero po czasie widać, jak wszystko ewaluuje – jak kultura dojrzewa, jak sztuka – nawet ta śpiewana – stawia coraz większe wymagania i oczekiwania.
Jerzy Satanowski sięga po skecze najwybitniejszych twórców polskiej piosenki i kabaretu. Pojawiają się więc m.in. Agnieszka Osiecka, Wojciech Młynarski, Jeremi Przybora, Jonasz Kofta, T-Raperzy znad Wisły, Piwnica pod Baranami, Stanisław Sojka i Rudi Schubert. Nie są to największe hity polskiej piosenki. Nie są to medialne przeboje. Większość piosenek ma jednak wspólny mianownik – prostota i muzyki, i tekstów, i humoru. I rzeczywiście – nie sposób się nie uśmiechać, nie tupać nogą. Nie sposób też nie mieć ochoty wyjść na scenę, by tańczyć. Studenci śpiewają z takim zaangażowaniem i z taką radością, że nawet drobne niedociągnięcia nie rażą ani oka, ani ucha.
„Audycja w języku polskim” to bardzo dobrze zagrany spektakl. Nie tylko piosenki są jego siłą. Aktorzy pokazują się – nie boję się użyć tego słowa – w mistrzowskich etiudach. Są młodzi, ale prowadzeni dobrą i mocną ręką. Czy to zasługa reżysera, nauki w studium, czy może rzeczywiście talentu? Trudno stwierdzić, ale łatwo zobaczyć. Magdalena Żelazkiewicz śpiewająca „Walc minutowy” Fryderyka Chopina potrafi z tonu poukładanej pensjonarki przejść w jednej chwili w śpiew operowy. Leszek Spychała rewelacyjnie wciela się w rolę wodowskaza, by po chwili zaśpiewać komicznego bluesa. Piotr Feliś przekonuje zaś, że on to VIP i VIPierniczać ze sceny nawet mu się nie śni.
Wielką, a może i największą zaletą spektaklu jest muzyka na żywo. Przedstawienie przeistacza się więc w koncert. W rogu sceny zasiadają czterej muzycy, którzy z instrumentów cuda potrafią wyczarować. Ma być blues? Proszę bardzo – jest mistrz gitary. Mają być wyznania basisty? Proszę bardzo, cztery struny idą w ruch. Ma być muzyka do tańca? Nie ma problemu. Ma być do różańca? Jest i taka. Tak, to bardzo utalentowani chłopcy.
Dwie godziny spędzone w teatrze ani się nie dłużą, ani nie nudzą. „Audycja w języku polskim” to więc festiwal kolorowych strojów, zaskakujących kreacji aktorskich, a przede wszystkim powrotu do przeszłości. Komunistyczne hasła nie widniały przecież tylko na transparentach, ale na dobre weszły też do rozgłośni radiowych i piosenek. Cytaty „wielkich polityków” przemieszane z absurdem rzeczywistości pozwalają cofnąć się do audycji minionej epoki i pomyśleć: że też takie były czasy. A były, bo dzisiaj w mediach nie usłyszy się informacji typu: Gdzie jest pies pogrzebany? Zbada to specjalnie powołana komisja. Chociaż – komisje jakoś wyjść z mody nie mogą.
Dzisiaj do kin wchodzi najnowszy film Andrzeja Wajdy „Tatarak”. — W czasie realizacji może zdarzyć się to, co się nawet filozofom nie śniło — twierdzi reżyser. — Dziś wiem, że nawet aktor oddający się bez reszty roli, pozostaje sobą.
Dobić się do Andrzeja Wajdy... to jak włamać się do bankowego sejfu. Ale udało się.
„Tatarak” jest poruszającą medytacją o śmierci. Niemal samobójczo odważny film — napisał dziennik „Tagesspiegel”. Co pana skłoniło, by wziąć się za taki temat? — Dawne zmagania z Iwaszkiewiczem: „Brzezina”, „Panny z Wilka”. Chciałem znów zanurzyć się w ten świat refleksji.
Refleksji nie brakuje. Film to spowiedź Krystyny Jandy — jej osobisty monolog kilkakrotnie przerywa fabułę „Tataraku”. — Pewnego dnia podczas zdjęć Krystyna dała mi kilka napisanych przez siebie kartek maszynopisu. Ze zdumieniem przeczytałem, że jest to opis ostatnich dni życia jej męża a mojego przyjaciela, wybitnego operatora. Zapytałem: Czy dajesz to tylko mnie, czy chcesz to powiedzieć w filmie? Kiedy wyznała, że chce się z tym podzielić na ekranie, pomyślałem, że Krystyna jest z tymi myślami sama. Każdego dnia wraca w samotności do tamtych chwil. Natychmiast stanęły mi przed oczami obrazy samotnych kobiet w hotelowych pokojach namalowanych przez Hoppera. Spowiedź Jandy była niespodzianką. Zrobiłem wszystko, żeby jej nikt nie przeszkadzał w tym wyznaniu.
Jakiej granicy w filmie pan nie przekroczył? — Żadnej. Film towarzyszy opowieści o śmierci wykreowanej przez Iwaszkiewicza i realizującego film przyjaciela.
Twierdzi pan też, że prawdziwe filmy robi się ze strachu. Czego więc pan się boi? — Że te trudne do przekazania w filmie sprawy zapisane w literaturze nie znajdą odbicia na ekranie. „Tatarak” jest nowym horyzontem w sztuce filmowej — połączeniem filmu fabularnego z filmem dokumentalnym. Co jest siłą takiego połączenia z perspektywy reżysera? — Tak, to prawda. Kino idzie dziś w tę stronę. Widzę na ekranach filmy i amerykańskie, i europejskie, które łączą fikcję z dokumentem. Ten film to niebywała relacja reżysera i aktorki. Zrobił pan 50 filmów. A czego nauczył pana „Tatarak”? — Że w czasie realizacji filmu może zdarzyć się to, co się nawet filozofom nie śniło. Zaczynałem pierwszy film mając 27 lat. Jak mi się wówczas wydawało, wszyscy żyliśmy tylko filmem, a życie było jedynie dodatkiem do pracy. Dziś wiem, że nawet aktor oddający się bez reszty roli, pozostaje sobą i żadna iluzja, nie zastąpi mu rzeczywistości. Tym bardziej doceniłem zwierzenia Krystyny Jandy, grającej główną rolę w moim filmie.
Urodził się pan w Suwałkach, więc rzut beretem od Warmii i Mazur. Co wspomina pan z wizyt na naszych terenach? — Kiedyś Suwałki były miastem garnizonowym — stacjonował tam 3 Pułk Szwoleżerów, 2 Pułk Ułanów, 4 Pułk Piechoty, Dywizjon Artylerii Konnej. Suwałki po 1945 roku straciły na znaczeniu, a teraz powraca do nich nowe życie. Cieszy mnie obecność „Pogranicza” w Sejnach i obecność Andrzeja Strumiłły nad Wigrami. Raduje mnie też Radio 5 rodziny Bajerów, które w latach 90-tych stawiało pierwsze, nieśmiałe kroki.
Film „Tatarak” to historia oparta na opowiadaniu „Tatarak” z 1958 r. w adaptacji Olgi Tokarczuk i Andrzeja Wajdy. Integralną część filmu stanowi opowiadanie węgierskiego pisarza Sándora Máraiego. Scenariusz wzbogacony został też o wątek współczesny. To powrót Andrzeja Wajdy do wszystkich tematów i osób, które w twórczości reżysera zajmują szczególne miejsce. Zdjęcia były kręcone w Zalesiu pod Warszawą. Zdjęcia plenerowe powstały w Grudziądzu. Miasto i jego okolice oddają atmosferą lat 50-tych. W filmie obok Krystyny Jandy wystąpią: Jadwiga Jankowska–Cieślak, Jan Englert oraz amerykański aktor polskiego pochodzenia Paweł Szajda.
Z żywota należy korzystać, ale... — mówi Kazik Staszewski. — Nie robię laski tylko dlatego, że klient chce, aby mu ją zrobić.
Kazik to człowiek otwarty i znający swoją wartość. Szkoda tylko, że nie dba o swój image. Taki niesmaczny ostatnimi czasy się robi. Nie jest jak wino, że im starszy, tym lepszy. Prędzej jest jak jabłko...
Co dzisiaj uznajesz za kultowe?
— Kultowe jest wszystko, co z Kultem związane, pewien typ charakteru, typ osobowości i poczucia humoru.
Ty jesteś kultowy! Kult jest kultowy! Na ile wykorzystujesz to, że jesteś legendą? Panie w biurze częstują kawą?
— Bez wątpienia łatwiej jest w urzędach czy w kontaktach z policją drogową. Chcąc nie chcąc mniej lub bardziej świadomie to wykorzystuję. Ale lubię też swoje przebywanie w Hiszpanii, gdzie jestem zupełnie anonimowy.
Powiedziałeś kiedyś, że życie niczym ciekawym się nie charakteryzuje. Po co w ogóle żyć?
— Tak powiedziałem? To musiał być jakiś słaby dzień chyba. Podstawowym sensem jest móc żyć dla kogoś i być mu potrzebnym. Aaa, i mieć takich, którzy tobie są potrzebni. A że z kolei żywot jest krótki — korzystajmy zeń, bo potem nic już nie ma.
A jak się napędzasz, aby jednak życie miało sens?
— A po co się napędzać? Jak mam trefny dzień, to nic mi nie pomoże — najwyżej się nawalić i czym prędzej taki dzień zakończyć. Gdy czas jest z kolei dobry, to po co się napędzać? To teoria, bo w praktyce naturalnie różnie potrafi bywać.
Nawalić się? Są więc w twoim życiu drugs, sex and rock'n'roll?
— Wszystko jest, ale z wiekiem w coraz mniejszych dawkach.
Z innej beczki. W 1988 roku po nagraniu płyty „Spokojnie” rozwiązałeś Kult i wyjechałeś do Anglii... Do pracy? Nie mów, że zmywałeś talerze!
— Robiłem na rożnych budowach, a także odnawiałem mieszkania.
Kazik budowlaniec... Śpiewałeś, że „wszyscy artyści to prostytutki”. Coś cię kusi, aby się sprzedać?
— Nic nie kusi. Jeszcze nie muszę się sprzedawać — chwalić boga! Jak na razie to ja daję ludziom to, co sam chcę dawać i jeszcze mi (czasem) za to płacą. Jestem ekskluzywną prostytutką, która sama wybiera, w jaki świat chce zaprowadzić swojego klienta. Nie robię laski tylko dlatego, że klient chce, aby mu ją zrobić.
To teraz o jajach. W książce „Kult Kazika” powiedziałeś, że „wizyty w cenzurze miło wspominasz, jaja były niezłe”...
— Było żenująco, lecz czasem wesoło. Nie czuję się jako kombatant walk z cenzurą, bo jak coś ingerowali, to nie nagrywałem takiej piosenki i już. Ale parę rzeczy przewalczyłem m.in. „Wódkę” czy „Patrz” bez zmian. Autor „Gramatyki na wesoło” i „Ortografii na wesoło” to był mój cenzor. Było ich dwóch z niejakim Konopką.
W tym roku planujecie wydać nową płytę „Concentrazion Gigantica”. Co to będzie za krążek?
— Jak na razie mamy dużo piosenek, ale nie wszystkie moim zdaniem są dobre, wiec jeszcze próbujemy i komponujemy. Brzmieniowo chciałbym powrócić do starszych dziejów i odejść od takiego barokowego ornamentowania jakie miało miejsce na dwóch ostatnich płytach.
Ostatnia płyta to 2005 rok. Co jest powodem, że Kult tak rzadko wydaje? Za mało czasu czy chęci?
— Za mało czasu. Czasu jest jakby zdecydowanie mniej niż gdy byłem młody! A i mnogość innych projektów nie pomaga — choć ta różnorodność z drugiej strony jest mi potrzebna. A tak szczerze mówiąc to i z chęciami różnie bywało. Wiosna i lato jednak dobre były tamtego roku. Mam nadzieję, że i teraz tak będzie.
Kult Kultem, ale od początku lat 90. postanowiłeś działać na swoje konto...
— Po prostu pewnej muzyki koledzy w Kulcie nie lubili i grać nie chcieli. Tak było z hip-hopem. Ten gatunek miał spory wpływ na to, co robiłem pod szyldem Kazik. Chłopaki nie identyfikowali się też z ciężkim rockiem — tu kłania się Kazik Na Żywo. Nie czuli też pogranicznego yassu — Kazik, Mazzoll & Arytmik Perfection. Zresztą chyba bym szczezł, robiąc wszystko w jednym składzie.
A czujesz się spełniony?
— Czuję się takim! Spełnionym się czuję! W tym kraju osiągnąłem wiele, a o zagranicznej karierze nie marzę. Jestem świadom swojej regionalności i wiem, że w kulturze globalnej nie zaistnieję. Ale dobrze mi z tym i marzę, by to wszystko trwało jak najdłużej. Poza tem o zdrowiu dla swoich najbliższych i dla siebie marzę, bowiem gdy ono jest, to reszta jest pryszczem.
Często zmieniasz fryzury. Miałeś już na głowie irokeza i dredy.
— Nuda jest mieć cały czas taką samą fryzurę.
Czyli nudzie mówisz „nie”, ale jesteś też zdecydowanym przeciwnikiem piractwa. A przecież w czasach studenckich kopiowałeś razem z kumplami muzykę nowofalową!
— A skąd takie wiadomości?
Z książki o tobie...
— Naturalnie nagrywało się na magnetofon to i owo z radia, bo przecież płyt nie było. Ja jednak byłem w tej komfortowej sytuacji, że w Londynie mieszkała siostra mojej mamy i generalnie to, o co poprosiłem, to mi przysyłała.
Miałeś to, co prawie było nieosiągalne. Szczęściarz. A uważasz, że marihuana powinna być legalna?
— Powinna być legalna. Uważam, że wszelkie używki powinny być legalne. Nie chodzi o sprzedaż w spożywczakach, lecz w specjalnie wydzielonych aptekach. Ale wtedy odbierze się ten proceder bandyterce zdecydowanej na wszystko. Historia pokazuje, że dekryminalizacja pewnych zachowań robi mniej złego niż ostra penalizacja. A jeśli zabraniać — to wszystkiego. W czym wódka czy papierosy są lepsze od marihuany czy kokainy nawet?
A pamiętasz swój pierwszy raz z trawką?
— Jasne, że pamiętam. Było to w Toruniu na koncercie Kryzysu. Jeszcze w liceum.
Kiedyś powiedziałeś, że po czterdziestce chciałeś skończyć ze „sceną”, ale... jakoś ci się — Bóg zapłać — nie udało zejść...
— Wydawało mi się, że już będę karykaturą samego siebie. Zresztą może już jestem, ale to nadal bardzo przyjemne. Granie w kapeli to najlepsze zajęcie na świecie.
Co planujesz zrobić do pięćdziesiątki?
— To samo!
Jeszcze trochę czasu do twojego półwiecza, ale... ciekawi mnie, na jaką imprezę urodzinową masz ochotę...
— Od trzydziestych dziewiątych urodzin nie robię imprez urodzinowych. Uważam, że upływ czasu nie jest żadnym powodem do świętowania. Smucić się raczej trzeba niż radować!
A jak się czują — nie ukrywajmy — giganci polskiego rocka w dobie „radiowego grania na jedno kopyto”?
— Nie wiem, nie słucham radia — poza TOK FM, bo tam prawie nie ma muzyki. Jeśli chodzi o współczesnych wykonawców to nazwy kompletnie mi nic nie mówią i nie wiem co grają. Chociaż teraz byłem w Stanach i kupiłem sobie nieco płyt i nie są one raczej na jedno kopyto. W Polsce koleguję się też z paroma twórcami, z których pewną część cenię. I wiesz... szczerze — ja to teraz czuję się dobrze w ogóle. Na pewno lepiej niż jakiś rok czy dwa lata temu.
A Olsztyn lubisz?
— Stolicę Warmii i Mazur widzę ogromną. A tak poważnie — ja jednak słabo znam Olsztyn. Bardziej orientuję się w okolicy. Jeździłem przez wiele lat do Nart i o mało bym się tam nie osiedlił, lecz niestety kolega sprzedał swój dom tamże nic mi o tym nie mówiąc.