Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przystanek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przystanek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2009

Przystanek na żądanie... chuliganów

Wandale niszczą, a pasażerowie klną. Olsztyńskie przystanki nie są chlubą miasta, a remontowanie i wymiana wiat to syzyfowa praca. Chuligani tylko czekają na nowe, by zostawić ślad swojej twórczości.


Krew mnie zalewa, gdy czekam na autobus. Albo wybita szyba, albo pomazana wiata, albo ktoś wiersze wypisuje markerem. Nie szczędzi przy tym słów, które wołają o pomstę do nieba. I ja wołam! I to nie sama wołam!
— Denerwuje mnie, że nasze przystanki są albo pomazane, albo zniszczone — przyznaje Aleksandra Połatyńska, uczennica. — Jaki to wizerunek miasta? Koszmarny! Chuligani nie mają żadnych wartości. Nudzą się i stąd takie wybryki. Swastyki, wyzwiska, przekleństwa, a nawet połamane ławki. Czy tak powinien wyglądać przystanek?
— Aż czasem nie chce się czekać na autobus — dodaje Urszula Daraszkiewicz, studentka. — Graffiti bez pomysłu na pewno nie przyciąga uwagi, a nawet odstrasza. Ale co robić? Człowiek jest skazany na oglądanie takiej twórczości.

Zarwane dachy.
Wyliczanie zniszczonych przystanków autobusowych w Olsztynie nie ma sensu. Są ich dziesiątki. Problem w tym, że nikt nie panuje nad bieżącymi remontami. Ale Miejski Zarząd Dróg i Mostów, który „opiekuje się” wiatami, problemu nie widzi.
— Kiedyś było znacznie gorzej — zauważa Jerzy Kowalski z MZDiM. — Dziś jest o wiele mniej dewastacji. Dlaczego? Wiele wiat jest monitorowanych, więc chuligani boją się cokolwiek zrobić, bo zostaną pociągnięci do odpowiedzialności. Było już kilka takich przypadków. Wandale zostali ukarani przez sąd i płacili po 800 zł kary. Jeśli jednak przystanek zostanie uszkodzony, natychmiast go naprawiamy. Nowy przystanek kosztuje 16 tys. zł, a stawiamy takich pięć, sześć rocznie.
Ale fakty mówią same za siebie — przystanki straszą. A co najczęściej niszczą chuligani?
— Wybijają szyby, łamią ławki i malują sprayem swastyki — wylicza Jerzy Kowalski. — Często też niszczone są dachy. Może dzieci po nich chodzą. Deski nie wytrzymują ciężaru i się łamią. Rocznie naprawy kosztują nas 90 tys. zł.

Główką w rozkład.
Nie wszystkich rażą w oczy napisy i połamane ławki.
— Ktoś notorycznie niszczy rozkłady jazdy — burzy się Stefan Wolarski, emeryt. — Jeśli ławka jest połamana, mogę sobie postać. Gorzej, gdy nie wiem, ile to potrwa. Czekam na autobus na chybił trafił, bo grafik wisi zamazany. Ktoś zamazuje czarnym markerem odjazdy w godzinach szczytu. To jest dopiero chamstwo!
— To bardzo częste zjawiska — potwierdza Przemysław Kaperzyński, rzecznik MPK. — Najczęściej rozkłady zamalowywane są sprayami. Jeśli tylko ktoś trochę pryśnie, farbę zmywamy specjalnym płynem. Gorzej, gdy ktoś perfidnie zamaże rozkład — wtedy trzeba wymienić całą tablicę. Taka wymiana kosztuje 40 zł, a zdarza się, że trzy, cztery razy w miesiącu naklejamy nowe rozkłady. I to na jednym przystanku! Nasi kierowcy mają oko na takie zniszczenia i szybko nas o tym informują. Cenne są też uwagi pasażerów. Zmorą jest Kortowo i Jaroty. Tam takie wybryki dzieją się najczęściej. Ale ciekawostką jest też przystanek przy dawnym „rolniku”. Tam notorycznie ktoś niszczy tablicę w dziwny sposób. Nie złapaliśmy nikogo za rękę, ale ślady zniszczeń świadczą, że ktoś w tablicę wali pięścią, albo — co ciekawsze — z główki!

Olsztyn powinien być dumny ze swoich chuliganów.
Zdjęcia kolegów z „Gazety Olsztyńskiej”:






Przeczytaj:
Anonimowe przystanki wizytówką Olsztyna

piątek, 15 maja 2009

Anonimowe przystanki wizytówką Olsztyna

Na gapę. Tak, olsztyńskie przystanki autobusowe stoją na gapę. MPK obiecało powiesić na nich tablice z nazwami, ale obiecanki cacanki, czas mija, a wiaty stoją wciąż bezimienne. Kryzys, skleroza, czy niedbalstwo?


Przystanek musi być przyjazny mieszkańcowi. Stoi śmietnik – punkt. Niezamazany rozkład jazdy – punkt. Niepołamana ławka – punkt. Nazwa przystanku? Jest, ale na rozkładzie. Tylko tym sposobem MPK zaznacza w Olsztynie „personalia” przystanku. To dziwne, bo skoro stoję na przystanku – a nie cierpię na Alzheimera – wiem, gdzie stoję. Gorzej z turystami, którzy jadą autobusem i muszą wysiąść na takim a takim przystanku. MPK uznaje jednak koniec języka za przewodnika. Motywuje turystów do nawiązywania kontaktów z olsztyńskimi tubylcami. MPK łączy ludzi. Nie tylko w ścisku.

Mamy więc nazwy na rozkładzie. Są zapisane drobnym maczkiem i wyglądają jakby zakreślone czarnym mazakiem. Jest powód do dumy? Polemizowałabym. Pasażer nie dojrzy nazwy z jadącego autobusu. Nawet pasażer jeżdżący z lunetą miałby problem. Ale kto dziś jeździ z lunetą? Nawet Kopernik woli Toruń.

W jakimkolwiek mieście nie jestem, staję się turystką. W jakimkolwiek mieście nie jadę autobusem (tramwajem), widzę nazwę przystanku bez patrzenia przez lunetę. Lepiej! W autobusie (tramwaju) wisi tablica informacyjna z podanymi kolejnymi przystankami. Śledzę więc palcem – przystanek po przystanku – i wysiadam we właściwym miejscu. Nikt ani nic mnie nie myli. Postępuję wedle zasady: umiesz liczyć, licz na siebie. I bardzo mi się to podoba. Nie muszę pytać o drogę przygłuchawego dziadka, nie muszę zagadywać nastolatki otulonej sznurem od słuchawek. Po prostu jadę do celu. Bez paniki, że przejadę.

W Olsztynie jest ponad 400 przystanków.

Ale na razie pasażer nie dojrzy nowych nazw z jadącego autobusu. MPK nie umieściło ich jeszcze na wiatach przystankowych, a jedynie w rozkładach (…) — Na początku kwietnia, podczas konserwacji wiat, zaczniemy umieszczać na nich specjalne tablice z tymi nazwami — zapewnia rzecznik MPK.
(Gazeta Wyborcza, Przystanki autobusowe z nową, niewidoczną nazwą)

Powyższy tekst ukazał się 1 marca 2007 roku. Czas płynie, a tablic z nazwami jak nie było, tak nie ma. Pojawiła się za to w autobusach lektorka, która wyczytuje nazwy przystanków. Ale w tłoku i tak jej nie słychać. Nie ma, babka, siły przebić się przez ściśnięty tłum. Często też się myli i podaje przystanki w odwrotnej kolejności. Ruszam więc z Jarot i słyszę: następny przystanek – Kortowo (przeciwległe pętle linii nr 15).

Dlatego brak mi tablic z nazwami przystanków. Brak mi ich w mieście uniwersyteckim. Brak mi ich w mieście turystycznym. Obiecanki cacanki, a czas mija.

Zamiast nazw przystanków MPK zaserwowało tabliczki z numerami wiat. I tym sposobem wsiadam na przykład na przystanku 256, a wysiadam na 140. Umiem liczyć? A umiem, więc znów… liczę na siebie. Ale co mi po tych numerach?

Wiem, gdyby wiata się pomalała i przygniotła potencjalnego klienta MPK, można zadzwonić: panie, mamy problem z przystankiem nr 256. Chłop pod nim leży. Jeszcze oddycha.

Czy MPK nie mogło przy okazji numerowania wiat, również ich „otablicować”? Nie mogło iść śladem innych miast? Ale przecież MPK łączy ludzi. Nie tylko w ścisku.

Przystanek w Warszawie.


Przystanek w Gdańsku.