Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 września 2009

„Chamowa” nie ma w Olsztynie

Rozeszło się jak świeże bułeczki. „Chamowo” się rozeszło. W Olsztynie ani jednego egzemplarza bestselleru Mirona Białoszewskiego! To ludzie jednak czytają?


— Mają państwo „Chamowo”?
— A kogo?
— Białoszewskiego.
— Mirona?
— Dokładnie tak. Białoszewski miał na imię Miron.
— Nie mamy.

Tak wyglądała moja rozmowa w jednej z księgarni. Jak na tego typu sklep — dialog dosyć zabawny. Mogłam spytać, czy mają "Chamowo" Mickiewicza albo "Chamowo" Szymborskiej. Kto wie, może nawet swoje "Chamowo" napisał Lepper. Ale to moje "Chamowo" nazywa się już książką 2009 roku, a nawet dziesięciolecia. Chciałam się więc przekonać — to po pierwsze. A po drugie lubię Białoszewskiego. Mirona Białoszewskiego.

„Chamowa” nie kupiłam, bo w całym Olsztynie nie znalazłam ani jednego egzemplarza. Nawet w empiku zabrakło, a miły pan powiedział, że nie mogą nawet ściągnąć z innego salonu. Bo w całej Polsce „Chamowa” brak. Czekamy na dodruk?

A mówi się, że Polacy nie czytają książek.

38 procent Polaków przeczytało w ubiegłym roku przynajmniej jedną książkę. Pozostali nie sięgnęli po żaden tytuł. To najniższy wskaźnik czytelnictwa, odnotowany w historii badań, prowadzonych od 1992 roku.
(Polacy nie czytają książek)

Może książek nie czytają, ale Białoszewskiego wręcz połykają!

środa, 9 września 2009

Książka umiera? Google łapie ją w sieć

Cieszyć się, czy płakać? Google „wrzuca” książki do internetu. Zeskanowana literatura ma więc przewrócić świat do góry nogami. Ale tylko papierowa książka działa bez prądu!


Książki od lat cieszą czytelników. I co teraz? Koniec ery papierowej literatury?

Googlując, będziemy mogli w kilka sekund znaleźć informację o książce, obejrzeć jej okładkę, przeczytać spis treści, przeszukać ją pod kątem interesujących nas haseł, przeczytać fragmenty, a może i całość — jeśli zgodził się na to wydawca. Poszedł na to np. francuski koncern Michelin, który zgodził się na zamieszczenie w sieci swoich przewodników turystycznych w całości. Uważa on, że ludzie nie przestaną kupować przewodników papierowych, bo korzystają z nich głównie w podróży.

Te rachuby bronią się dziś, gdy bezprzewodowy dostęp do sieci dopiero raczkuje. A co, jeśli za kilkadziesiąt lat infrastruktura rozwinie się na tyle, że będziemy mogli błyskawicznie przeszukać taki przewodnik w telefonie komórkowym czy laptopie? Podczas postoju w lesie? Czy wtedy jeszcze będzie nam potrzebna wersja papierowa?

Tego boją się wydawcy. Książki nie zmieniają się od lat, to wydawcy decydują, kiedy i ile powinno ich być na półkach. Przeniesienie książki do sieci oznacza jej natychmiastową dewaluację (…). Każdy będzie mógł szybko i bez ograniczeń książkę powielać, przekazywać dalej albo nawet "poprawiać".

Zeskanowanie wszystkich tomów na świecie jest zadaniem dotąd niewyobrażalnym, ale kalifornijska spółka nie żałuje na to pieniędzy. Jej misją jest uporządkowanie całej informacji na planecie - "by wszystkim żyło się lepiej". A internet, choć ma setki milionów stron, zawiera zaledwie 15-20 proc. dostępnych na świecie informacji. Reszta znajduje się poza siecią.
(Google chce skanować książki i umieszczać w internecie)

Przed technologią nie da się uciec, ale na dwie babka wróżyła. Ci, co kochają czytać, kochać nie przestaną. Jednak trzeba iść z duchem czasu. Nie ma zmiłuj, człowiek XXI wieku lubi klikać. Internet powoli zastępuje wszystko — czy ktoś kiedyś pomyślał, że w sieci można kupić pralkę? Podejrzewam, że lata temu ludzie w głowę się pukali. Pralkę? Lodówkę? Książkę? A co z księgarniami? Póki co — nie zniknęły i chyba na siebie zarabiają. Bo ci, co czytać kochają, kochać nie przestają, a analfabetom nawet technika nie pomoże.

Internet pożera papier — nie tylko książki to czują. Gazety już zauważają spadek sprzedaży. Powód? Ludzie wybierają sieć, bo taniej i szybciej. Ale, szanowni państwo, dziennikarze muszą za coś żyć!

Wielu wydawców jest ciągle przekonanych, że tylko papier jest się liczy, a internet postrzegają jako produkt zastępczy dla papieru, jako dodatek a nie jako strategiczną przestrzeń pierwszej wagi. Niektórzy z nich myślą naiwnie w kategoriach gazety papierowej, a nie w kategoriach informacji jako produktu do sprzedania.

Media muszą dziś bardziej niż kiedykolwiek zainteresować się swoimi czytelnikami, coraz bardziej zainteresowanymi internetem, i na nowo odkryć społeczności, w tym lokalne. Nie chodzi tu tylko o produkowanie newsów i informacji praktycznej, lecz o ułatwienie dotarcia do nich. A ułatwić można również cytując z linkiem informacje z innych, nawet konkurencyjnych źródeł. Czy to ryzykowne? Tak, bo czytelnik może już nie wrócić.
(Krzysztof Urbanowicz, Web 2.0 jest nową i być może ostatnią szansą dla tradycyjnych mediów)

Ja do książek zawsze wracam. Ale, fakt, niektórych papier parzy w ręce. Google Books stanie się antidotum?

SONDA
Czy będziesz czytać książki w sieci?

tak
nie
czas pokaże

Zobacz:
books.google.pl

sobota, 29 sierpnia 2009

Michał Witkowski jak jajko niespodzianka

Nie szata zdobi człowieka. Fakt. I nie szata zdobi książkę, ale jednak ładne wydanie, to ładne wydanie. Płacę, wymagam. A „Margot” Michała Witkowskiego ceni się jak cholera, a serwuje kwaśny papier. Aż oko mi kołkiem staje.


Michał to niezły gość. Przekupił mnie szalenie swoją „Barbarą Radziwiłłówną z Jaworzna-Szczakowej”. Przekupił mnie językiem, dowcipem, luzem i w końcu wielkimi jajami. Przeczytałam, wręcz połknęłam i czekałam na nową książkę. Czas leciał jak szalony, z głowy mi nawet to czekanie wywietrzało, aż tu raptem pojawia się w internecie „Margot”. Nowa pozycja Witkowskiego — i słowo to jest tu nadzwyczaj odpowiednie.

Ale chcę na żywo! W dotyku chcę mieć „Margot”. Chcę w domu, na półce, pod lampką chcę czytać wieczorem! Albo rano w łóżku. W niedzielę.

Gnam do księgarni, chwytam książkę w garść — różowo-landrynkowa okładka, tir w słońcu flesza na okładce, czcionka rodem z lat sześćdziesiątych. Napisane: Michał Witkowski. Racja. Razi, nie powiem. Ale razi mnie też jakość tej książki. Okładka nawet nie pretenduje do twardej, nawet do wagi lekkiej! Razi mnie tym bardziej cena! Płacę 32,90 zł za coś, co przypomina mi dodatek do kobiecej prasy kolorowej i powinno kosztować 9,99 zł. W promocji 6,99 zł!

Jeśli nie wiesz, o co chodzi… chodzi o pieniądze. Z mojej kieszeni. Wiem, że trzeba łatać wszystkie dziury kryzysu, ale — na miłość boską — nie moim kosztem! Dlatego czuję niesmak.

Zazwyczaj na rynku pojawiają się różne wersje książek — ładnie wydana, średnio i zadowalająco. Czytelnik w zależności od zawartości portfela, potrzeb i upodobań, wybiera sobie najwygodniejszy wariant. W przypadku „Margot” brać trzeba to, co daje wydawnictwo Świat Książki. Tnie koszty jak może, by jak najwięcej zarobić na sprzedaży, a wiadomo, że Witkowski najgorszym pisarzem polskim nie jest i wzięcie ma. Czyli że Świat Książki funduje sobie i autorowi, który pieniądze lubi, różowe drinki i wyloty na Bahamy. Ja obejść się muszę kwaśnym papierem i równie kwaśną okładką. Witkowski nie Mickiewicz, moim dzieciom za przykład nie posłuży.

Świat Książki mi powie, że nie szata zdobi człowieka, a literatura to stan ducha, a nie zszywka kilkudziesięciu kartek. Kiwnę głową, bo racja, ale żyjemy przecież w świecie pięknych gadżetów. Nie głowę musimy podbijać, ale serca. Literatura więc w swojej formie schodzi na psy. „Margot” zaświadczy.

Nie zabrałam się jeszcze za lekturę, bo „Margot” to zakup świeży. Po kilku przeczytanych zdaniach oceniać nie mogę. Ale mogę wyciągać wnioski. Skoro wydawnictwo nie zainwestowało, więc czy ja muszę? Nie muszę, ale chcę. I właśnie na tej chęci Świat Książki i Michał Witkowski żerują. Wobec tego ja chcę, ale nie doceniam zaangażowania. Proszę mi wybaczyć. Może głowa zdobyta, ale serce złamane.

Michał pewnie by mi się teraz wtrącił:

U podstaw każdej książki leży pomysł, żeby jak najwięcej sprzedać. I może to jest właśnie to profesjonalne podejście. (…) Trzeba być megalomanem, narcyzem, hipochondrykiem, czyli wszystko pod siebie, pod siebie. (…) Podchodzisz do "Margot" jako do literatury wysokiej, a to jest literatura popularna. Ona ma cię zabawić, gdy będziesz jechała pociągiem. Trochę dać do myślenia, ale w dawce aptecznej.
(Witkowski jedzie tirem)

Apteka mi nie jest potrzebna, ale chętnie wyleczyłabym świat z tandety. Że też ani autor, ani wydawca nie boją się czytelnika. Nie lękają się ani trochę, że odechce mu się płacić ciężko zarobionymi pieniędzmi za fuszerkę. Proszę, oto jak literatura potrafi zniechęcić do siebie człowieka. Już na starcie, już w księgarni.

Fragment książki:


Pisała wiersze, które wysyłała na konkursy. Organizowały je tak zwane MOK-i (Miejskie Ośrodki Kultury), a także biblioteki miejskie. Choć co to były za miasta! Dziury! Trzeba było napisać imię, nazwisko i adres na karteczce, zalepić ją w kopercie, na niej napisać godło i nim podpisać utwór. Potem zaaferowana babcia zanosiła przesyłkę na pocztę i wysyłała do Dzierżoniowa, Głogowa, Leszna... Priorytetem. Asia dostawała nagrody, po sto złotych, kupowała książki, czajniczki, herbatki, zwierzaczki i kadzidełka. Babcia słuchała Radia Maryja i oglądała Telewizję „Trwam". Pewnego dnia zwróciła uwagę na dziewczynkę imieniem Madzia, Madzia Buczek. Też niepełnosprawną.

— Pomódl się do Pana Boga, dałam na mszę za twoje wyzdrowienie.

— Pomodlę się, babciu. Idź już — powiedziała Asia i gdy zamknęły się drzwi, włączyła komputer i weszła na YouPorn.

Bo któregoś dnia w świat Asi wdarła się technika, i jak to z techniką - zdemolowała całą tę poezję. Babcia założyła jej Neostradę w TP. Asia stała się ruchliwa, zmieniała kraje i języki, wykłócała się na forach internetowych, robiła dopiski... Publikowała swoje wiersze w „Nieszufladzie", ale to już nie było to. Zamawiała tony książek w Merlinie, ponieważ babcia była bogata, za komuny badylara, teraz też wcale jeszcze nie na emeryturze. Niemal do rana paliła się lampka przy Asi biurku, ale jej w pokoju nie było, żeglowała po obcych wodach, dawała się objąć podejrzanym stronom, z napisami chińską czcionką, z malutkimi ikon-kami otwierającymi się w rogu ekranu.

Jak wam się czyta "Margot"? Komentujcie, opiniujcie — często, gęsto!